Made in PRC

 

Poszłam do sklepu po mokre chusteczki (wiem, zapowiada się fascynująco). Pierwsza, druga, trzecia paczka – made in China. Odpada. Różne firmy, różne ceny, szukam dalej. Kolejna – made in PRC.  Gdzie to jest do cholery? Nie mam pojęcia. No dobra, niech będzie. 

Wracam do domu. PRC, czyli People’s Republic of China. Zgodny z prawem chwyt marketingowy. Wkurwiłam się.

Made in PRC

 

Czytam na forum „nie kupuj made in PRC” o podobnych wpadkach innych osób – małe pocieszenie, że nie byłam jedyną osobą stąpającą po Ziemi nie znającą skrótu, która dała się zmanipulować. „Chiny” już źle się kojarzą konsumentom, ludzie zaczynają kupować „świadomiej”, więc producenci muszą kombinować. Jak móc dalej zarabiać na wciskaniu ludziom chłamu? Co z tego, że ktoś próbuje dokonać świadomego wyboru, jak i tak ląduje w domu z chińskim szajsem? 

Australia robi podobnie – na metkach (koszulki itp.) pierwsze co rzuca się w oczy wielki napis „designed in Australia”, pod spodem malutkim druczkiem „made in China”. Zaprojektowane w Australii, ale wyprodukowane w Chinach, na marginesie koszulka za 10$ nie może być wyprodukowana w Australii, gdzie za godzinę pracy trzeba zapłacić człowiekowi  40$.

W Nowej Zelandii jest różnie

 

Są firmy regionalne, które mimo wysokich cen produktów utrzymują się na rynku od lat dzięki zaufaniu ludzi i przekonaniu, że warto jednak pakować pieniądze we własną gospodarkę (za to podziwiam Niemców, którzy nie kupią nic, co by nie było wyprodukowane w Niemczech). Można kupić nowozelandzkie ubrania, bieliznę, buty – tylko najpierw trzeba się nauczyć płacić za nie 300$ za sztukę. Kiedyś i u nas była taka kampania – „dobre, bo polskie”.

Z ciekawości weszłam niedawno w Rotorua (Zatoka Obfitości, wschodnie wybrzeże Północnej Wyspy Nowej Zelandii) do punktu turystycznego z pamiątkami, dlatego, że rzeczy miały pochodzić rzekomo „z Nowej Zelandii”. Tylko ceny podchodziły pod nowozelandzkie – poza tym tandeta zaczynająca się od 30$ wyprodukowana w Chinach.

Jeszcze 10 lat temu mnie bawiło, że pamiątki z wakacji wszędzie wyglądają podobnie, bo wszystkie są wyprodukowane w tym samym miejscu. Teraz mnie to przeraża. Maskotki misiów koala w Melbourne – made in China. T-shirty na Kajmanach „I love Cayman Islands” – made in China. Te same koszulki na wyspie obok – Jamajce, tylko z napisem „kocham Jamajkę” również wyprodukowane w Chinach. Nie mówię oczywiście, że innych rzeczy nie da się kupić. Da, ale trzeba się trochę nagimnastykować i przede wszystkim więcej za nie zapłacić. I w tym pies pogrzebany.

Czytam komentarze na forum

 

„Panie, jako osoba bezrobotna idę do sklepu kupić czajnik. Widzę na półce taki za 30 zł made in PRC i taki za 130 zł made in UK. Więc chyba oczywiste jest że wezmę ten tańszy, ale jak mi dopłacisz te 100 zł to pogadamy”.

(Nieważne, że pijąc wodę z tego szajsu dostanę raka. Jest tani! Poproszę zapakować).

Chiny idealnie wstrzeliły się w potrzeby konsumentów – więcej, taniej, więcej, taniej. Przyzwyczaiły nas do myślenia, że lepiej wymieniać i w ciągu kilku lat kupić 4 czajniki za 120 zł niż jeden za 130 zł. Cztery chińskie wykonane z toksycznych materiałów, które się szybko rozpadną, szkodzą nam samym jak i środowisku (czyli znowu nam samym), niż jeden czajnik, który posłuży lata, który nie byłby wykonany w ukrytych przed przeciętnymi turystami (pałętałam się po Chinach kilka tygodni) chińskich fabrykach wielkości Monako (!), takich jak Eupa.

