3,5 kilograma przygody

 

Spotkałam w życiu kilka osób, które wyraźnie podkreślały, jak bardzo nie cierpią latać, ale to na pewno nie ja. Uwielbiam to. Teraz, 8 lat i kilkadziesiąt lotów później nic się nie zmieniło. Nadal uwielbiam każdy moment lotu i tak już pewnie zostanie.

Mając do zabicia dwie godziny na lotnisku zaczęłam liczyć ile ich dokładnie było, ale po drodze odpuściłam, bo to i tak nie ma znaczenia.

3,5 kilograma przygody

 

Pakując się na Tonga nie wyszłam z formy. Już od kilku lat obojętnie, czy lecę na dwa miesiące do Azji, czy na tydzień na wysepkę po sąsiedzku z Nową Zelandią mój plecak podręczny zawsze waży 3,5 kg. Od dawna nie podróżuję z głównym, bo to niepotrzebne zawracanie głowy. Po pierwsze torby się gubią i trzeba na nie czekać, po drugie, najważniejsze, ktoś je musi nosić, a nie po to gdzieś lecę, żeby zamieniać się w wielbłąda.

 

 

Co mieszczę w bagażu 3,5 kg?

3 koszulki, bielizna 3 sztuki, coś do spania, czasami strój kąpielowy, mały ręcznik, klapki pod prysznic. Kosmetyki – w pojemnikach do 100 ml, szczoteczka do zębów, mini grzebyk. Innymi słowy, 3,5 kilograma przygody!

Kosmetyczka i tak jest zbędna, bo wszystko zawsze można kupić na miejscu, ale limit podręcznej jest do 7 kg, poza tym lubię te wszystkie pojemniki w miniaturowych wersjach, więc czemu nie.

Najcięższe – dwa aparaty, telefon, trzy ładowarki. Bluza, wygodne buty i spodnie na siebie. 

I to by było na tyle

Żadnego jedzenia, mokrych chusteczek, papierów toaletowych i innych cudów. Żadnych kurtek, iluś par butów i ciuchów na czarną godzinę. Jak taka nadejdzie i moja egzystencja będzie zależała od drugiej pary spodni to wtedy będę się martwić. Jak lunie deszcz i nie będzie chciało przestać padać to i tak z moim trybem przemieszczania się po kilku dniach wyląduję z plecakiem pełnym gnijących szmat. Nie raz już tak mnie zmoczyło i nie przestawało padać tygodniami (np. w czasie pory deszczowej w Chinach).

Poza tym bez przesady, nawet jadąc w jakieś odludzie wcześniej lądujemy w jakimś większym mieście, gdzie (w razie potrzeby) wszystko jest. No i zimne kraje są problematyczne, dlatego najlepiej ich unikać. Żarcik.

Jak w maju 2015 roku jadąc z ciepłego Pekinu po 20 godzinach wyszłam z pociągu w Ułan Bator, stolicy Mongolii ubrana w krótkie spodenki na -11 stopni, to mi mina zrzedła.

A co jeśli zniszczysz buty i nie będzie innych na zmianę? Tak jak już się zdarzało, kupię nowe. A co jeśli zrobi Ci się dziura w spodniach? Nie pierwsza dziura, nie ostatnia, od tego jeszcze nikt nie umarł. A co jeśli ktoś Cie napadnie? Nie wiem, ale gigant na plecach tylko spowolniłby moją ucieczkę. No i najważniejsze pytanie – nie boisz się tam jechać sama? Boję, tak samo jak boję się przechodząc przez ulicę pod domem codziennie rano, gdzie nie ma cholernych pasów.

Przygotowując się do lotu na Tonga zaczęłam czytać na polskich stronkach informacje o kraju. Niepokoje społeczne, gwałty, rozboje, nie zalecane opuszczanie hotelu po zmroku, bieda, żółtaczka i syfilis.

Jezu, po co ja tam lecę?

 

Przeszłam na angielskie stronki (głównie nowozelandzkie) i wyskoczyła mi zupełnie inna bajka – mało turystyczny, ale bezpieczny kraj z bardzo przyjaznymi ludźmi. Ciekawe, czy to odległość robi taką różnicę w postrzeganiu?

A na miejscu, tak jak zawsze – strach ma wielkie oczy.  Żadnych niebezpiecznych sytuacji, tylko normalne życie normalnych ludzi.