Co dała mi emigracja?

 

Mija czwarty rok od wyjazdu z Polski i brak planów, żeby coś się miało zmienić w tym temacie.

Pewnie emigracja gdzieś, gdzie granice są dla nas otwarte wyglądałaby inaczej, może nawet zaryzykuję stwierdzeniem, że trochę łatwiej, bo odchodzą drobne szczegóły – masz prawo do pracy i prawo do pobytu w kraju.

W Australii mieliśmy ograniczenia na pracę i ograniczenie na pobyt (15 miesięcy), w Nowej Zelandii mogliśmy zostać na 3 miesiące bez prawa do pracy, czyli innymi słowy musisz opuścić kraj najpóźniej do daty wbitej w Twój paszport, lub zostaniesz deportowany. Miłego pobytu!

Nikt, kto żyje w Polsce mając obywatelstwo, opiekę medyczną (nawet taką kulejącą jak NFZ), ubezpieczenie zdrowotne, prawo jazdy, prawo pobytu w kraju, prawo do głosowania, paszport, prawo do legalnej pracy bez limitów godzinowych, konto w banku nie zrozumie jak ciężko jest zaczynać gdzieś bez tego. Jak również nie zrozumie dlaczego przechodzą mnie dreszcze na słowo „wiza”  🙂

Emigrując ludzie myślą, że jakoś to będzie, że jakoś się ułoży. Tylko co, kiedy mija rok a „jakoś” się nie układa, lub kiedy mija kolejny i „jakoś” już nie wystarcza? Brnie się dalej oczywiście, bo ciężko poświęcić dwa lata życia i w zamian mieć powrót do kraju, z którego się zdecydowało wyjechać.

Przez pierwszy rok rodzina nawija w kółko jak zepsuta płyta – wracajcie, wracajcie, wracajcie.

Trochę ciężko wrócić tak szybko po wyprowadzce 17 000 km. Melbourne to nie Manchester, gdzie za kilka funtów z Ryanairem mogę ruszyć rano a po południu jeść z Wami obiad.

Drugi rok – pamiętajcie, że zawsze macie dokąd wrócić.

Trzeci rok – cisza w tym temacie, bo już chyba wiedzą, że po nie chcemy wracać.

Emigracja bardzo dużo mi dała tak samo jak dużo zabrała – codziennie zabiera. Rozpieprzyła całą wyhodowaną w Polsce stabilizację (powiedzmy na własne życzenie) i poczucie wartości (już niekoniecznie na własne życzenie). Oczywistość, która nadal boli – omija nas życie codzienne bliskich jak i ich ważne wydarzenia – śluby, rozwody, urodziny, narodziny, chrzciny. Urodziny naszej chrześnicy tak samo jak i ją samą znamy z 40 sekundowego filmiku z facebooka, lub zdjęć na Viberze. Ominęły mnie dwa pogrzeby i nie będąc tam na miejscu, nie uczestnicząc w ceremoniach, nie widząc tego na własne oczy do tej pory ciężko mi uwierzyć, że moi dziadkowie naprawdę nie żyją.

moich snach zawsze mają się dobrze.

Teraz tylko czemu nie chcemy wracać, skoro emigracja to nie tylko palmy, tańczące misie koala i słońce 9 miesięcy w roku? Skoro nie jest lekko, a paszport i fura pieniędzy nie spadają z nieba od razu po wyjściu z lotniska i trzeba zacząć od harówki dużo za dużo poniżej swoich kwalifikacji? Jest wiele powodów.

Emigracja  dała mi wolność i nauczyła mnie cierpliwości, nie przejmowania się pierdołami na zapas i nie wkurwiania się na byle co. W końcu!

Mogę czekać na Tonga 30 minut na pierwszą kawę i jestem ponad to! 🙂

Musisz opuścić kraj, bo grozi Ci deportacja? Zapytam – To dokąd lecisz?

Urząd Imigracyjny zgubił ostatnio nasz akt ślubu – Aha. Jak można to teraz rozwiązać?

Nie ma co sobie wypruwać sobie flaki. Pieniądze znaczą tyle co liczby. Jak liczba idzie w górę jest okej. Jak idzie w dół też jest okej. Przez liczbę na minusie świat wcale się nie wali. Domy, samochody, rzeczy – nie znaczą nic, bo dzisiaj są, a jutro ich nie ma.  Tak samo jak ludzie, którzy pojawiają się przelotnie w Twoim życiu i znikają.

