Co dała mi emigracja?

 

Mija trzeci rok od wyjazdu z Polski i brak planów, żeby coś się miało zmienić w tym temacie.

Pewnie emigracja gdzieś, gdzie granice są dla nas otwarte wyglądałaby inaczej, może nawet zaryzykuję stwierdzeniem, że trochę łatwiej, bo odchodzą drobne szczegóły – masz prawo do pracy i prawo do pobytu w kraju.

W Australii mieliśmy ograniczenia na pracę (pół etatu) i ograniczenie na pobyt (8 miesięcy), w Nowej Zelandii mogliśmy zostać na 3 miesiące bez prawa do pracy, czyli innymi słowy musisz opuścić kraj najpóźniej do daty wbitej w Twój paszport, lub zostaniesz deportowany.

Miłego pobytu!

Nikt, kto żyje w Polsce mając obywatelstwo, opiekę medyczną (nawet taką kulejącą jak NFZ), ubezpieczenie zdrowotne, prawo jazdy, prawo pobytu w kraju, prawo do głosowania, paszport, prawo do legalnej pracy bez limitów godzinowych, konto w banku (bo z tym też były problemy) nie zrozumie jak ciężko jest zaczynać gdzieś bez tego.

Jak również nie zrozumie dlaczego przechodzą mnie dreszcze na słowo „wiza”. Brrr!  🙂

Emigrując ludzie myślą, że jakoś to będzie, że jakoś się ułoży. Tylko co, kiedy mija rok a „jakoś” się nie układa, lub kiedy mija kolejny i „jakoś” już nie wystarcza? Brnie się dalej oczywiście, bo ciężko poświęcić dwa lata życia i w zamian mieć powrót do kraju,
z którego się zdecydowało wyjechać.

Przez pierwszy rok rodzina nawija w kółko jak zepsuta płyta – wracajcie, wracajcie, wracajcie.

Jest to ostatnia rzecz, jaką chcesz słyszeć. Trochę ciężko wrócić tak szybko i na dodatek wbrew sobie po wyprowadzce 17 000 km. Melbourne to nie Manchester, gdzie za kilka funtów z Ryanairem mogę ruszyć rano a po południu jeść z Wami obiad.

Drugi rok – pamiętajcie, że zawsze macie dokąd wrócić. Trzeci rok – cisza w tym temacie, bo już chyba wiedzą, że po my prostu nie chcemy wracać.

Emigracja bardzo dużo mi dała tak samo jak dużo zabrała – codziennie zabiera. Rozpieprzyła całą wyhodowaną w Polsce
stabilizację (powiedzmy na własne życzenie) i poczucie wartości (już niekoniecznie na własne życzenie).

Oczywistość, która nadal boli – omija nas życie codzienne bliskich jak i ich ważne wydarzenia – śluby, rozwody, urodziny, narodziny, chrzciny. Urodziny naszej chrześnicy tak samo jak i ją samą znamy z 40 sekundowego filmiku z facebooka, lub zdjęć na Viberze.
Ominęły mnie dwa pogrzeby i nie będąc tam na miejscu, nie uczestnicząc w ceremoniach, nie widząc tego na własne oczy do
tej pory ciężko mi uwierzyć, że moi dziadkowie naprawdę nie żyją.

moich snach zawsze mają się dobrze.

Podsumowując, jakby jakiś rodak mi teraz powiedział, że emigruje do Australii/Nowej Zelandii, to tak w skrócie życzę mu krzyż na drogę.  🙂

Teraz tylko czemu nie chcemy wracać, skoro emigracja to nie tylko palmy, tańczące dookoła Ciebie misie koala i słońce 9 miesięcy w roku? Skoro nie jest lekko, a paszport i fura pieniędzy nie spadają z nieba od razu po wyjściu z lotniska i trzeba zacząć od harówki dużo za dużo poniżej swoich kwalifikacji? Jest wiele powodów.

