Świry przyciągają świry

 

Chińska Republika Ludowa. Shanghaj

Kiedy nadszedł ten piękny, pamiętny dzień wyjazdu z Chin przyjechałam na lotnisko za ostatnie pieniądze zapobiegawczo z kilkugodzinnym zapasem. Miałam w kieszeni jakieś klepaki za które zamierzałam wypić kawę czekając na boarding mentalnie już dawno pożegnana z tym krajem. Z nerwów co może pójść nie tak siedząc na lotnisku nawet nie zauważyłam jak bardzo zmieniła się pogoda. Deszcz i gęsta mgła. Nagle na tablicy odlotów zrobiło się niepokojąco żółto i czerwono. Wykrakałam.

1

 

W informacji linii lotniczych którymi miałam lecieć Pani z wielkim uśmiechem przeczytała mi zdanie z monitora „I’m sorry, your flight has been cancelled”.

– Przykro mi, Twój lot jest odwołany.
– Jak to?
– Przykro mi, Twój lot jest odwołany.

Jej angielski był niżej niż „komunikatywny”. Ze słownikiem udało się jednak skleić kilka zdań. Loty są wstrzymane przez gęstą mgłę, poza tym lotnisko z którego miałam lecieć zostało zmienione z Pudong International Airport na Port lotniczy Szanghaj-Hongqiao 60 kilometrów stąd! Wpadłam w szał.

Wyjęłam mapkę Shanghaiu żeby mogła mi pokazać gdzie to jest.

Nie dostałam żadnej informacji na e-mail. Przecież zmiany w liniach lotniczych to nie jest moja wina. Jest godzina szczytu, jak ja mam się teraz niby kurwa teleportować na drugi koniec 15 milionowego Shanghaju? 

Zapisała mi nazwę lotniska na które mam jechać po chińsku i po angielsku i zupełnie inną godzinę odlotu niż miałam na bilecie. Zapytałam, czy ja mam w ogóle szansę zdążyć na ten samolot. Kiwnęła głową, że tak. To był ostatni dzień mojej chińskiej wizy, a liczą ważność to co do minuty. Witamy w komunistycznym kraju. Nawet nie miałabym 500 juanów, żeby zapłacić karę.

Gonił mnie czas. Każdy krok sprawiał mi ból. Pierwszy raz od wypadku na skuterze musiałam biec! Ałłć…

Zaczęłam biec i smęcić w głowie dlaczego zawsze musi mi się przytrafić jakieś gówno. Myślałam, że gdyby mój mąż był obok to jakoś wszystko by się ułożyło. Boże, jak ja potrzebowałam z nim wtedy porozmawiać, on wiedziałby co robić. Wiedziałby gdzie iść, wiedziałby w co wsiąść i jak najszybciej rozwiązać problem a ja zamiast tego wpadłam w panikę. Najpierw pomyślałam, że wsiądę w taksówkę i zapłacę kartą, ewentualnie po drodze zahaczymy o bankomat, ale szukając wyjścia z lotniska trafiłam na metro i w nie spontanicznie wsiadłam…

Dziękuję Bogu za najlepiej działające metro w Shanghaju, jakie widziałam w życiu. Tanie, szybkie, punktualne, dojedziesz nim wszędzie, bez liczenia na pomoc Chińczyka (której i tak byś raczej nie dostał). Po dwóch godzinach wpadłam zdyszana na miałam nadzieję „poprawne” lotnisko, żeby zobaczyć, że mój lot jest opóźniony o 5 godzin, a to był pierwszy lot z trzech jaki miałam złapać. 5 godzin opóźnienia to lepsza opcja, niż spóźnić się na samolot, ale wiedziałam już, że dwa moje pozostałe loty prawdopodobnie odlecą beze mnie.

Druga przesiadka w Guangzhou w Chinach to był wyścig z czasem. Oprócz mnie były jeszcze 4 osoby lecące do Auckland. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Stewardessa wyczytała nasze nazwiska, że mamy jako pierwsi wysiąść z samolotu, bo czeka na nas samochód, który nas dowiezie na kolejny samolot. Był środek nocy i czapki z głów dla nich za piękną organizację. Jak dzieciom przykleili nam do ramienia wstążeczki z napisem „Auckland”. Samochód dowiózł nas z piskiem opon do celnika, który wbił każdemu pieczątkę wyjazdową. Zapytałam czy znajdzie się minutka na toaletę, a ona krzyknęła tylko „no, no, no!!!”.

