Moja mama po raz drugi podbija Kaukaz

 

Pomysł => realizacja

 

Moja mama nauczyła mnie marzyć oraz jak ekonomicznie i skutecznie przechodzić od etapu „pomysł” do „realizacja”. Innymi słowy, dała mi wystarczająco dużo, żebym mogła teraz podróżować.

Wychowana w małym mieście komunistycznej Polski w czasach, których nie umiem sobie wyobrazić. Wiem jedno – zawsze wyprzedzała swoje pokolenie. W latach 80’ żelaznej kurtyny w Europie studiowała w Moskwie Filologię rosyjską i pracowała w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Obrony Przeciwlotniczej.

Później, już z rocznym dzieckiem wyjeżdżała jako pilotka na Węgry, do Czechosłowacji, Turcji i Berlina oraz do byłego Związku Radzieckiego. (Dzisiejsza : Rosja, Białoruś, Ukraina i Mołdawia).

Nieźle, jak na czasy gdy paszport, zamiast we własnej szufladzie trzeba było przechowywać w biurze paszportowym, a na jego wydanie potrzebny był specjalny wniosek i dużo cierpliwości do odstania w kolejce.

Po 50-tce przez dwa lata sama nauczyła się angielskiego, tylko dlatego, że jej zależało. Wiedziała, że nie zawsze będę z nią na wyjeździe i wtedy sama będzie musiała wezwać policję w Kenii, jak zniknie jej 20 euro z walizki, albo wytłumaczyć Panu z recepcji w południowych Indiach, że wysadziła korki w naszym pokoju podłączając kilka rzeczy na raz. 

Kiedy w 2011 roku oznajmiła, że rusza do Indii na trzy miesiące skrócić sobie zimę cała rodzina popukała się w głowę. Byłam jedyną osobą, która jej powiedziała, że to świetny pomysł i że na pewno sobie poradzi. W końcu jest dorosła, byłyśmy już tam razem i wiedziała co robi.

Ostatecznie zrealizowała plan pokonując 12 tys. km, w tym 500 kilometrów na piechotę!


Dzieli nas pokolenie i jesteśmy od siebie bardzo różne, ale zawsze solidarnie wspieramy się w szalonych pomysłach, na które któraś wpadnie. Razem przeżyłyśmy smród farbiarni skór w marokańskim Fezie i razem po raz pierwszy przekroczyłyśmy równik. Razem przedreptałyśmy przez jeden z największych ogrodów botanicznych południowej Azji i razem nabawiałyśmy się problemów żołądkowych od Goa aż do Maduraju, z którego już rzut kamieniem dzielił nas od Sri Lanki. Razem wycierałyśmy się ze śliny po karmieniu żyraf w Parku Hallera w Kenii, jak również razem przetrwałyśmy tydzień bez prysznica w Mongolii jadąc przez step blisko 4 tysiące kilometrów w pociągach i dygoczącej puszce, którą nazywają tam samochodem.

Spotkanie po 1,5 roku

 

W maju 2015 spotkałyśmy się w Pekinie. Jej samolot miał wylądować 5 godzin przed moim. Przyleciałam z naturalnej i przepięknej Nowej Zelandii, z kraju o najczystszym powietrzu na świecie w sam środek 21.5 milionowego chińskiego bagna. Teraz „tylko” wystarczyło się odnaleźć. Depresyjne, nijakie, szare, tłoczne i głośne Beijin. Jadąc taksówką z lotniska do naszego hotelu nie mogłam w to uwierzyć, jak okropne pierwsze wrażenie zrobiło na mnie to miasto. Wiedziałam jednak, że ona gdzieś tam jest i na mnie czeka. Taksówka stała w korku co kilkaset metrów, jechaliśmy już niecałą godzinę i zaczynałam się niecierpliwić.

Nagle, jakieś 200 metrów przed nami zobaczyłam duży jaskrawoczerwony szyld hotelu, w którym miałyśmy rezerwację i poczułam się bezpiecznie. Wyskoczyłam jak oparzona z samochodu na środku skrzyżowania. Staliśmy w korku, więc nie opłacało mi się czekać, bo półtora roku to chyba wystarczająco długo. Położyłam zdezorientowanemu kierowcy pieniądze na desce rozdzielczej i wybiegłam. Coś krzyczał za mną i gestykulował, jak to Chińczyk. Trąbiące klaksony, szybki slalom między samochodami i już prawie tam byłam. Tak bardzo nie mogłam się doczekać, biegłam więc po chodniku wpadając na ludzi aż w końcu zdyszana dotarłam na miejsce.

Tyle razy w samolocie wyobrażałam sobie ten moment. Jak to będzie zobaczyć się w tak abstrakcyjnym otoczeniu? Czy ona już tam jest? Nie miałyśmy kontaktu od dwóch dni, więc zupełnie nie wiedziałam co się dzieje i czy jej podróż przebiegła bez problemu.

Weszłam do środka, a tam, na luziku, jak gdyby nigdy nic, na kanapie przy recepcji siedział nie kto inny, jak moja mama…

Kaukaz

 

Moja mama. Przeglądając zdjęcia widzę, jak wdrapuje się na 3 tysięcznik pod Kazbekiem w Gruzji, jak uśmiecha się do mnie szybując na spadochronie po chorwackim wybrzeżu, lub jak sączy piwko w Tel Awiwie, o którym mi, jak i o całym Izraelu tak dużo opowiadała.

Z ramki przy mojej szafce nocnej patrzy na mnie z gwiazdami w oczach tuż przed nurkowaniem na Wasini, wysepce między Kenią a Tanzanią. Zwiedziła multum egzotycznych krajów o których ludzie tylko marzą. W przeciwieństwie do mnie kocha góry i w 2016 zaplanowała wrócić do Gruzji którą uwielbia i przy okazji zwiedzić Armenię. Jej kolejną „trasą marzeń” również na 2016 jest Tajlandia-Kambodża-Laos na „kocią łapę”, czyli to co lubimy najbardziej. Tułaczka z plecakiem po wiochach, tam gdzie biura podróży kończą trasę, my dopiero zaczynamy przygodę.

Na co dzień mieszkamy na dwóch różnych półkulach. Na dłuższe, zwykle godzinne plotki dzwonię dwa razy na miesiąc. Opowiada mi wtedy, że planuje kolejne wyjazdy zagraniczne, że już niedługo rusza w polskie góry, że kupiła nowy przewodnik i tak bardzo się cieszy, bo zacznie planować kolejną trasę. Nie musimy codziennie wisieć na telefonie, czy wpadać do siebie na obiad co niedzielę.

Wystarczy, że kiedy dzwonię, słyszę, że robi to co kocha, więc wiem, że u niej wszystko dobrze.

 

Marakesz, Maroko
Marakesz, Maroko
Safari w Kenii, Tsavo wschodnie
Safari w Kenii, Tsavo wschodnie
Trichy, Indie
Trichy, Indie
Wspólne najbardziej aktualne. Maj 2015r., Wielki Mur Chiński
Wspólne najbardziej aktualne. Maj 2015r., Wielki Mur Chiński