Emigracja  dała mi wolność i nauczyła mnie cierpliwości, nie przejmowania się pierdołami na zapas i nie wkurwiania się na byle co. W końcu!

Mogę czekać na Tonga 30 minut na (pierwszą) kawę i jestem ponad to.  🙂

Musisz opuścić kraj, bo grozi Ci deportacja? Zapytam – To dokąd lecisz?

Urząd Imigracyjny zgubił ostatnio nasz akt ślubu – Aha. Jak można to teraz rozwiązać?

Nie ma co sobie wypruwać sobie flaki. Pieniądze znaczą tyle co liczby. Jak liczba idzie w górę jest okej. Jak idzie w dół też jest okej. Przez liczbę na minusie świat wcale się nie wali.

Domy, samochody, rzeczy – nie znaczą nic, bo dzisiaj są, a jutro ich nie ma.  Tak samo jak ludzie, którzy pojawiają się przelotnie w Twoim życiu i znikają.

Wiem, że wielu się z tym nie zgodzi i to też jest okej!

W zeszłym roku pierwszy raz w życiu nie wpuścili mnie do samolotu i przepadły mi bilety na łącznie 3 loty. Potrzebowałam wizy tranzytowej, bo przesiadka w pierwszym kraju trwała ponad 8 godzin, a nie mogłam jej kupić na lotnisku. Samo życie! Nie pierwszy raz jesteśmy jedynym wyjątkiem z krajów członkowskich UE
– cokolwiek od 3 lat próbujemy załatwić to w przypadku Polski jest „gwiazdka” *brak podpisanych umów dyplomatycznych.   🙂

Emigracja nauczyła mnie uśmiechania się do ludzi mijanych na ulicy i tolerancji – bo czemu nie? Uśmiech nic nie kosztuje, a może zdziałać cuda.

Mieszkamy na strzeżonym osiedlu na 100 mieszkań z jedną dużą kuchnią i częściami wspólnymi (zielone tereny dookoła, mniejsze
kuchnie na piętrach, sala kinowa, pomieszczenia gospodarcze (pralnie, suszarnie), jadalnia z kominkiem). Brak Polaków, dzieci
i zwierząt. Wygląda to trochę jak ośrodek wczasowy i nazywa się „motel style accommodation” – innymi słowy od roku mieszkam w motelu.  🙂

Mieszkania bez kuchni w Auckland to standard, bo ludzie i tak jedzą na mieście.

Ja i część mieszkańców nie chce jeść na mieście 3 razy dziennie, więc często gotujemy wszyscy razem – Bamarowie, Muzułmanie, Arabowie, Anglicy, Tajowie, Australijczycy, Nowozelandczycy, Ukraińcy, Chilijczycy, Indonezyjczycy, Tongijczycy, Hindusi, Filipińczycy, Chińczycy, Wenezuelczycy, Koreańczycy, Rosjanie, Wietnamczycy, Kolumbijczycy, Włosi, Fidżyjczycy, Hiszpanie, Malezyjczycy,  Peruwiańczycy, Francuzi, Japończycy, Samoańczycy… uff ciekawe kogo pominęłam?

 
To jest dopiero zabawa i mieszanina zapachów & różnic kulturowych & barier językowych & pojęcie porządku i organizacji dla każdego
znaczy coś innego – wiem, że dla wielu osób, życie tutaj to byłby koszmar.

Już mnie nic nie dziwi – Hindusi jedzą i gotują 24 na dobę, jakby ich egzystencja tylko na tym polegała, a kiedy ktoś spoza Indii wchodzi do kuchni – od wejścia kicha (curry, curry, curry).

Najgorszy tłum jest w porze obiadowej 18.00-19.00. Jak zdarza nam się jeść „wcześniejszy” obiad koło 17.00 Hindusi pytają zdziwieni –
Jak to? Po co tak wcześnie? O 23 znowu będziecie głodni, a przecież nie można iść spać z pustym brzuchem.