Opuszczałam Chiny w szybszym tempie, niż przypuszczałam, że w ogóle można!

Wsadzili nas z powrotem do auta i podwieźli pod samolot, który na nas czekał od godziny. Maszyna zaczęła kołować od razu jak zajęłam miejsce, a ja myślałam tylko o tym, że właśnie spełnia się moje marzenie, bo już niedługo nie będzie mnie na chińskiej ziemi.

 

Nowa Zelandia. Auckland

 

Spałam całą noc, chyba pierwszy raz w życiu przespałam posiłek. W Auckland, kiedy przyszła moja kolej zamiast pieczątki wjazdowej i „Welcome to New Zealand” usłyszałam:

New Zealand Immigration office would like to talk to you. Please step aside

Kazali mi stanąć z boku i zabrali paszport. Zaprowadzili mnie do takiego malutkiego pomieszczenia na jeden stolik i dwa krzesła, dali szklankę wody. Już wiedziałam, że to będzie długa impreza. Mój mąż często powtarza powiedzenie swojej Babci, „tylko spokój nas uratuje„. Pięknie brzmi, ale moje „ja pierdolę” w głowie nie dawało za wygraną.

Kobieta miała zeszyt A4 i notowała każdy mój wyraz. Podsunęli mi laptopa, żebym zalogowała się na moje obie poczty, bo chcieli sobie je przejrzeć. Miłej zabawy w czytaniu e-maili po polsku.

Zaczęło się piekło i dyskusja na temat każdej mojej pieczątki w paszporcie. Dobrze, że zmieniałam paszport po ślubie, bo nad analizą mojego starego paszportu siedzielibyśmy pewnie do teraz.

Po co przyleciałaś trzeci raz do Nowej Zelandii? Co tu robiłaś poprzednimi razy, gdzie mieszkałaś, jak Ci ludzie się nazywają, skąd ich znasz, kogo tu jeszcze znasz, co zwiedziłaś? Co jeszcze zwiedzałaś? Musiałaś widzieć przez 5 tygodni coś więcej niż tylko Howick. Co robiłaś w Chinach i dlaczego pojechałaś tam sama? Po co pojechałaś pociągiem do Mongolii? Skąd bierzesz pieniądze? Ile masz przy sobie? Dlaczego podróżujesz bez bagażu głównego? Ile masz pieniędzy na koncie? Czy to jest jedyne konto jakie posiadasz? Jaki adres? Jaki numer? Jaki kod pocztowy? Musisz to pamiętać, skoro mówisz, że mieszkałaś tam rok. Dlaczego, po co, kiedy, jak, za co, za ile, o której godzinie, w którym roku, jakiego dnia? Dlaczego Twój mąż jest teraz w Australii i skoro tak to co Ty tu robisz? Gdzie on mieszka? Jakie są nazwiska tych ludzi? Dlaczego nie był z Tobą w Azji? 

Minęła godzina. kiedy kobieta chyba już wyczerpała limit pytań na jedno życie wróciłyśmy do kartki numer 1, zaczęła zadawać te same pytania i sprawdzać czy odpowiedzi się powielają. Nie mogłam uwierzyć, że zaczynamy zabawę od nowa. Ty też mieszkałaś w Australii? Świetnie, podpisz tu deklarację, że wyrażasz zgodę a my wykonamy telefon do Ambasady w Australii zobaczyć czy mówisz prawdę. No odpisz, jeżeli nie masz nic na sumieniu to nie masz się czego obawiać. Może błędne, ale odniosłam wrażenie, jakby postawili sobie za punkt honoru znaleźć COKOLWIEK.

