Jak na wakacje, to tylko do Australii…

 

Food tourism

 

Bylibyście w stanie przemierzyć kawałek świata tylko po co, żeby coś zjeść? Nie „coś”, ale ten konkretny posiłek, o którym od lat nie możecie zapomnieć. Jakiś smak, który wywarł na Was takie wrażenie, że podświadomie dążycie, żeby go jeszcze kiedyś spróbować i postawicie na swoim, bo nie wyobrażacie sobie być w danym miejscu i tego nie zrobić. Na tym polega „food tourism”. Długo się zastanawiałam jak to dobrze przetłumaczyć i na razie wpadłam na „turystyka nastawiona na doznania kulinarne”.

To jakiś absurd?

 

Nie trzeba być od razu milionerem. Możecie być takimi podróżnikami na mniejszą skalę wcale o tym nie  wiedząc. Zaczyna się niewinnie, na przykład od jazdy na drugi koniec miasta do ulubionej piekarni, bo właśnie tam Waszym zdaniem chleb jest najlepszy a  kończy się na kolejnych wakacjach w Chorwacji i chodzeniu do tej samej knajpy, bo „tamta ryba nie smakuje tak dobrze nigdzie indziej”, lub na lataniu dwa razy do roku na weekend z Australii do Nowej Zelandii, tylko po to, żeby najeść się ostryg. 

Kiedyś bym powiedziała, że to absurd, bo to w końcu lot 4 godziny w jedną stronę, a teraz myślę, że jeśli ktoś to lubi, to czemu nie. W końcu podobno mamy tu najlepsze ostrygi na świecie… ale Australijczycy to generalnie taki naród, który sobie niczego nie żałuje, więc przestało mnie to dziwić.

Jak sobie czasem wyobrażam mój przyjazd do Polski na wakacje to podświadomie układam w głowie listę miejsc to których pójdę. Oprócz miejsc związanych ze wspomnieniami, znajomymi i wiadomo rodziną, króluje jedzenie. Tamta czekolada na gorąco z ulubionej cukierni z dzieciństwa. Tamto spaghetti carbonara z małej włoskiej knajpy przy parku. I mimo, że pewnie po latach dawno zmienił się kucharz, czy przepis, lub knajpa już w ogóle nie istnieje, to i tak tam pójdę, żeby się przekonać, czy to nadal smakuje tak dobrze, jak to zapamiętałam. Po przemyśleniu Polska chyba nie jest tu dobrym przykładem a sentyment do smaków z  dzieciństwa to nie jest dokładnie „food tourism”. 

Oprócz wspomnień smaków z lat młodzieńczych, które wiadomo, że mogą być trochę przejaskrawione, trzy razy w życiu coś wywarło na mnie takie wrażenie, że byłabym gotowa polecieć tam jeszcze raz. Byle tylko móc to przeżyć ponownie. Sernik waniliowy w Melbourne na Queen Victoria Market na który chodziliśmy co sobotę i który co sobotę był jeszcze lepszy niż poprzednio, a ja za każdym razem mówiłam, że to przecież niemożliwe.

Jak na wakacje, to tylko do Australii

 

Jak pojawiłam się w Melbourne przelotem w zeszłym roku, pierwsze co pojechałam na tamten market, żeby zjeść tę jedną, konkretną rzecz. Była wspaniała, dokładnie taka jak ją zapamiętałam. Jadłam tamten sernik waniliowy dziesiątki razy, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby go fotografować.

Drugie miejsce to Floating market pod Bangkokiem w Tajlandii i najlepsze sajgonki jakie jadłam w życiu. Jak je pochłonęłam zamówiłam kolejną porcję, żeby trochę się tym razem delektować i na spokojnie zrobiłam zdjęcie. Mija trzeci rok i nie mogę o nich zapomnieć.

 

DSCF3273

 

Mam też zdjęcia tej Pani z córką od których je kupiliśmy i któregoś dnia wrócę tam i je znajdę. A przynajmniej taki jest plan. 

And the winner is…

 

Mój numer jeden to sushi na Gold Coast w Queensland, Australii. Próbowałam w kilku miejscach i było takie sobie, więc szukałam dalej i w końcu znalazłam tamto jedno i z miejsca się zakochałam. Łosoś, kozi ser i awokado. To połączenie już zawsze będzie smakowało jak Gold Coast. Na poważnie zaczynam rozważać taką eskapadę na parę dni. Nie brzmi to tak irracjonalnie jak „lecę do Bangkoku zjeść sajgonki, wracam po jutrze„. Australia nie jest aż tak strasznie daleko z Nowej Zelandii w porównaniu z resztą świata. Byłabym skłonna dorwać jakieś tanie loty, żeby móc przeżyć to jeszcze raz. Kto wie, może uda się w tym roku. W końcu jak na wakacje, to tylko do Australii…