Chińczycy przed jedzeniem jabłek szorują je gąbką z dużą ilością płynu do naczyń a potem moczą je w misce pełnej piany.

Smacznego!  🙂

Ukraińcy myją naczynia CIF-em (zaczęłam się zastanawiać, czy to normalne, ale nie, jednak nie. Cif-em myję zlew i prysznic).  🙂

Filipinki pięknie śpiewają gotując. Hinduski też próbują, ale już nie wychodzi im to tak ładnie.

Dużo by wymieniać!

Co jeszcze dała mi emigracja? Nie boje się odmienności, wiem i rozumiem więcej.  Mam dużo wiary w ludzi i doświadczenia życiowego, którego nie miałabym dziś zostając za biurkiem w Szczecinie. Codziennie zostawiam drzwi do mieszkania otwarte, znikam coś ugotować i nawet by mi do głowy nie przyszło, że ktoś mógłby to wykorzystać.

Poznałam zbyt dużo dobrych ludzi, żeby myśleć inaczej.

Ostatnim razem jakiegoś Polaka spotkałam w grudniu 2015 (w Auckland jest podobno duża Polonia, ale ja jej po prostu nie szukam). Przyjechałam tu mówiąc dobrze po angielsku. Teraz mówię, myślę i śnię po angielsku, który jest bardzo różny od tego, którego nauczyłam się na Filologii.

Widziałam kawał świata i to nie tylko jako „turystka”, ale też „od kuchni”. Teraz bardziej niż kiedykolwiek jestem pewna, że świat jest
na tyle mały, że powinno mi się udać zwiedzić każdy jego kraj, bo przecież nie ma rzeczy niemożliwych.

Pracowałam dla przeróżnych ludzi – dla Azerów (Azerbejdżan), Izraelitów (bardziej i mniej ortodoksyjnych), Syryjczyków, Rosjan (i te ich okropne zupy z głów ryb z pływającymi oczami).

Pamiętam historie z ich przeszłości i emigracji do Australii, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Opowiadali mi o wielu miesiącach koczowania w obozach dla uchodźców rozsianych po całym świecie, brania ślubów i rodzenia tam dzieci. Dzisiaj doceniam każdą drobnostkę dnia codziennego, każdego szanuję, nikogo nie oceniam, nie zazdroszczę i nie porównuje się – po co, skoro każdy przeszedł
co innego.

Paradoksalnie rozbijając mnie kiedyś na pół ostatecznie emigracja dała mi dużo siły, wolności i spokoju. Bardzo poszerzyła moje horyzonty i postrzeganie  ludzi & innych niż polska kultur & świata.

Jak zawodzi plan B, czas na C, D, E, F i tak czasami do końca alfabetu, bo zgodnie z moim powiedzeniem – „if there’s a will, there’s a way”
– wystarczy chcieć, żeby znaleźć rozwiązanie.

 

 

 

Made in PRC

 

Poszłam do sklepu po mokre chusteczki (wiem, zapowiada się fascynująco). Pierwsza, druga, trzecia paczka – made in China.
Odpada. Różne firmy, różne ceny, szukam dalej. Kolejna – made in PRC.

Gdzie to jest do cholery? Nie mam pojęcia. No dobra, niech będzie.

Wracam do domu, google w ruch. PRC, czyli People’s Republic of China. Zgodny z prawem chwyt marketingowy.

Wkurwiłam się.

Czytam na forum „nie kupuj made in prc” o podobnych wpadkach innych osób – małe pocieszenie, że nie byłam jedyną osobą stąpającą po Ziemi nie znającą skrótu, która dała się zmanipulować. „Chiny” już źle się kojarzą konsumentom, ludzie zaczynają kupować „świadomiej”, więc producenci muszą kombinować – jak móc dalej zarabiać na wciskaniu ludziom chłamu. Co z tego, że ktoś próbuje dokonać świadomego wyboru, jak i tak ląduje w domu z chińskim szajsem?