Wiem, że wiele osób się z tym nie zgodzi i to też jest okej!

W zeszłym roku pierwszy raz w życiu nie wpuścili mnie do samolotu i przepadły mi bilety na łącznie 3 loty. Potrzebowałam wizy tranzytowej, bo przesiadka w pierwszym kraju trwała ponad 8 godzin, a nie mogłam jej kupić na lotnisku. Samo życie! Nie pierwszy raz jesteśmy jedynym wyjątkiem z krajów członkowskich UE – cokolwiek od 3 lat próbujemy załatwić to w przypadku Polski jest „gwiazdka” *brak podpisanych umów dyplomatycznych.  

Emigracja nauczyła mnie uśmiechania się do ludzi mijanych na ulicy i tolerancji – bo czemu nie? Uśmiech nic nie kosztuje, a może zdziałać cuda.

Mieszkamy na strzeżonym osiedlu na 100 mieszkań z jedną dużą kuchnią i częściami wspólnymi (zielone tereny dookoła, mniejsze kuchnie na piętrach, sala kinowa, pomieszczenia gospodarcze (pralnie, suszarnie), jadalnia z kominkiem). Brak Polaków, dzieci i zwierząt. Wygląda to trochę jak ośrodek wczasowy i nazywa się „motel style accommodation” – innymi słowy od dwóch lat mieszkam w motelu.  🙂

Gotujemy wszyscy razem – Bamarowie, Muzułmanie, Arabowie, Anglicy, Tajowie, Australijczycy, Nowozelandczycy, Ukraińcy, Chilijczycy, Indonezyjczycy, Tongijczycy, Hindusi, Filipińczycy, Chińczycy, Wenezuelczycy, Koreańczycy, Kambodżanie, Rosjanie, Wietnamczycy, Kolumbijczycy, Włosi, Fidżyjczycy, Hiszpanie, Malezyjczycy, Peruwiańczycy, Francuzi, Japończycy, Samoańczycy… uff ciekawe kogo pominęłam? To jest dopiero zabawa i mieszanina zapachów & różnic kulturowych & barier językowych & pojęcie porządku i organizacji dla każdego znaczy coś innego – wiem, że dla wielu osób, życie tutaj to byłby koszmar.

Już mnie nic nie dziwi – Hindusi jedzą i gotują 24 na dobę, jakby ich egzystencja tylko na tym polegała, a kiedy ktoś spoza Indii wchodzi do kuchni od wejścia kicha (curry, curry, curry).

Najgorszy tłum jest w porze obiadowej 18.00-19.00. Jak zdarza nam się jeść „wcześniejszy” obiad koło 17.00 Hindusi pytają zdziwieni –
Jak to? Po co tak wcześnie? O 23 znowu będziecie głodni, a przecież nie można iść spać z pustym brzuchem.

Chińczycy przed jedzeniem jabłek szorują je gąbką z dużą ilością płynu do naczyń a potem moczą je w misce pełnej piany. Smacznego!

Ukraińcy myją naczynia CIF-em (zaczęłam się zastanawiać, czy to normalne, ale nie, jednak nie. Cif-em myję zlew i prysznic).  🙂

Filipinki pięknie śpiewają gotując. Hinduski też próbują, ale już nie wychodzi im to tak ładnie.

Co jeszcze dała mi emigracja? Nie boje się odmienności, wiem i rozumiem więcej.  Mam dużo wiary w ludzi i doświadczenia życiowego, którego nie miałabym dziś zostając za biurkiem w Szczecinie. Codziennie zostawiam drzwi do mieszkania otwarte, znikam coś ugotować i nawet by mi do głowy nie przyszło, że ktoś mógłby to wykorzystać. Poznałam zbyt dużo dobrych ludzi, żeby myśleć inaczej.

Ostatnim razem jakiegoś Polaka spotkałam w grudniu 2015 (w Auckland jest podobno duża Polonia, ale ja jej nie szukam). Przyjechałam tu mówiąc dobrze po angielsku. Teraz mówię, myślę i śnię po angielsku, który jest bardzo różny od tego, którego nauczyłam się na Filologii.

Widziałam kawał świata i to nie tylko jako „turystka”, ale też „od kuchni”. Teraz bardziej niż kiedykolwiek jestem pewna, że świat jest
na tyle mały, że powinno mi się udać zwiedzić każdy jego kraj, bo przecież nie ma rzeczy niemożliwych.

