Co dała mi emigracja?

 

 Żegnaj Polsko

 

Mija piąty rok od wyjazdu z Polski i brak planów, żeby coś się miało zmienić w tym temacie.

Pewnie emigracja gdzieś, gdzie granice są dla nas otwarte wyglądałaby inaczej, może nawet zaryzykuję stwierdzeniem, że trochę łatwiej, bo odchodzą drobne szczegóły – masz prawo do pracy i prawo do pobytu w kraju.

Początki

 

W Australii mieliśmy ograniczenia na pracę i ograniczenie na pobyt (15 miesięcy), w Nowej Zelandii mogliśmy zostać na 3 miesiące bez prawa do pracy, czyli innymi słowy musisz opuścić kraj najpóźniej do daty wbitej w Twój paszport, lub zostaniesz deportowany. Miłego pobytu!

Nikt, kto żyje w Polsce mając obywatelstwo, opiekę medyczną (nawet taką kulejącą jak NFZ), ubezpieczenie zdrowotne, prawo jazdy, prawo pobytu w kraju, prawo do głosowania, paszport, prawo do legalnej pracy bez limitów godzinowych, konto w banku nie zrozumie jak ciężko jest zaczynać gdzieś bez tego. Jak również nie zrozumie dlaczego przechodzą mnie dreszcze na słowo „wiza”  🙂

Emigrując ludzie myślą, że jakoś to będzie, że jakoś się ułoży. Tylko co, kiedy mija rok a „jakoś” się nie układa, lub kiedy mija kolejny i „jakoś” już nie wystarcza? Brnie się dalej oczywiście, bo ciężko poświęcić dwa lata życia i w zamian mieć powrót do kraju, z którego się zdecydowało wyjechać.

Przez pierwszy rok rodzina nawija w kółko jak zepsuta płyta – wracajcie, wracajcie, wracajcie.

Trochę ciężko wrócić tak szybko po wyprowadzce 17 000 km. Melbourne to nie Manchester, gdzie za kilka funtów z Ryanairem mogę ruszyć rano a po południu jeść z Wami obiad.

Drugi rok – pamiętajcie, że zawsze macie dokąd wrócić.

Trzeci rok – cisza w tym temacie, bo już chyba wiedzą, że po nie chcemy wracać.

Emigracja

 

Emigracja bardzo dużo mi dała tak samo jak dużo zabrała – codziennie zabiera. Rozpieprzyła całą wyhodowaną w Polsce stabilizację (powiedzmy na własne życzenie) i poczucie wartości (już niekoniecznie na własne życzenie). Oczywistość, która nadal boli – omija nas życie codzienne bliskich jak i ich ważne wydarzenia – śluby, rozwody, urodziny, narodziny, chrzciny. Urodziny naszej chrześnicy tak samo jak i ją samą znamy z 40 sekundowego filmiku z facebooka, lub zdjęć na Viberze. Ominęły mnie dwa pogrzeby i nie będąc tam na miejscu, nie uczestnicząc w ceremoniach, nie widząc tego na własne oczy do tej pory ciężko mi uwierzyć, że moi dziadkowie naprawdę nie żyją.

moich snach zawsze mają się dobrze.

Teraz tylko czemu nie chcemy wracać, skoro emigracja to nie tylko palmy, tańczące misie koala i słońce 9 miesięcy w roku? Skoro nie jest lekko, a paszport i fura pieniędzy nie spadają z nieba od razu po wyjściu z lotniska i trzeba zacząć od harówki dużo za dużo poniżej swoich kwalifikacji? Jest wiele powodów.

Emigracja  dała mi wolność i nauczyła mnie cierpliwości, nie przejmowania się pierdołami na zapas i nie wkurwiania się na byle co. W końcu!

Mogę czekać na Tonga 30 minut na pierwszą kawę i jestem ponad to! 🙂

Musisz opuścić kraj, bo grozi Ci deportacja? Zapytam – To dokąd lecisz?

Urząd Imigracyjny zgubił ostatnio nasz akt ślubu – Aha. Jak można to teraz rozwiązać?

Nie ma co sobie wypruwać sobie flaki. 

 

Pieniądze znaczą tyle co liczby. Jak liczba idzie w górę jest okej. Jak idzie w dół też jest okej. Przez liczbę na minusie świat wcale się nie wali. Domy, samochody, rzeczy – nie znaczą nic, bo dzisiaj są, a jutro ich nie ma.  Tak samo jak ludzie, którzy pojawiają się przelotnie w Twoim życiu i znikają.

Wiem, że wiele osób się z tym nie zgodzi i to też jest okej!

 

W zeszłym roku pierwszy raz w życiu nie wpuścili mnie do samolotu i przepadły mi bilety na łącznie 3 loty. Potrzebowałam wizy tranzytowej, bo przesiadka w pierwszym kraju trwała ponad 8 godzin, a nie mogłam jej kupić na lotnisku. Samo życie! Nie pierwszy raz jesteśmy jedynym wyjątkiem z krajów członkowskich UE – cokolwiek od 3 lat próbujemy załatwić to w przypadku Polski jest „gwiazdka” *brak podpisanych umów dyplomatycznych.  

