Nie byłam w Polsce od trzech lat

 

Byliśmy znudzeni życiem w Polsce. Czułam, że jak przesiedzę przy tym biurku kolejny rok, to więcej stracę niż zyskam.

Po dwóch tygodniach rozmów przez telefon i korespondencji e-mailowej z agentami imigracyjnymi z Brisbane w Australii podjęliśmy decyzję o wyprowadzce na Antypody.

Zgotowaliśmy sobie niezłe zamieszanie na kilka dni przed ślubem. Jakby sam ślub na drugim końcu Polski był niewystarczający. Dostaliśmy opcję zniżki na kurs angielskiego (i dzięki temu możliwość wyjazdu na wizach studenckich) na Gold Coast lub do Melbourne. 

Mówiło to nam tyle co nic. Weszliśmy na wyszukiwarkę pracy na najpopularniejszej australijskiej stronie wpisując w filtr zawód męża „geodeta” („land surveyor”) po kolei w obu z zaproponowanych miastach. W Melbourne wyskoczyło więcej wyników, więc klamka zapadła. Jakiś filtr na stronce pomógł nam podjąć ostateczną decyzję wywracającą życie do góry nogami!

 

Welcome to Australia!
Welcome to Australia!

 

Pamiętam, że tamtego dnia szłam do pracy trochę bardziej podekscytowana niż zwykle. Unosiłam się ze szczęścia. Zrobiłam pierwszy krok w bagno emigracyjne i nie miałam pojęcia co mnie czeka. Mieliśmy pół roku do wyjazdu i dużo spraw do załatwienia. Pojechaliśmy na badania do Warszawy, żeby odhaczyć jeden z miliona wymagań wizowych. Wyprzedałam zawartość wynajmowanego przez nas 3-pokojowego mieszkania w Szczecinie w trzy miesiące. Nie wiem kiedy zdążyliśmy tyle zgromadzić!  

Segregowaliśmy rzeczy na „bierzemy”, „śmietnik”, „sprzedamy” lub „piwnice naszych mam”.  Z kupki „bierzemy” na koniec wyrzuciliśmy połowę.

Wtedy te rzeczy musiały być dla mnie ważne, teraz już nie pamiętam co leży w tych kartonach gdzieś porozrzucanych po rodzinie w Polsce.

Pokoje pustoszały. Po kolei znikały pralka, lodówka, krzesła, stół, kanapa, obrazy, aż pod koniec jedliśmy obiady siedząc na podłodze.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

W międzyczasie dostaliśmy wizy studenckie. Pracowałam wtedy w korporacji. Weszłam na skrzynkę sprawdzić pocztę a tam wiadomość od naszego agenta i skan wiz. Poryczałam się oczywiście a ludzie dookoła nie wiedzieli dlaczego. Myśleli, że coś się stało i mieli rację!  

Zapisaliśmy się do szkoły (wymagania wiz studenckich, nie marzenie, żeby znowu uczęszczać na zajęcia) i kupiliśmy bilety w jedną stronę do Melbourne. Złożyliśmy wypowiedzenia w pracy.

Wydaliśmy fortunę na tłumaczenia. Na każdy papierek, który nas dotyczył przez 25 lat a podejrzewaliśmy, że bez niego kiedyś będzie problem. I dobrze zrobiliśmy. Od aktu urodzenia po certyfikat aktu małżeństwa przez wszystkie dyplomy ze studiów wraz z suplementami, certyfikaty maturalne, szkolenia, referencje od pracodawców.  Zebrało się tych papierów i część oryginałów cała torba podręczna (5kg). Trzeba było pochodzić po lekarzach, załatwić dentystę i rozwiązać wszystkie umowy na telefony, abonamenty, internet, konta w banku, karty do bankomatu, karty biblioteczne i tak dalej. Tak jakbyśmy zacierali ślady, że w ogóle istnieliśmy. 

Zapłaciliśmy jedną konkretną karę za przedwczesne rozwiązanie umowy, bo to i tak bardziej się kalkulowało, niż płacenie dwa lata abonamentu.

Mieszkanie mieliśmy oddać spółdzielni w stanie deweloperskim. Nie miała w nim zostać ani jedna rzecz. Nazajutrz wyprowadzki nie musieliśmy już zmywać naczyń. Po ostatnim obiedzie dwa widelce, dwa odrapane talerze i stara patelnia wylądowały w koszu. Wieczorem rozłożyliśmy gigantyczne drewniane łóżko na mniejsze elementy i kawałek po kawałku wynosiliśmy na śmietnik. Uff.

Już mi się chciało rzygać tą całą emigracją, a jeszcze nawet nigdzie nie wyjechałam. Noc spędziliśmy na podłodze.

Zaczęły się pożegnania z rodziną i łapanie ostatnich fajnych chwil ze znajomymi. Pół roku szybko przeleciało i nim się obejrzałam siedzieliśmy już w samolocie.