Pracowałam dla przeróżnych ludzi – dla Azerów (Azerbejdżan), Izraelczyków (bardziej i mniej ortodoksyjnych), Syryjczyków, Rosjan (i te ich okropne zupy z głów ryb z pływającymi oczami).

Pamiętam historie z ich przeszłości i emigracji do Australii, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Opowiadali mi o wielu miesiącach koczowania w obozach dla uchodźców rozsianych po całym świecie, brania ślubów i rodzenia tam dzieci. Dzisiaj doceniam każdą drobnostkę dnia codziennego, każdego szanuję, nikogo nie oceniam, nie zazdroszczę i nie porównuje się – po co, skoro każdy przeszedł co innego.

Paradoksalnie rozbijając mnie kiedyś na pół ostatecznie emigracja dała mi dużo siły, wolności i spokoju. Bardzo poszerzyła moje horyzonty i postrzeganie ludzi, innych niż polska kultur tak jak i świata.

Jak zawodzi plan B, czas na C, D, E, F i tak czasami do końca alfabetu, w końcu „if there’s a will, there’s a way” – wystarczy chcieć, żeby znaleźć rozwiązanie.

 

 

  • A.

    Jak to wszystko pięknie brzmi. Ze trzeba być dobrym dla swej duszy i mieć siłę na uśmiech do obcych. Tak być powinno jednak nie jest łatwo przeskoczyć barierę tzw pierdół którymi nie należy się przejmować i ludzi którzy na to nie zasługują. Ale może faktycznie nie ma rzeczy niemożliwych…

  • Az sie przypominaja moje poczatki w Kanadzie, no daleko bylo by tak wracac, a i ciezko bylo nieraz dosc, powiem ze ze 3-4 lata schodza by ustabilizowac sytuacje i poczuc ze teraz tu jest ten dom. Napewno wielokulturowosc jest ciekawym doswiadczeniem, a wszelkie zmagania na emigracji ucza i wzmacniaja czlowieka.

    • Natalia

      To prawda, wszystko zajmuje dużo czasu, a ludziom ciężko jest poświęcić kilka lat życia, żeby może, kiedyś było lepiej!

  • Ala

    Piękny tekst! Pozdrawiam!

  • Sprawdza się powiedzenie ” wszędzie dobrze , gdzie nas nie ma”. Osobiście nie zdecydowałabym się na taki wyjazd. Tolerancji i nie przejmowania się byle pierdołami nauczyło mnie samo życie, tu w Polsce. Masz rację w tym, aby się do niczego nie przywiązywać. Należy żyć tu i teraz i zawsze być dobrej myśli…a uśmiech to podstawa , bez względu na zakątek świata. 🙂 Pozdrawiam i życzę samych radosnych chwil 🙂

    • Natalia

      Dziękuję bardzo i wzajemnie! 🙂

  • wybierając którąkolwiek z tych drug zawsze będzie druga strona medalu i jakieś „ale”.

    Powodzenia!

  • Na chwilę obecną nie zdecydowałabym się na wyjazd za granicę. Chyba jest na to zbyt niebezpiecznie jak dla mnie. My planujemy przeprowadzkę do innego miasta, ale jeszcze do końca nie wiemy gdzie. Mamy kilka miejscowości zaznaczonych na mapie 😉

    • Natalia

      Super, powodzenia! 🙂

  • Bardzo zainteresował mnie ten „motel style accomodation”, czy takie mieszkania – ze wspólną kuchnnią – są sprzedawane, czy budowane tylko na wynajem? I jak rozłożone jest to 100 mieszkań – jeden duży blok czy kilka mniejszych? Ile wspólnych kuchni jest na tą ilość mieszkań? I czy to jest popularny typ mieszkania w Australii?

