Odpoczynek psychiczny w najpiękniejszym wydaniu

 

Ruszyliśmy na wschód, żeby w końcu zobaczyć cholerny gwiazdozbiór Andromedy, który w naszej części świata będzie widoczny jeszcze tylko kilka tygodni. Z zapasem wody i jedzenia w bagażniku po raz kolejny w tym roku przez cztery dni szukając szczęścia przejechaliśmy 1500 kilometrów przez najmniej zagospodarowany, dzięki czemu najmniej zanieczyszczony światłem wschodni obszar Północnej Wyspy Nowej Zelandii.

Wysoko w górach objeżdżając Jezioro Waikaremoana trafiliśmy na 160 kilometrów serpentyn drogą żwirową z widocznością
na kilka metrów, biegającym bydłem bez nadzoru i zajęło nam całą wieczność, żeby się stamtąd wydostać. Jeśli życie Wam miłe i nie macie ochoty na ośmiogodzinny slalom między końmi, to nigdy tam nie jedźcie!

Bez cywilizacji, bez zasięgu, bez prysznica, bez Internetu, bez hałasu i bzdur. Zamiast ludzi konie, pingwiny, foki, kozy i owce. Siedzieliśmy skitrani w buszu przez kilka dni z najbliższym miasteczkiem oddalonym o kilkaset kilometrów, czyli zaserwowaliśmy sobie odpoczynek psychiczny w najpiękniejszym wydaniu.

Jak zawsze każdy nocleg był podporządkowany pod niebo – codziennie wieczorem parkowaliśmy ustawieni z widokiem na północ i czekaliśmy na nocny spektakl. Skonani po kilkunastu godzinach jazdy nastawialiśmy czasem budzik na 22 na wypadek, gdybyśmy zasnęli.

Po zachodzie słońca tuż nad horyzontem miała ukazać się ona – Galaktyka Andromedy położona 2,52 miliona lat świetlnych od Ziemi. Najbardziej oddalony obiekt, jaki można zobaczyć gołym okiem.

Wiecie jak to się skończyło? Za dnia było pięknie, a każdej nocy przychodziły chmury, więc obeszliśmy się smakiem.

Chyba jednak nic na siłę! 🙂