Im więcej piwa, tym więcej dzieci

 

lipiec 2016

 

Za godzinę lądujemy na państewku wyspiarskim położonym pomiędzy Nową Zelandią a Hawajami – Samoa.  Z okna samolotu Samoa to tylko mała, łatwa do przeoczenia kropeczka położona gdzieś daleko na gigantycznym Pacyfiku.

 

800px-Samoa_on_the_globe_(Polynesia_centered).svg

 

Dzień przepełniony stresem przeplatanym z euforią wyjazdową zakończył się na pokładzie samolotu z gorzką herbatą i intensywnie czerwonym zachodem słońca. Często zastanawiam się jakie rzeczy widzieli w swoim życiu piloci samolotów z np. 20 letnim stażem, ale to pewnie przekracza moją wyobraźnię.

Steward rozdaje do wypełnienia arrival cards, „karty wjazdówki”. Standardowe pytania o dane osobiste, daty pobytu w kraju i zakwaterowanie. Ostatnie pytanie mnie rozbraja.

Jak dowiedziałeś się o istnieniu kraju Samoa?

1. w biurze podróży (travel agent)
2. z gazety (newspaper)
3. z internetu (Internet)
4. z ust do ust (word of mouth)
5. inne (other)

Lecimy na wakacje czy teleportowaliśmy się do czasów, kiedy wiedza ogólna otoczona atmosferą tajemnicy była przekazywana wybrańcom z ust do ust? 🙂

Są ‚gazety”, nie ma opcji „książki”. Zaznaczam „other” i wpisuję „school” – szkoła.

Z lotniska w Apia odebrał nas Samoańczyk świadczący usługi transportowe dla hoteli na Upolu. Uzgodniliśmy cenę i ruszyliśmy w drogę. Taksówkarze na całym świecie mają reputację krętaczy i rzeczywiście coś w tym jest, dlatego unikam korzystania z ich usług jak ognia . Jak przychodzi do płacenia cena zawsze w magiczny sposób rośnie (nigdy nie maleje).

W samochodzie była z nami jeszcze para młodych Francuzów, jechaliśmy do tego samego hoteliku. Tak jak my mieszkają obecnie w Auckland, przylecieli do Nowej Zelandii na rocznej wizie working holiday (praca-wakacje), mieszkają w samochodzie.

Auckland jest drogim miastem, coraz bardziej agresywne nagłówki gazet informują mnie o pogłębiającym się kryzysie mieszkaniowym i rosnącej liczbie bezdomnych. Codziennie czytam o rodzinach z kilkorgiem dzieci mieszkających miesiącami w garażach czy samochodach. Przykrą, ale już nie zaskakującą „normą” zrobiły się historie o wylądowaniu całych rodzin nowozelandzkich na bruku (utrata pracy jednego z rodziców, czynsz idzie w górę o 25% i ludzi nie stać na wynajem/spłatę kredytu – bank przejmuje dom).

Poznałam kiedyś w Auckland Włocha pomieszkującego w samochodzie miesiąc, ale jak w przypadku tych Francuzów rok- to już trochę dużo. Nie mam telewizji, bo nie chcę dać się przekonać mediom, że ten świat jest takim podłym, pełnym bezdusznych ludzi miejscem, a gazety są dla mnie wystarczającym źródłem ludzkich tragedii.  Wtedy po raz pierwszy dotarł do mnie problem bezdomności, bo stał się  „namacalny”. Zadbani, zwyczajni i uśmiechnięci ludzie, którzy mówią, że tak, mieszkają w samochodzie, bo wynajem jest za drogi. Najgorsze są zimne noce, ale teraz są tu, na wakacjach, ogólnie nie mają co narzekać, jest dobrze.

Nie ma znaczenia czy jestem w Polsce, czy siedzę gdzieś po drugiej stronie globu na Samoa – wszyscy ludzie są do siebie bardzo podobni. Tak samo elastyczni, wytrzymali, skłonni dostosować się do każdych warunków i wykonywać każdą pracę, żeby tylko uczynić swoją sytuację bardziej „znośną”.

Rodzimy się i dorastamy w przeróżnych warunkach, mając „lepszy”, lub „gorszy” start w życiu (zaradni z odrobiną szczęścia i tak osiągną co chcą).

Możemy wyglądać inaczej, mówić inaczej, lub nawet myśleć inaczej, ale ostatecznie wszyscy jesteśmy tacy sami i w życiu chodzi nam mniej więcej o to samo. Chcemy mieć poczucie bezpieczeństwa, dach nad głową, zdrowie, pełny brzuch i kochających ludzi obok siebie. Każdy chciałby być również szczęśliwy, tylko jakoś nie każdy umie zdefiniować co dla niego to „szczęście” znaczy!

Samoańczycy to prości, bezpośredni i z mojej perspektywy szczęśliwi ludzie. Cieszą się tym co mają, zamiast narzekać, że czegoś brakuje.

Jechaliśmy 40 minut, więc Pan, który odebrał naszą czwórkę z lotniska, a że gęba mu się nie zamykała, zdążył sporo opowiedzieć o sobie i kraju.