    • Natalia

      Hej, „motel style accomodation” dotyczy akurat Nowej Zelandii, bo tu teraz mieszkamy. W Au nigdy tego nie spotkałam, ale to nie znaczy, że tego nie mają 🙂 W NZ dzielenie się kuchnią z innymi to nic nadzwyczajnego. Ceny są dużo niższe (wszystko zależy kto czego potrzebuje). Bloki tego typu są budowane pod wynajem, nikt tu nie jest właścicielem żadnego z nich, obok naszego jest drugi podobny blok, ale nigdy nie byłam tam w środku, bo trzeba mieć kartę elektroniczną, żeby się dostać. Jest bardzo czysto, codziennie od 22 przychodzi ekipa i sprząta wszystko na błysk. Nasz to jeden rozłożysty 2 – piętrowy blok (niska zabudowa typowa dla Antypodów) z terenami zielonymi w środku. Małych kuchni na piętrach jest kilka, maksymalnie 5, w największej kuchni na dole może gotować (piec, smażyć, dostęp do zlewu itp.) do 8 rodzin naraz. Wydaje się mało na taką ilość mieszkań, ale jest ok. Na palcach jednej ręki mieszkając tu rok musiałam czekać np. na zwolnienie się piekarnika. Jakbyś była jeszcze zainteresowana tematem, mogę cyknąć parę zdjęć. Pozdrawiam!

  • Masz rację 🙂 Ja na razie się na emigracje nie zdecydowałam, ale kto wie co przyniesie życie. Jeśli jednak miałabym się wynieść z kraju to raczej daleko, tak jak ty.

  • Świetny tekst i świetna lekcja życia! Napawa otuchą zwłaszcza jeśli w planach też ma się dłuższy wyjazd za granicę za jakiś czas 🙂

  • Podziwiam za takie podejście do życia. W Polsce wiele osób denerwuje (mnie też) zaściankowość, brak tolerancji i ciągły pośpiech. I to wydaje mi się, że udało Ci się zostawić za sobą. Bo są na prawdę ważniejsze „rzeczy” w życiu.

  • Czytając to czuję się jakbyśmy razem siedziały razem na kawie, a tekst ten był spisywany z naszych pogaduch. Dobry tekst, ciekawe przemyślenia, z wieloma w pełni się identyfikuje. Życie emigranta uczy odpowiedzialności za swoją wolność. Dla mnie to wieczna sztuka wyboru i świadomego bycia tu i teraz a nie jazda na autopilocie. Pozdrawiam z Malagi!

    • Natalia

      Bardzo mi miło! Kto wie, może kiedyś uda się ta kawa 🙂 pozdr

  • Ciekawy punkt widzenia. Jednak jak ktoś słusznie zauważył zawsze jest jakieś „ale”. Dziwne to mieszkanie bez kuchni w sumie 😀

  • Fantastycznie napisany tekst, całkowicie przykuł moją uwagę, ciekawe spostrzeżenia, szczere wyznania i jednak ten optymistyczny akcent. 🙂

  • Świetny tekst i bardzo ciekawe przemyślenia. Ja jestem obecnie w Irlandii trzeci rok i wiele z tych odczuć miałam bardzo podobnych. Niby bliżej mamy, ale też nie lata się co chwilę do domu (PL), bo nie ma takiej możliwości, więc sporo człowieka tam omija. Pozdrawiam!

  • Ola

    Moim zdaniem wszystko jest w naszej głowie. I umiejętność zdystansowania się, nie brania wszystkiego do siebie i nawet uśmiechanie się, kiedy tego chcemy, a nie tylko kiedy mamy jakiś konkretny powód. Jeżeli akurat wyjazd pomógł Ci przejść na te szczęśliwszą stronę, to znaczy, że emigracja była dla Was najlepszym wyjściem:) Pozdrawiam cieplutko!

    • Natalia

      Zgadzam się z Tobą i jestem urodzoną emigrantką 🙂 Pozdrawiam!

  • Ale na czasie trafiłam do Ciebie! 🙂
    Mi sie od dawna marzy dluzsza emigracja ale nie mialam jaj. Teraz chyba dostalam kopa 🙂

    ps.A teraz czym sie zajmujesz? tzn.praca? i czy full time juz mozesz pracowac?

    • Moi teściowe już od 10 lat żyją na emigranci w USA, od jednej strony na pewno jest im ciężko (na pewno było, bo jak wyjeżdżali to byli przed 50 tką), ale obecnie nie widzą swojego powrotu do polskiej „rzeczywistości”. Sytuacja w Polsce i USA jest tak odmienna, że pomimo trudnych chwil twierdzą, że życie tam jest łatwiejsze i tańsze…. Powodzenia w takim razie w dalszej walce 🙂

    • Natalia

      Teraz, już możemy pracować wszędzie bez ograniczeń. Porządna wiza = porządna praca 🙂