Wyszła zadzwonić i zostawiła mnie ze szklanką wody. Wróciła po 10 minutach, oddała mi paszport, telefon i plecak i powiedziała:

Jesteś wolna, chodź, odprowadzę Cie do wyjścia.
– Wow, ale mi zrobiliście przesłuchanie.
– Gdybyśmy Ci zrobili prawdziwe przesłuchanie nie wyszłabyś stąd dzisiaj. Nie bierz tego do siebie, Urząd Imigracyjny w Nowej Zelandii jest bardzo surowy. Chętnie witamy Cie w swoim kraju, ale jeszcze chętniej będziemy Cie z niego żegnać. Trzymaj się dzieciaku.

   

Australia. Gold Coast

 

Samoloty zawsze odlatują o jakiejś irracjonalnej godzinie w stylu 5 rano, co oznacza, że musisz być na lotnisku 2-3 w nocy, więc czy właściwie opłaca się iść spać? Komunikacja miejsca na wiosce Gold Coast nie chodzi między północą a 5 rano, więc została mi tylko jedna opcja – dotrzeć na lotnisko ostatnim nocnym i poczekać 5 godzin.  Dojechałam na 22. Jedna noc na lotnisku w tą czy w tamtą nie robi różnicy a rano za wszystkie trudny zafunduję sobie duże latte i po krzyku.

O 22.30 podeszły do mnie dwie celniczki z informacją, że mam opuścić teren, bo na noc zamykają. Pierwszy raz w życiu słyszałam o czymś takim jak lotnisko zamykane na noc, więc bardziej mnie ta informacja rozbawiła niż zdenerwowała. Chociaż, mogły sobie darować pobłażliwy ton i zwracanie się do mnie per „dear” – skarbie.

Wyszłam na zewnątrz i zobaczyłam 4 osoby leżące każda na innej ławce z pięciu dostępnych. Loże skazańców i nawet jedna wolna dla mnie. Przyleciałam do Gold Coast tak jak stałam – na krótki rękawek, krótkie spodenki plus trzy koszulki i bielizna w plecaku. W dzień jest upał a w nocy… no cóż, nie spodziewałam się spędzenia nocy w ten sposób. Pozostali ludzie poowijali się w jakieś szmaty, przykryli kocami, ręcznikami a ja podłożyłam sobie plecak pod głowę i wyjęłam telefon. Był naładowany i złapałam wifi z lotniska, więc nie było tak źle. Zabiję kilka godzin w necie i przeczekam do wschodu słońca.

Po dwóch godzinach zdążyłam się nieźle wkurwić. Trzęsłam się z zimna i potrzebowałam skorzystać z łazienki. Tylko jak, skoro nie ma tu żadnej bo koczujemy jak psy, wszędzie są kamery a dookoła tylko parkingi, więc jak zrobię to tutaj to najprędzej trafię jutro na youtube? Wzięłam plecak, żeby pochodzić dookoła lotniska i się jakoś rozgrzać. Była 1 w nocy. Jakiś chłopak krzyknął:

You got stuck here as I did? (Czy Ty też tu utknęłaś tak jak ja?)

Siedział na krześle, które wziął przez barierkę z zamkniętej restauracji. Podeszłam bliżej. Zapytałam go czy wie, że obiekt jest monitorowany, więc jak mi coś zrobi to na pewno go złapią. Wyglądał jak siedem nieszczęść. Chudy, blady, podrapany, jakby nie spał od tygodnia, do tego cały w tatuażach i zabandażowany w kilku miejscach. Zapytałam co mu się stało. Wyszedł ze szpitala po bójce z dziewczyną, z którą się właśnie rozstali po dwóch latach. Nieźle go zmasakrowała. Miał przy sobie garstkę rzeczy, bo ona resztę wyrzuciła w furii przez balkon w hotelu. Idealne zakończenie rodzinnych wakacji. Ze szpitala na lotnisko odwiózł go dziadek dziewczyny, który zostawił mu piersiówkę rumu, paczkę fajek i zapalniczkę (gość na co dzień niepalący) i życzył powodzenia. Nie miał nawet jeszcze biletu na samolot, bo cała akcja potoczyła się dość niespodziewanie.