„Life in Samoa is very simple. We love lazy sunsets and sex on the beach. We don’t have money. What we have is food and beer…lots and lots of beer. The more beer the more babies.

Welcome to paradise!”

„Życie na Samoa jest bardzo proste. Uwielbiamy długie zachody słońca i seks na plaży. Nie mamy pieniędzy, za to mamy mnóstwo piwa i jedzenia. Im więcej mamy piwa tym więcej robimy dzieci!

Witamy w raju!”

 

 

Z deszczu pod rynnę

 

Wiele osób robi „listy marzeń” (bucket lists) na np. 30 czy 50 rzeczy, które chcieliby zrobić i odhaczają poszczególne pozycje po ich spełnieniu.

Zobaczyć zachód słońca nad Angkor Wat w Kambodży„, „zapalić jointa na Jamajce„, „podziwiać dzikie zwierzęta na safari w Afryce„, „wejść na jedną z wydm na Pustyni Gobi w Mongolii„, „spróbować mięsa kangura w Australii” i tak dalej. Brzmią pięknie i dla mnie były jeszcze piękniejsze, bo wydarzyły się w moim życiu bez zabierania
im duszy i magii spontaniczności poprzez zapisywanie ich na kartce papieru lata wcześniej. Poza tym często najlepsze rzeczy wychodzą bez planowania, np. jadąc do Mongolii nawet nie wiedziałam, że będę miała okazję łazić po wydmach Pustyni Gobi!

Nie krytykuję spisywania, bardziej podziwiam, bo każdy sposób jest dobry, żeby ostatecznie gonić za własnymi marzeniami.

Bo jeśli nie o to, o co innego w życiu może chodzić?

Ja nic nie spisuję, bo po pierwsze najważniejsze – nie umiałabym się zdecydować. Zamiast kartki papieru potrzebowałabym kilkuset stronicowy zeszyt A4 i dużo, bardzo dużo czasu. Ucierpiałyby na tym dziesiątki krajów, do których chciałabym się teraz teleportować oraz setki marzeń, które już za długo czekają na realizację. Byłoby to krzywdzące dla tysięcy miast, w których mogłabym teraz mieszkać i dla setek tysięcy innych rzeczy wartych uwzględnienia, których pragnę spróbować. Mam jedną ogólną listę a na niej około 200 pozycji, których nie muszę spisywać, bo wiem czego pragnę – być w każdym kraju świata.

Obejrzałam na youtube filmik jakiegoś chłopaka wspinającego się po wydmie na Pustyni Gobi w Mongolii.

Jestem na Gobi! (dyszenie, sapanie, picie wody, odpoczynek)

Jestem Na Gobi! Powtórka z dyszenia i sapania.

Przypominam sobie siebie na Gobi zapadającą się piachu przez dwie godziny i podziwiam, że przy takim wysiłku w tym upale i piasku w
każdym możliwym miejscu chciało mu się kręcić film!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Majestatyczna i przepiękna Pustynia Gobi!
Majestatyczna i przepiękna Pustynia Gobi!

11060093_825520147526427_2645886972166232335_n

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Pustynia Gobi to moje najpiękniejsze wspomnienie z Mongolii. Nie tylko sama wspinaczka, jak ogólnie spanie w jej pobliżu i rozgwieżdżone niebo w nocy.

Drugim równie wspaniałym wspomnieniem jest już powrót do Chin, co z perspektywy czasu to jakby wpaść z deszczu pod rynnę! Wtedy wygrażałam się, że po powrocie uklęknę i pocałuję chińską ziemię ze szczęścia, ale obyło się bez tego. W komunistycznym kraju, w którym ludzie są tak bardzo ulegli i podporządkowani systemowi całowanie asfaltu na granicy mogłoby się źle skończyć.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jurta ogrzewana łajnem.
Jurta ogrzewana łajnem.
Mongolia jest gotowa na turystów! :)
Środek jurty i nocny zapas łajna. Mongolia jest „gotowa” na turystów!

 

maj 2015

 

Mongołowie są bardzo przesądni. Gospodyni Zaja przed naszą wyprawą zaplanowaną na 2 000 km polała próg samochodu mlekiem, a resztę mleka wylała na asfalt życząc nam szerokiej drogi. Pierwszego dnia pojechaliśmy 250 km na południe w kierunku Pustyni Gobi. Jechaliśmy ponad siedem godzin, bo asfalt skończył się od razu po opuszczeniu stolicy Mongolii – Ułan Bator.

Wdrapałam się dzisiaj na jedną z wyższych wydm na Gobi, co zajęło mi jakąś godzinę. Częściowo wchodziłam na czworaka, bo kiedy próbowałam iść normalnie zapadałam się w piasku i miałam wrażenie, że stoję w miejscu, lub się cofam. Najbardziej bałam się końcówki wspinaczki, która okazała się najlepsza. Grzbiet samego szczytu był bardzo zbity, więc pod praktycznie biegłam. Widoki i doświadczenie spektakularne, zmęczenie szybko przemija pozostawiając tylko zły wzruszenia. Mam szczęście mieszkać na tak pięknej planecie!

Życie bym mogła poświęcić na zwiedzanie a i tak byłoby mi mało…

 

 

Never interrupt someone doing something you said couldn't be done.