  • Emigracja uczy cierpliwości, jednak z tolerancją czasem mam wrażenie że nie jest tak do końca idealnie. Jak patrzę na zachowanie naszych rodaków zagranicą to czasem włos na głowie się jeży… Na emigracji trzeba być otwartym, chcieć się uczyć, chceć poznawać inną kulturę i się z nią asymilować – nie ważne czy będziesz emigrować do Australii, Kanady, Kongo, Wielkiej Brytanii, Azji czy gdziekolwiek na świecie – ważne aby pojąć że Ty też musisz chcieć nawiązywać kontakt z innymi ludźmi a nie zamykać się tylko na rodaków – to bardzo ważne! Otwartość przede wszytskim 🙂

  • Niby prosty wpis o tym, co czujesz, a napisany tak, że naprawdę chce się czytać.
    Mam 22 lata i wydaje mi się, że mogę wszystko. Gdyby nie moja bariera językowa (mam problem z nauką angielskiego, fuck) spakowałabym się i już dawno ruszyła za ocean. Bo tak mi się marzy. Ale jestem tak wielkim tchórzem, że żyję w mieście, którego nie lubię, z ludźmi, którzy zbyt często podnoszą mi ciśnienie, studiując okropny kierunek i robiąc rzeczy, które nie sprawiają mi przyjemności. Jesteś mega odważną laską i tak trzymać! 🙂

    • Natalia

      Bariera językowa to kiepska wymówka! Mój mąż nie znał angielskiego jak wylądowaliśmy w Australii. 🙂

  • Dorota

    Ciekawe spostrzeżenia. Mój kolega po 2 latach a Australii jednak nie wytrzymał i wrócił do kraju. Pomimo, że na początek miał tam wszystko ustawione. Nie jest łatwo tam żyć.

    • Natalia

      Mój tak samo, wrócił po 3 latach. My sami zwinęliśmy żagle z Melbourne po 1,5 roku.

  • Powodzenia zatem dalej w zbieraniu tych pięknych doświadczeń!

  • świetny tekst, znam to wszystko częściowo z innego punktu widzenia – 10 letnia emigracja 🙂

    • Natalia

      To jeszcze przede mną 🙂

  • Nie wiem czy miałabym odwagę udać się na taką emigrację..Wydaje mi się, że strasznie bym tęskniła za bliskimi… 🙁 Ale z drugiej strony jest to chyba najlepsza lekcja życia 😉

    • Natalia

      Emigracja nie jest dla każdego. 🙂 Dla mnie na pewno to była/jest najlepsza lekcja życia!

  • pięknie, prawdziwie i dosadnie ! :d

  • Kiedyś zastanawiałam się nad wyjazdem, ale boję się, że nie poradziłabym sobie tak dobrze. Cieszę się, że znalazłaś wiele plusów i wszystko opisałaś ze zdrowych dystansem i uśmiechem. 🙂 Wszystkiego dobrego!

    • Natalia Jaranowska

      Dziękuję bardzo i wzajemnie!

  • Mam wrażenie, że udało Ci się opisać wszystko to z czym borykają się młodzi ludzie chcąc wyjechać za granicę. Bo te dylematy nie są wcale takie proste i właśnie dlatego się ich boję.

  • kar

    W sumie to chyba wszystkie te wyznania emigrantów można sprowadzić do jednego: czasami jest ciężko ale najważniejsze ze nie jesteśmy w Polsce i że jest masa ludzi z różnych krajów ale najwazniejsze że nie ma tam Polaków. Żeby nie było ja się z tym zgadzam bo też nieznosze Polaków i Polski bo jakby nie patrzeć to nie jest interesujący narod i kraj.
    jedno ale: nie IZRAELITOW a IZRAELCZYKÓW. Ortodoksyjni mogą być żydzi bo to wyznawcy judaizmu. Izraelici żyli tysiące lat temu. No chyba ze ci co wyszli z Egiptu znalezi się w twoim kraju 😉

    • Natalia

      Dzięki za korektę! Piszę, że bardziej i mniej ortodoksyjni, bo wszyscy IZRAELCZYCY 🙂 dla których pracowałam byli właśnie wyznawcami judaizmu.

