„Biała się porzygała”!

 

Drugi dzień jedziemy autokarem przez Wyżynę Tybetańską. Właśnie minęliśmy znak, że znajdujemy się na wysokości 4412 metrów nad poziomem morza. Tak telepie, że nie jestem pewna, czy rozczytam się później z tych bazgrołów!

Od 6 rano jestem w drodze w towarzystwie bardzo miłej pary Tybetańczyków. Zaczęli mnie dokarmiać od samego początku. Zaczęło się niewinnie, od jajek na twardo, racuchów i pierożków z mięsnym farszem. To jest nieludzkie, żeby kazać komuś jeść o takiej godzinie, ale oni nie przyjmowali odmowy. Potem dostałam 5 ciastek z budyniem i kruche ciasteczka z orzechami. Pokazywałam na migi, że już nie mogę i łapałam się za brzuch, więc zaczęli mi upychać do plecaka „na wynos”.

Czy ja wzbudzam litość?

Jako, że komunikacja była zerowa, między większymi posiłkami ograniczaliśmy się do tego, że chłopak śpiewał (bardzo chciał być filmowany), a ja z jego kobietą i resztą blisko siedzących chrupałyśmy słonecznik (nie przyjmowała odmowy). Na każdych kilku pasażerów przypadał duży kubeł na śmieci, ale i tak wszyscy pluli słonecznikiem na podłogę, więc schowałam buty, podkuliłam nogi, żeby przypadkiem nie zarobić i pluliśmy razem. W końcu mieliśmy spędzić w tym autokarze „tylko” cały dzień!  

Po kilku godzinach na takiej wysokości ludzie zaczęli się źle czuć. Jeden facet wymiotował do kubła na śmieci, a kobieta siedząca przede mną przez okno. Nie zawsze trafiała, więc miałam już z głowy podziwianie widoków. Ja też już siedziałam na zmianę zielona lub fioletowa i zaczęłam się rozglądać nad jakimś kubłem.  A jaka byłaby atrakcja dla podróżujących i temat do rozmowy na kolejne dwie godziny, gdyby „biała się porzygała”!

Jechaliśmy przez kilka godzin wąskimi drogami nad takimi przepaściami, że kierowca nie miał możliwości się zatrzymać. Właśnie w tym momencie moi nowi znajomi postanowili rozpocząć kolejną ucztę. Suszone mięso z jaka i kurze łapki na ostro. Bierze mnie na wymioty od samego zapachu i mam chorobę lokomocyjną, a oni z wielkim uśmiechem, taką nadzieją i ciekawością w oczach dają mi do spróbowania tę cholerną kurzą łapkę. To była naprawdę ostatnia rzecz na jaką miałam wtedy ochotę!

 

Kto chętny na mięsko z jaka?

 

Od samego przyjazdu do Kangding, miasteczka nazywanego „Bramą Tybetu” czułam się jak w innym, już na pewno nie chińskim świecie. Pierwsze wrażenie było paskudne, sam dworzec autobusowy przypominał otwarty zakład psychiatryczny. Kobiety snujące się po ulicy w szlafrokach, smród i „dziwaczna” atmosfera.

Nie mieliśmy żadnych rezerwacji, a że nie czułam się tam bezpiecznie poszłam za jedną z naganiaczek dworcowych i stargowałam cenę (nie pamiętam jaka była wyjściowa) za pokój do 30 RMB od osoby (18 zł), bo zwykle tyle płaciliśmy za nocleg. Warunki, nawet jak na nasze na prawdę „ekonomiczne” wymogi były skandaliczne, najgorsze w historii wyjazdu. Jakby to opisać? Łazienka, czyli dziura w podłodze była zatęchłą komórką połączoną z prysznicem (do tej samej dziury spływa woda i do tej samej dziury spływa… wiadomo). Wydobywał się stamtąd taki smród, że jedyną opcją było otworzyć szeroko okno… jednak wtedy całe osiedle widziało co robisz…  nadal trudny wybór.

 

Mogłam się bardziej targować! Następnego dnia od rana zaczęłam szukać noclegu gdzie indziej, ale tam było jeszcze gorzej, postanowiliśmy zostać na starych śmieciach. Pierwsze wrażenie, jak to często z nim bywa okazało się mylne. Gdy wiatr rozwieje chmury, dookoła Kangding rozciągają się spektakularne widoki na 7,5 tysięczniki. Pierwszy raz w życiu widziałam podtopione w chmurach Himalaje!

Chcecie zobaczyć jak wygląda Kangding i jego mieszkańcy?

 

 

 

 

 

  • Póki co te kierunki nie kręca mnie na tyle, żeby marzyć o podróży w tamte rejony. Ale czytając takie posty i oglądając zdjęcia Himalajów utopionych w chmurach nabieram chęci na podróż w nieznane 😉

  • A.

    Kurze łapki. .. jeśli jest zjadlas należy Ci się szacunek 🙂

  • ta z Legnicy

    Niunia , jestem zachwycona zdjęciami 🙂