Najbardziej wyluzowane lotnisko świata

 

Przed przylotem do Królestwa Tonga naczytałam się, że transport publiczny raczkuje i nie ma co liczyć na autobusy po godzinie 17-stej. Na miejscu było jeszcze zabawniej. W stolicy Tonga – Nuku’alofie nie ma przystanków autobusowych ani rozkładów jazdy. Autobus przyjedzie wtedy, kiedy przyjedzie, a na kierowcę się macha – tylko jeszcze trzeba wiedzieć jak. Jeśli zamiast na niego machnąć mu pomachasz, to on uzna, że jesteś sympatyczny i Ci odmacha.

Lokalni wyjadacze ustawiają się przy drodze, wskakują i wyskakują kiedy chcą, autobus potrafi się zatrzymywać co kilka sekund, w godzinę pokonując 15 km.

Na Fua’amotu, nazywanym „najbardziej wyluzowanym lotniskiem świata” wylądowałam późnym wieczorem, więc choć nigdy tego nie robię, nie pozostawili mi innego wyboru, jak wcześniej, przez internet zorganizować sobie transfer do hostelu.

Przywitała mnie fala gorąca. Nic dziwnego, jestem trzy godziny bliżej równika niż położone jest już ciepłe Auckland. Wychodzę z lotniska i nie jest tak jak miało być – nikt na mnie nie czeka. Skoro są tacy „wyluzowani” to pewnie się spóźnią?

Zrobiłam kilka rundek, minęło z pół godziny i nadal nic. To jest jakiś fenomen. Jakoś po każdego zawsze kurwa ktoś przyjeżdża. Wszyscy powsiadali w fury, taksówki i tak dalej, w ciągu godziny ludzie w magiczny sposób poznikali. Były przywitania, uściski, uśmiechy. Był nawet zespół grający na bębenkach, witający nas, przyjezdnych i mogłoby być naprawdę miło gdybym ostatecznie nie siedziała tam sama po nocy na jakiejś ławce.

W końcu ekipa lotniskowa wbijająca nam wcześniej pieczątki wyszła na papierosa. Zdążyli obsłużyć cały samolot. Zapytali na kogo czekam (drugi język urzędowy w kraju to angielski). Powiedziałam im wszystkie szczegóły z e-maila – miała tu być kobieta kierowca z szyldem hostelu. Znali hostel, zawołali jakiegoś faceta.

Tak, tak, znam ją. Była tu i odjechała dawno temu. Musiała zabrać złą osobę!

Spoko, zadzwonię do niej.

Tak była tu, odjechała, ale spoko, wróci po Ciebie.


No to świetnie, jeden problem z głowy. Tak też się stało i w ciągu godziny zajechałyśmy pod hostel. Był już środek nocy. 
Podziękowałam jej bardzo i zaczęłam kierować się w stronę wejścia, a ona krzyczy za mną, że pieniądze.

Ja już zapłaciłam online tydzień temu zarówno za transfer jak i za nocleg.

Kobieta patrzy na mnie mrużąc oczy z takim niedowierzaniem, jakbym powiedziała właśnie najbardziej absurdalną rzecz na świecie. Ona chce cash. Pewnie, kto by nie chciał gotówki?

Po pierwsze, nie mam zamiaru z nią dyskutować. Po drugie, już zapłaciłam za tę organizacyjnie śmiechu wartą przejażdżkę 20 kilometrów w przeliczeniu ok. 80 zł i nie dam podwójnie. Zostawiła mnie i poszła na recepcję. Recepcja to może słowo na wyrost – pokoik, biurko, komputer. Dogadali się.

Nikt nie chciał mojego paszportu, pierwszy raz w życiu nie dostałam klucza do pokoju, bo tu nie ma ani kluczy, ani zamków w drzwiach. Tutaj żyjemy wszyscy razem i dzielimy się tym co mamy, więc drzwi to najlepiej mogę zostawiać na oścież (czytaj – jak nie ja zostawię, to oni zostawią). Że wspólnota, że jedna wielka rodzina. No dobra, niech tak będzie.

Powiedzieli, żebym się rozgościła.

Uff, udało się. Jestem na Tonga!!!

 

 

  • A.

    Uwielbiam Twoje wpisy. Jak widać po umieszczonym wpisie udało się jednak wrócić więc tylko cieszyć się z przygód i tych wrażeń które na pewno długo pozostają w pamięci. Czekam na dalszy ciąg.

  • Jagoda

    O kurczaki, co za historia! 😀

  • Nie ma to jak doswiadczanie zycia! Uwielbiam. Swietna historia! Pozdrawiam, Daria xxx

  • No to zapowiada się ciekawa podróż… 😀 Hehe mam nadzieję że pula złej aury została wykorzystana i teraz będzie lepiej ^^

    • Natalia

      Tak. To był średni początek ostatecznie wspaniałej wyprawy 🙂