Backpacker & Hotel

 

Czym kierujecie się wybierając zakwaterowanie w miejscu docelowym? U mnie zawsze jest to cena, lokalizacja i odległość do komunikacji miejskiej.  

Najlepiej zawsze wspominam te wyjazdy, w czasie których trzeba było jednak wyjść poza strefę własnego komfortu. Spanie i stołowanie się codziennie w tym samym eleganckim hoteliku to nuda, równie dobrze mogę zostać w domu, za to spanie w „dormach” (ang. dorm – sala sypialna) to jazda bez trzymanki.

Lecąc na Gold Coast w Australii pół roku temu zastanawiałam się jak to będzie. Dzielenie pokoju z obcymi, często codziennie nowymi ludźmi i zero prywatności. Na kilka dni można zagryźć zęby, szczególnie, jeśli jest się typem znikającym z pokoju na całe dnie, lubiącym zaoszczędzić i często przemieszczającym się.

Wszystko zależy co, gdzie i jak. W Shanghaju kwaterując się w miejscu typu „backpacker” nie miałam większych problemów z aklimatyzacją, Chińczycy byli na pewno bardziej ciekawi mnie niż (po dwóch miesiącach) ja ich. Trzeba było zaakceptować, że oni nie robią tego specjalnie, a są po prostu irytujący sami w sobie i poszło z
górki.  

Australia, w której wszyscy mieszkańcy podróżują to akurat ekstremalny przykład, bo jest spora szansa, że w „backpackerze” do dzielenia pokoju trafi Ci się rozhisteryzowana banda dzieciaków nazywająca siebie „dorosłymi” (wiem, brzmię staro i trochę generalizuję), najczęściej podróżująca za pieniądze mamy i nadal z nią mieszkająca; prawie zawsze będą to Australijczycy lub Nowozelandczycy, dla których nie istnieją żadne reguły. Takie żywe efekty bezstresowego wychowania, dla których np. spuszczenie po sobie wody w toalecie to zbyt duży wysiłek. Innymi słowy, dziki żywioł.

Paradoksalnie są to dwie nacje, z którymi jest w tej części świata największy problem. Ostatnio była afera, kiedy na Południowej Wyspie Nowej Zelandii mimo wolnych pokoi odmówiono zakwaterowania 19-stolatkowi tylko dlatego, że miał paszport Nowej Zelandii. Komentarz właściciela hostelu – „Kiwi smells like trouble. All foreigners welcome” – „Z nowozelandczykami jest za dużo kłopotów. Zapraszam obcokrajowców.” Na początku mnie to zdziwiło, może zbulwersowało, ale po zastanowieniu jednak mu się nie dziwię. Biznes to biznes, a to on od lat ponosił szkody za nowe szyby, farbę, czy wyposażenie pokoi. Na Gold Coast widziałam, że największy problem był z samymi Australijczykami, dzięki którym przejście korytarzem do swojego pokoju zamieniało się w podróż- slalom między wymiocinami.

Dla kogo są dormy? 

Na pewno dla ludzi nie utożsamiających wakacji z hotelem, bardziej traktujących wyjazd jak doświadczenie. Dla mnie hotel to miejsce, w którym mam chociaż względne poczucie bezpieczeństwa, łóżko, bieżącą wodę do mycia a rano opuszczając go nie będę miała śladów pogryzień przez pluskwy. To chyba niewiele wymagań!

Wady: 

– nic nie zależy od Ciebie a wszystko od tego na kogo trafisz – brak prywatności, niewielki komfort, hałas

– trzeba włączyć tryb „mijania się z ludźmi” – ja znikam na całe dnie, oni znikają na całe noce; Ja myślę, że oni marnują sobie wakacje, oni myślą to samo o mnie

Zalety: 

– cena; zazwyczaj jest kilka lub nawet kilkanaście razy mniej; w Australii za zwykły, ale prywatny pokój (łóżko, szafka, łazienka) trzeba liczyć 150$ za noc wzwyż; dormy ratują sytuację,

– w zależności co kto lubi – w hostelach dla plecakowiczów też można się dobrze bawić i poznać interesujących ludzi,

– klimat,

– najciekawsze historie i rady od ludzi, którzy zwiedzili dużo, dużo więcej niż ja usłyszałam właśnie w takich miejscach;

W zeszłym tygodniu wybierając zakwaterowanie w Nukualofie na Tonga zastanawiałam się, czy ja nie jestem na te dormy „za stara„, ale różnica w cenie w porównaniu z prywatnym pokojem za którą mogę kupić bilety lotnicze na kolejne wakacje rozwiała wszelkie wątpliwości.

A co mi tam, często odwiedzający wyspy na Pacyfiku Australijczycy i Nowozelandczycy na pewno staną na głowie, żebym się nie nudziła!

 

  • Świetny wpis! Kilku moich znajomych już było w Australii, mnie również kusi wyjazd tam. Zapisuję w zakładkach.

    • Natalia

      Australia jest kusząca, nie zastanawiaj się 🙂

  • Zdecydowanie nie każdy się do czegoś takiego nadaje – zwłaszcza osoby ceniące sobie prywatność, intymność i święty spokój. Myślę jednak, że to fajny sposób na tani nocleg dla młodych, nie mających wielkich wymagań zwolenników ciekawych przygód. Pewnie gdybym była młodsza, zdecydowałabym się na coś takiego – ot, z ciekawości.

  • Ja chyba zacznę drukować sobie Twoje wpisy, tyle tu bardzo przydatnych informacji. 🙂 Od razu więcej zapału na podróżowanie dostaję. 🙂 Pozdrawiam serdecznie. 🙂

  • Fanka wyjazdów do dobrych hoteli, ale nocując w wawie skorzystałam z Hostelu, bo chciałam sprawdzić jak to jest. Nie jestem już zbyt młoda, mam dorosłego syna, i powiem wam, że pierwszy i ostatni raz. W pokoju byli ludzie, różni wiekowo, nawet Włoch lat 60, który nie dawał mi spokoju amant jeden. Do tego nie przespane noce bo wszyscy w pokoju chrapali, do tego sąsiad z góry strasznie w nocy się kręcił co skutkowało że sińce pod oczami pokazywały mój stan energii dnia. A wiadomo – nie śpisz – nie ma przyjemności ze spędzonego dnia. Nigdy bym się już nie zdecydowała na pobyt w takim miejscu. Wolę zapłacić i cieszyć się podróżą. Pozdrawiam