Australia robi podobnie – na metkach (koszulki itp.) pierwsze co rzuca się w oczy wielki napis „designed in Australia”, pod spodem malutkim druczkiem „made in China”. Zaprojektowane w Australii, ale wyprodukowane w Chinach. (na marginesie koszulka za 10$ nie może być wyprodukowana w Australii, gdzie za godzinę pracy trzeba zapłacić człowiekowi  40$, bo przecież nikt nie będzie pracował za darmo).

W Nowej Zelandii jest różnie. Są firmy regionalne, które mimo wysokich cen produktów utrzymują się na rynku od lat dzięki zaufaniu ludzi i przekonaniu, że warto jednak pakować pieniądze we własną gospodarkę (za to podziwiam Niemców, którzy nie kupią nic, co by nie było wyprodukowane w Niemczech). Można kupić nowozelandzkie ubrania, bieliznę, buty – tylko najpierw trzeba się nauczyć płacić za nie 300$ za sztukę.

Kiedyś i u nas była taka kampania – „dobre, bo polskie”.

Ogólnie nie lubię zakupów, im mniej tym lepiej, szmaty mi latają koło dupy. Bardziej z ciekawości weszłam niedawno w Rotorua (Zatoka Obfitości, wschodnie wybrzeże Północnej Wyspy Nowej Zelandii) do punktu turystycznego z pamiątkami, dlatego, że rzeczy miały pochodzić rzekomo „z Nowej Zelandii”. Tylko ceny podchodziły pod
nowozelandzkie – poza tym tandeta zaczynająca się od 30$ wyprodukowana w Chinach.

Jeszcze 10 lat temu mnie bawiło, że pamiątki z wakacji wszędzie wyglądają podobnie, bo wszystkie są wyprodukowane w tym samym miejscu. Teraz mnie to przeraża. Maskotki misiów koala w Melbourne – made in China. T-shirty na Kajmanach „I love Cayman Islands” – made in China. Te same koszulki na wyspie obok – Jamajce, tylko z napisem „kocham Jamajkę” również wyprodukowane w Chinach. Nie mówię oczywiście, że innych rzeczy NIE DA się kupić. Da, ale trzeba się trochę nagimnastykować i przede wszystkim więcej za nie zapłacić. I w tym pies pogrzebany.

Czytam komentarze na forum:

„Panie, jako osoba bezrobotna idę do sklepu kupić czajnik. Widzę na półce taki za 30 zł made in PRC i taki za 130 zł made in UK. Więc chyba oczywiste jest że wezmę ten tańszy, ale jak mi dopłacisz te 100 zł to pogadamy.”

Nieważne, że pijąc wodę z tego szajsu dostanę raka. Jest tani! Poproszę zapakować.

Chiny idealnie wstrzeliły się w potrzeby konsumentów – więcej, taniej, więcej, taniej. Przyzwyczaiły nas do myślenia, że lepiej wymieniać i w ciągu kilku lat kupić 4 czajniki za 120 zł niż jeden za 130 zł. Cztery chińskie wykonane z toksycznych materiałów, które się szybko rozpadną, szkodzą nam samym jak i środowisku (czyli znowu nam samym), niż jeden czajnik, który posłuży lata, który nie byłby wykonany w ukrytych przed przeciętnymi turystami (pałętałam się po Chinach kilka tygodni) chińskich fabrykach wielkości Monako (!), takich jak Eupa.

 

3085528694720192178
Eupa – chińska fabryka wielkości Monako

6597780051169113806

 

W Eupa ludzie od 12 roku życia pracują jak również mieszkają, żyją, biorą grupowe śluby (tańsza opcja, iluzja normalnego życia), posyłają tam dzieci do „szkoły”,  bardziej warsztaty, które wychowują je na przyszłych pracowników Eupa.

Dzieci od małego uczące się składać żelazka, robić więcej, szybciej = taniej. Latami nie wyjeżdżają poza mury – bo po co? Mają wszystko pod ręką – nawet boiska do gry w piłkę, żeby się odstresować po pracy. Ofiary reżimu, którym wmówiono, że mają szczęście oddając życie firmie, zarabiając 90$ miesięcznie minus zakwaterowanie.