  • Ada

    Ciekawie sie czytalo Twoj tekst. Ja urodzilam sie w Szczecinie, ale wyemigrowalam do Kanady jak mialam 5 lat. A teraz od dwoch lat mieszkam w Australii 🙂 Jako dziecko uwielbialam jedzic na wakacje do Polski bo tam byla babcia, rodzina, dzialka, super plac zabaw na podworku. Chcialam wrocic do Polski. Teraz, w wieku 31 lat, nie wrocilabym 😛 ale bardzo cenie moje dobre wspomnienia z Polski. Jednak tez bardzo cenie to ze cale zycie bylam otoczona roznorodnoscia kanadyjska. Napewno mi to pomoglo w dostosowaniu sie do nowego zycia w Australii. Kiedys jedzilam do Polski co 1-2 lata, a teraz (tez ze wzgledu na koszt) wole zwiedzac inne katy swiata, zobaczyc cos nowego 🙂

    • Natalia Jaranowska

      Nie dziwi mnie, że mieszkając za granicą od małego nie chcesz wrócić do Polski! 🙂 Z odwiedzaniem kraju mam tak samo, czego rodzina do końca nie rozumie. Mieszkałam w Polsce 25 lat, teraz czas na zwiedzanie innych krajów 🙂

  • KrasnaLove Myśli

    Bardzo dobrze mię czyta Twoje posty 🙂 To jest ciekawe doświadczenie dowiedzieć się o emigracji w taki odległy zakątek Ziemi z autopsji 🙂

  • Tak sobie pomyślałam po przeczytaniu tego postu, że podziwiam ludzi, którzy mają w sobie tyle siły, energii i samozaparcia, by się nie dać i nie wrócić…

    • Natalia Jaranowska

      Samozaparcie to jedno. Drugie – emigrantem trzeba się urodzić 🙂 Dzięki, pozdr! 🙂

  • Świetny wpis! Najbardziej ujęły mnie w nim opisy wydarzeń, w których nie mogłaś wziąć udziału ze względu na odległość od Polski. Mieszkam zaledwie kilkaset kilometrów od rodzinnego miasta, a zdarza się, że podróż tam stanowi problem. A 17000 km… podziwiam upór i determinację!
    Dawid M

  • mariola baruk

    Ja wyjechalam a raczej ucieklam z Polski w stanie wojennym z 14 miesieczna corka I bylym mezem …….zaczynalam emigracje sama bez rodziny …znajomych I meza….bylo okropnie ciezko…ale wlasnie ta sytuacja mnie umocnila….na pewno zaradnosc ktora mamy we krwi …a moze moje pokolenie mialo ze wzgledu na sytuacje gospodarcza w Polsce w tamtym okresie….pomogla mi piac sie w gore I przetrwac ten trudny okres……teraz po latach wiem ze pomoglo to patrzec na zycie innymi wymiarami….lubie ten luz …rozmowe z obcymi na stacji metra lub w barze …oraz szacunek do ludzi ktorzy pracuja …obojetnie czy sa lekarzami czy sprzataczkami….po prostu utzymuja rodzine !!!! Tu czuje sie dalej mlodo poniewaz nie ma jak w kraju „to wypada a to nie !!!!”Tu mozesz byc soba !!!!…..Czy podjelabym ta sama decyzje jeszcze raz ? NA PEWNO TAK !!!

    • Na pewno było Ci bardzo ciężko, każdy przechodzi przez swoje własne emigracyjne piekiełko, ale najważniejsze, że to już za Tobą! Jaki kraj wybrałaś?

  • Just Me Blog

    Znakomity post dla tych, którzy może chcą, ale się boją..

  • Ja nie planuję wyjazdu. Podziwiam osoby, które się zdecydowały na życie w obcym kraju 😉 Mam nadzieję, że wpisy tego typu pozwolą innym podjąć decyzję, jeśli faktycznie zamierzają żyć poza Polską 🙂

  • Emigracja była jedną z najcięższych zreczy w moim życiu, dużo mi zabrała, odarła ze złudzeń o cudownym łatwym życiu, ale też dużo mi dała i nauczyła. Dzisiaj czuję się wolna duchem w wolnym świecie.

  • Szymon Brużewicz

    Wszystko się zgadza. A ile radości daje potem założenie „zwykłego” konta w banku, wymiana prawa jazdy na miejscowe czy możliwość głosowania w wyborach 🙂 Uprawnienia i przywileje, których w Polsce nie docenialiśmy, po paru miesiącach czy latach życia w nowym kraju zyskują na wartości. Może to między innymi dlatego nabieramy dystansu do „przyziemnych” problemów i możemy się poczuć naprawdę wolni. Dziękuję za ten post 🙂 Serdecznie pozdrawiam!