Emigracja nauczyła mnie uśmiechania się do ludzi mijanych na ulicy i tolerancji – bo czemu nie? Uśmiech nic nie kosztuje, a może zdziałać cuda.

Mieszkamy na strzeżonym osiedlu na 100 mieszkań z jedną dużą kuchnią i częściami wspólnymi (zielone tereny dookoła, mniejsze kuchnie na piętrach, sala kinowa, pomieszczenia gospodarcze (pralnie, suszarnie), jadalnia z kominkiem). Brak Polaków, dzieci i zwierząt. Wygląda to trochę jak ośrodek wczasowy i nazywa się „motel style accommodation” – innymi słowy od dwóch lat mieszkam w motelu.

Gotujemy wszyscy razem!

 

Bamarowie, Muzułmanie, Arabowie, Anglicy, Tajowie, Australijczycy, Nowozelandczycy, Ukraińcy, Chilijczycy, Indonezyjczycy, Tongijczycy. Ufff, Hindusi, Filipińczycy, Chińczycy, Wenezuelczycy, Koreańczycy, Kambodżanie, Rosjanie, Wietnamczycy, Kolumbijczycy, Włosi, Fidżyjczycy, Hiszpanie, Malezyjczycy, Peruwiańczycy, Francuzi, Japończycy, Samoańczycy. Ciekawe kogo pominęłam? To jest dopiero zabawa i mieszanina zapachów, różnic kulturowych i barier językowych. Pojęcie porządku i organizacji dla każdego znaczy coś innego – wiem, że dla wielu osób, życie tutaj to byłby koszmar.

Już mnie nic nie dziwi – Hindusi jedzą i gotują 24 na dobę, jakby ich egzystencja tylko na tym polegała, a kiedy ktoś spoza Indii wchodzi do kuchni od wejścia kicha (curry, curry, curry).

Najgorszy tłum jest w porze obiadowej 18.00-19.00. Jak zdarza nam się jeść „wcześniejszy” obiad koło 17.00 Hindusi pytają zdziwieni –
Jak to? Po co tak wcześnie? O 23 znowu będziecie głodni, a przecież nie można iść spać z pustym brzuchem.

Chińczycy przed jedzeniem jabłek szorują je gąbką z dużą ilością płynu do naczyń a potem moczą je w misce pełnej piany. Smacznego!

Ukraińcy myją naczynia CIF-em (zaczęłam się zastanawiać, czy to normalne, ale nie, jednak nie. Cif-em myję zlew i prysznic). 

Filipinki pięknie śpiewają gotując. Hinduski też próbują, ale już nie wychodzi im to tak ładnie.

Co jeszcze dała mi emigracja?

 

Nie boje się odmienności, wiem i rozumiem więcej.  Mam dużo wiary w ludzi i doświadczenia życiowego, którego nie miałabym dziś zostając za biurkiem w Szczecinie. Codziennie zostawiam drzwi do mieszkania otwarte, znikam coś ugotować i nawet by mi do głowy nie przyszło, że ktoś mógłby to wykorzystać. Poznałam zbyt dużo dobrych ludzi, żeby myśleć inaczej.

Ostatnim razem jakiegoś Polaka spotkałam w grudniu 2015 (w Auckland jest podobno duża Polonia, ale ja jej nie szukam). Przyjechałam tu mówiąc dobrze po angielsku. Teraz mówię, myślę i śnię po angielsku, który jest bardzo różny od tego, którego nauczyłam się na Filologii.

Widziałam kawał świata i to nie tylko jako „turystka”, ale też „od kuchni”. Teraz bardziej niż kiedykolwiek jestem pewna, że świat jest
na tyle mały, że powinno mi się udać zwiedzić każdy jego kraj. Przecież nie ma rzeczy niemożliwych.

Pracowałam dla przeróżnych ludzi 

 

Dla Azerów (Azerbejdżan), Izraelczyków (bardziej i mniej ortodoksyjnych), Syryjczyków, Rosjan (i te ich okropne zupy z głów ryb z pływającymi oczami).

Pamiętam historie z ich przeszłości i emigracji do Australii, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Opowiadali mi o wielu miesiącach koczowania w obozach dla uchodźców rozsianych po całym świecie, brania ślubów i rodzenia tam dzieci. Dzisiaj doceniam każdą drobnostkę dnia codziennego, każdego szanuję, nikogo nie oceniam, nie zazdroszczę i nie porównuje się – po co, skoro każdy przeszedł co innego.

Paradoksalnie rozbijając mnie kiedyś na pół ostatecznie emigracja dała mi dużo siły, wolności i spokoju. Bardzo poszerzyła moje horyzonty i postrzeganie ludzi, innych niż polska kultur tak jak i świata.

Jak zawodzi plan B, czas na C, D, E, F i tak czasami do końca alfabetu, w końcu „if there’s a will, there’s a way” – wystarczy chcieć, żeby znaleźć rozwiązanie.