 

mass-wedding
Zbiorowe śluby – chińska rzeczywistość

 

To się tyczy wielu firm, bo Eupa to tylko kropla w morzu. (Więcej o Eupa tutaj). Ostrzegam – film depresyjny, (w języku angielskim).

Na elektronikę Chiny już mają monopol, ale w przypadku jedzenia, ubrań, kosmetyków, mebli, butów, zabawek (wstaw cokolwiek) – coraz mniejszy, ale jeszcze mamy wybór.

Za godzinę pracy wykwalifikowany pracownik w Nowej Zelandii dostanie 30$. W Chinach pracownik dostanie tyle przy dobrych wiatrach za tydzień pracy, więc przelicznik jest prosty. Ludzie nie chcą płacić dużo, więc firmy dostosowują się do potrzeb rynku przenosząc swoje siedziby do Chin, które nieprawdopodobnie od lat rosną w siłę i bogacą się na reszcie świata tworząc iluzję, że to my robimy interes, bo kupujemy TANIO.

Temat jest zbyt obszerny i już za daleko posunięty, żeby nawet próbować go wyczerpać. Napiszę tylko co ja uważam i podam kilka źródeł (może kogoś interesuje więcej).

Jeśli coś jest tanie to oznacza tylko jedno – ktoś i tak będzie musiał za to zapłacić. W tym przypadku ktoś, czyli my sami na własne życzenie wyznaczamy trendy jako konsumenci – kraje rozwinięte & rozwijające się, do których codziennie wpływają tysiące kontenerów z Chin (Indie, Bangladesz, Wietnam, Indonezja, Pakistan, też już je
gonią) zaopatrując w towary jak nam wmówiono takie wspaniałej jakości sklepy jak Zara, Fils, Nike, Deichmann, Wallmart, Esprit, C&A, Marks&Spencer, Monari, Tally Weijl, Graceland, sklepy Walt Disney’a, H&M, Reserved, Puma, Jack Wolfskin, Adidas, Vaude, North Face, Levi’s, Bershka, Stradivarius, Massimo Dutti, Mango, Gap, Victoria’s Secret.

To trzeba mieć tupet, że niektóre z nich wcale nie tanie, wręcz uważane za „ekskluzywne”! Toksyczny chłam sprzedawany pod „ekskluzywną”,  „światową” marką.

 
Kraje azjatyckie nadal używają substancji dawno zabronionych w Unii Europejskiej, tak jak i rakotwórczych klejów, rozpuszczalników i barwników. Związki chloroorganicznych, chemikalia i pestycydy stosowane do konserwacji np. skór. Nie będę udawać chemika i wymieniać wszystkich (całość jest do wglądu w programach poniżej).

Pracownicy fabryk odzieżowych nie są chronieni, dlatego najczęściej zatrudnia się dzieci, które nie rozumieją, że mają do czynienia z truciznami – nikt inny nie godzi się na taki rodzaj pracy. Także paradoksalnie –  koszulki z nadrukiem Myszki Miki, które znajdą dzieci pod choinką w USA robią po drugiej stronie globu – również dzieci.

Jaką cenę płacimy? Zdrowie i życie. Wszystkie ww. trucizny używane do produkcji spływają do rzek, w której pływają ryby później do nas eksportowane. Tę samą wodą pije bydło, jak również trafia ona do pól, gdzie rośnie zboże, ryż i owoce, które jemy i koło się zamyka.

 

Dla bardziej zainteresowanych tematem wrzucam kilka filmów, które nadal mnie szokują.

 
Toksyczne ryby (niestety nie tylko z Azji):

 

Toksyczne ubrania:

 

Toksyczne buty:

 

 

Temat rzeka!

 

 

Never interrupt someone doing something you said couldn't be done.