Przez następne dwie godziny rozmawialiśmy. Głównie on opowiadał o byłej, był świeżo po sprawie i musiał się wygadać. A chyba nie ma lepszej opcji niż wyspowiadać się komuś, kogo się już nigdy w życiu nie zobaczy. O 3 rano dołączył do nas błąkający się po okolicy Tajwańczyk, który miał jeszcze inny powód dlaczego utknął na tamtym lotnisku. Nie wiem jak się nazywają, ale dzięki nim to była udana noc. Zabiliśmy czas gadaniem jeden przez drugiego i każdy z nas okazał się bardziej stuknięty od przedmówcy.

Wiadomo. Świry przyciągają świry.

 

 

  • Świetnie mi się czyta Twoje wpisy. 🙂

    • Krzysia

      Super barwne opisy.
      Czekam na kolejne
      Pozdrawiam:)

  • A.

    Niecierpliwie czekam na kolejny wpis. Czytając czuję jakbyś była tu obok i z uśmiechem, energicznie gestykulując, opowiadała te niesamowite historie. Ja się gubię w supermarketach więc w chinach na lotnisku na pewno bym umarła i do tej pory by się nie udało odnaleźć moich zwłok.

  • Alicja

    Za chwilę zrobi się z tego Twojego pisania niezły kryminał. Czy Ty dziecko nie możesz żyć „normalnie”! Buziaki!

    • Natalia

      Chciałabym żyć normalnie, ale się nie da 🙂

  • Oj w Azji rożnie to bywa, bywa. Mój samolot z Nepalu do Varanasi wyleciał o godzinę wcześniej niż planowano – zdążyliśmy na last call 😛

    Zgadzam się, że metro w Szanghaju jest genialne 🙂 Raz jechałam nim chyba z 70 km – z dwoma przesiadkami, ale dotarłam wygodnie do celu 🙂

    Pozdrawiam,
    Aśka

    • Natalia

      godzinę przed czasem? Ojj to musiał być stres!!!!

  • „Chętnie witamy Cie w swoim kraju, ale jeszcze chętniej będziemy Cie z niego żegnać. Trzymaj się dzieciaku.”

    A ja byłem święcie przekonany, że to taki sympatyczny kraj…

    A to co piszesz czyta się wspaniale!:)

    • Natalia

      Dziękuję bardzo. Kraj jest sympatyczny, ale na swój specyficzny sposób 🙂

  • Ale historie! Nie wiedziałam, że urząd emigracyjny w NZ jest taki straszny i surowy… W Szanghaju spędziłam tylko 2 dni przelotem i bardzo mi się podobał, ale Chińczycy zdążyli mnie irytować – nie dziwię się, że chciałaś wracać 😀 No i super, że czekał na Was samolot, nie chcę nawet wiedzieć co musiałaś czuć!

  • Ale miałaś lotniskowe przygody! Ale tak to jest jak się dużo podróżuje. Mi utkwiło w pamięci lądowanie na Jamajce. Mieliśmy wylot w lutym, akurat odbywały się tam narodowe zawody w krikieta i trzeba było mieć specjalną wizę Caricom visa. Sęk w tym, że aby ją wyrobić trzeba było załatwiać ją przez Ambasadę Jamajską w Berlinie a czas nas gonił, bo mieliśmy tam zarezerwowany 2-tygodniowy pobyt łącznie ze ślubem. Koniec końców okazało się, że nie zdążyli nam wydrukować wiz tylko jakieś świstki z potwierdzeniem, że możemy wjechać. Po 14 godzinach lotu z przesiadką, zatrzymali nas na jakieś 3 godziny na lotnisku. Okazało się, że nie tylko my mieliśmy ten problem. Ludzie podróżujący z Niemiec też. Kazali nam czekać, byliśmy wyczerpani i wkurzeni. Po 3 godzinach powiedzieli, że możemy iść ale zabierają nam paszporty i dopiero jak wkleją wizę to nam przyślą do hotelu. Było nam wszystko jedno. Paszport z wizą najpierw dostał mój mąż po jakimś tygodniu a ja tuż przed wylotem do Polski ;). Także różne się dzieją rzeczy na lotnisku ;). Pozdrawiam.

    • Natalia

      Też mieliście niezłe zamieszanie!:)