W poszukiwaniu diabła Tasmańskiego

 

Trudy podróży?

 

Prom z Melbourne na Tasmanię całkowicie mnie wykończył. Nie wiem kiedy to się stało, że nagle 12-godzinna wyprawa zrobiła się dla mnie wyzwaniem. Serio, człowiek powinien się zatrzymać na wieku 25 lat i nie starzeć się już dalej, bo kiedyś skwitowałabym to krótko – „trudy podróży”, albo w ogóle nie zauważyłabym takiej trasy.

Gdyby ktoś pięć lat temu powiedział mi, że przypłynę tu, wynajmę samochód i objadę wyspę dookoła to bym nie uwierzyła.  A teraz, jak gdyby nigdy nic po prostu tu jestem… Australia wydawała  mi się szczytem marzeń i destynacją tak odległą, że aż niemożliwą do zrealizowania.  Egzotyczny, bardzo zróżnicowany i bardzo odległy kraj wielkości Stanów Zjednoczonych. Co do jednego miałam rację – ten kraj nadal jest dla mnie szczytem marzeń i za każdym razem jak go opuszczam nie mogę się doczekać, żeby wrócić.

 

 

 

Tasmania

 

Tasmania to siódmy, najzimniejszy stan Australii, jak również nieskończone lasy, góry, jeziora i rzeki, bo dzika przyroda zajmuje ponad 25% wyspy. Jedno z nielicznych miejsc, które pozostały na tej planecie, gdzie przez kilka dni marszu możesz nie spotkać innego człowieka, a jedynym towarzystwem pozostają wombaty, kolczatki, kangury i oposy, a przy większym szczęściu diabły tasmańskie i dziobaki. Do długiej listy endemicznych gatunków zwierząt jakie zamieszkują Tasmanię dodam brak tłumów a co za tym idzie komercjalizacji,  krystalicznie czystą wodę Indo-Pacyfiku i puste plaże o białym piasku sięgające aż po horyzont. Raj na ziemi odnaleziony!

 

 

Craddle Mountain

 

Jestem na Tasmanii w grudniu, co oznacza początek lata na Antypodach. A przynajmniej powinno oznaczać.

Ktoś mnie ostatnio zapytał co było dla mnie największym zaskoczeniem w Australii. Bez wahania odpowiedziałam, że pogoda. Jeśli żyjesz w przeświadczeniu, że na najsuchszym kontynencie świata jest zawsze ciepło, to obalmy ten mit raz na zawsze. Pogoda w stanie Victorii oraz na Tasmanii jest całkowicie nieprzewidywalna przez cały rok. Wychodzisz rano do pracy, żar leje się z nieba jest 30 stopni w cieniu. Wystarczy, że wiatr zmieni kierunek i zamiast z pustyni zacznie wiać z Antarktydy, żeby w kilka godzin zrobiło się 10 stopni. Parasol i sweterek nigdy nie zaszkodzą. 

Mieszkamy w drewnianym domku w lesie u podnóża Cradle Mountain. Jest chwilę po zachodzie słońca, co oznacza, że już niedługo usłyszę grasujące nocą oposy i kręcące się wokół domku kangury. Nie są głupie, więc starają się unikać ludzi, ale to niewielka wyspa, więc nadal nie tak trudno się na nie napatoczyć. Dziś w nocy mają być 4 stopnie. W oddali słychać już zbliżającą się burzę. Przykryta trzema prześcieradłami pozdrawiam Ciebie czytelniku być może owiniętego mięciutkim kocem z kubkiem gorącej herbaty.

 

Cradle Mountain, Tasmania