 

3085528694720192178
Eupa – chińska fabryka wielkości Monako

6597780051169113806

 

Eupa

 

W Eupa ludzie od 12 roku życia pracują jak również mieszkają, żyją, biorą grupowe śluby (tańsza opcja, iluzja normalnego życia), posyłają tam dzieci do „szkoły”,  bardziej warsztaty, które wychowują je na przyszłych pracowników Eupa.  

Dzieci od małego uczące się składać żelazka, robić więcej, szybciej = taniej. Latami nie wyjeżdżają poza mury – bo po co? Mają wszystko pod ręką – nawet boiska do gry w piłkę, żeby się odstresować po pracy. Ofiary reżimu, którym wmówiono, że mają szczęście oddając życie firmie, zarabiając 90$ miesięcznie minus zakwaterowanie.

 

mass-wedding
Zbiorowe śluby – chińska rzeczywistość

 

Jaką cenę płacimy za made in PRC?

 

Chiny już mają monopol na elektronikę, ale w przypadku jedzenia, ubrań, kosmetyków, mebli, butów, zabawek (wstaw cokolwiek) – coraz mniejszy, ale jeszcze mamy wybór.

Za godzinę pracy wykwalifikowany pracownik w Nowej Zelandii dostanie od 30$ wzwyż. W Chinach pracownik dostanie tyle za tydzień pracy, więc przelicznik jest prosty. Ludzie nie chcą płacić dużo, więc firmy dostosowują się do potrzeb rynku przenosząc swoje siedziby do Chin, które nieprawdopodobnie od lat rosną w siłę i bogacą się na reszcie świata tworząc iluzję, że to my robimy interes, bo kupujemy TANIO.

Temat jest zbyt obszerny i już za daleko posunięty, żeby nawet próbować go wyczerpać. Napiszę tylko co ja uważam i podam kilka źródeł (może kogoś interesuje więcej).

Jeśli coś jest tanie to oznacza tylko jedno

 

Ktoś i tak będzie musiał za to zapłacić. W tym przypadku ktoś, czyli my sami na własne życzenie wyznaczamy trendy jako konsumenci – kraje rozwinięte & rozwijające się, do których codziennie wpływają tysiące kontenerów z Chin (Indie, Bangladesz, Wietnam, Indonezja, Pakistan, też już je gonią) zaopatrując w towary jak nam wmówiono takie wspaniałej jakości sklepy jak Zara, Fils, Nike, Deichmann, Wallmart, Esprit, C&A, Marks&Spencer, Monari, Tally Weijl, Graceland, sklepy Walt Disney’a, H&M, Reserved, Puma, Jack Wolfskin, Adidas, Vaude, North Face, Levi’s, Bershka, Stradivarius, Massimo Dutti, Mango, Gap, Victoria’s Secret.

To trzeba mieć tupet, że niektóre z nich wcale nie tanie, wręcz uważane za „ekskluzywne”! Toksyczny chłam sprzedawany pod „ekskluzywną”,  „światową” marką. Kraje azjatyckie nadal używają substancji dawno zabronionych w Unii Europejskiej, tak jak i rakotwórczych klejów, rozpuszczalników i barwników. Związki chloroorganicznych, chemikalia i pestycydy stosowane do konserwacji np. skór. Nie będę udawać chemika i wymieniać wszystkich (całość jest do wglądu w programach poniżej).

Pracownicy fabryk odzieżowych nie są chronieni, dlatego najczęściej zatrudnia się dzieci, które nie rozumieją, że mają do czynienia z truciznami – nikt inny nie godzi się na taki rodzaj pracy. Także paradoksalnie –  koszulki z nadrukiem Myszki Miki, które znajdą dzieci pod choinką w USA robią po drugiej stronie globu – również dzieci.

Jaką cenę płacimy? Zdrowie i życie. Wszystkie ww. trucizny używane do produkcji spływają do rzek, w której pływają ryby później do nas eksportowane. Tę samą wodą pije bydło, jak również trafia ona do pól, gdzie rośnie zboże, ryż i owoce, które jemy i koło się zamyka.

 

 

Toksyczna moda:

 

 

Temat rzeka!