Bałam się tego lotu, bo to w końcu 3 przesiadki i 25 godzin w powietrzu, ale świetnie go wspominam. Czułam się jakbym leciała przynajmniej na Marsa. Obudziłam się rano jak podawano śniadanie. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam czerwoną ziemię. Byliśmy nad Alice Springs w centralnej Australii… 

Mimo początku lata przywitał nas chłodny poranek w Melbourne. Dziwne miasto, zdecydowanie nie z serii tych, w których zakochujesz się od pierwszego wejrzenia. Kapryśna pogoda i nienormalne skoki temperatury z 5 na 44 stopnie w kilka godzin. Zajęło mi 5 tygodni, żeby w ogóle je polubić i kolejnych kilka miesięcy, żeby chcieć tam zostać.

Najlepiej na zawsze!

 

 

 

  • Zadroszczę i gratuluje odwagi! Ja marze o przeprowadzce do Francji, ale wciąz strach i perspektywa rozłąki z bliskimi mi na to nie pozwala 🙁

    • Natalia

      Skoro to marzenie, może kiedyś się zdecydujesz! Powodzenia 🙂

  • Gratuluję odwagi! Wyprowadzka na drugi koniec świata to ogromne wyzwanie i trudna decyzja. Świetnie, że pokochałaś to nowe miejsce 🙂

    • Natalia

      Dziękuję! 🙂

  • Łoo, jak miło się czyta o takich radykalnych zmianach i spełnianiu marzeń. A potem człowiek uświadamia sobie, że sam by się pewnie nie odważył… 😉 Gratuluję!

    • Natalia

      Dziękuję! Pewnie by się odważył, gdyby miał równie chcącą wyjechać osobę obok 🙂

  • SEBA

    To nie odwaga to czyste wariactwo! A nawet wielka kumulacja krystalicznego wariactwa, które wyrosło z połączenia dwóch świrów kiedy założyli sobie obrączki! Nigdy nie zapomnę telefonu po Waszym weselu. Natalia: „Seba muszę Ci coś powiedzieć” robi się wtedy gorąco, bo masz setki myśli co chce Ci powiedzieć i nagle „wyjeżdżamy, Australia na zawsze” i wtedy wcześniejszy kamień spada z serca na nogi! Bo wyjeżdża mój matematyczny mózg i wspólnik w interesach:D Andrzej wracaj! kupię Ci tachimetr i pozwolę Ci ugotować groszek z tuńczykiem, którym śmierdział na cały akademik!

    • Natalia Jaranowska

      Czasami nadal jemy groszek z tuńczykiem 🙂

  • Super sprawa 🙂 Gratuluję decyzji!
    A Australia u mnie wciąż w planach wyjazdowych (ale to pewnie dopiero po objechaniu całej Ameryki Południowej ;))

    • Natalia

      To prawda, Australia jest zbyt piękna, żeby nie mieć jej na swojej „bucket list” 🙂

  • A.

    Nieobliczalne pomysły ale dające szczęście! Bo właściwie po co żyć? Najgorsza jest taka wegetacja bez celu, wiec podbijaj świat Natalia, za nas wszystkich!

  • Zazdroszczę Ci odwagi. Jednocześnie rozmarzyłam się i zainspirowałam do dalszych zmian w swoim życiu :). pozdrawiam

    • Zmiany są ciężkie, ale potrzebne. Im trudniejszy początek, tym lepszy rezultat! Pozdrawiam

  • Aga

    Czesc Natalia,
    Bardzo sie ciesze, ze trafilam na Twojego bloga. Ja mieszkalam 8 lat w Londynie ale wrocilam rok temu do Warszawy. Tu zareczylam sie z narzeczonym a teraz jstm w 7 miesiacu ciazy i spodziewamy sie synka, nasze pierwsze dziecko:-)Jednak nie potrafie odnalezc sie w Polsce i czuje sie tu jak imigrantka. Nawet ksiazek po polsku nie czytam, tylko ciagle mysle po angielsku. Wyjazd za granice pozwala rozwinac sie czlowiekowi na wiele sposobow, to prawdziwa przygoda. Myslimy by za rok znowu gdzies wyjechac, jednak dla mnie mieszkanie w Polsce nie jest celem ostatecznym:-)Pozdrawiam.

    • Natalia

      hej, bardzo mi miło, dziękuję za każde miłe słowo! Ja też książki czytam tylko po angielsku, chociaż pewnie dałoby radę znaleźć jakieś po polsku. Życzę Wam powodzenia i wytrwałości w wyjeździe! :*

  • Świetny post Natalio. Podziwiam Cię za Twoją odwagę, naprawdę. 🙂 Ja w Polsce byłam 4 lata temu. Niestety nie moge pozwolić sobie na częste loty. Życie za granicą nie jest łatwe, nawet na Teneryfie choć na pogodę nie można narzekać. Wszystko ma swoje plusy i minusy 🙂

    • Samo życie! 🙂 Wszędzie są tacy sami ludzie mający takie same, lub bardzo podobne problemy.