One night in Bangkok

 

Zmęczenie, stres i męcząca podróż szybko przestają mieć znaczenie, kiedy człowiek w końcu ląduje w miejscu o którym marzył i z radości łzy napływają mu do oczu. Tak przywitałam Bangkok.  

Miasto, które oferuje przygodę, bardzo niskie ceny, przepyszne jedzenie, atmosferę luzu, upał (niektórzy nazwą to duchotą nie do zniesienia) i smród 24 na dobę. Nie mogłam uwierzyć, że na 85 piętrze obserwatorium Baiyoke Sky Tower nadal było czuć tylko opary ulicznego żarcia!

Była 2 w nocy czasu tajskiego, kiedy po przylocie wyszliśmy z naszego hotelu prosto na zatłoczoną, zawsze gwarną a zarazem niechlubną Khaosan Road.  

25 stopni w środku nocy i garkuchnie uginające się od wspaniałego jedzenia. Głośno, duszno i tłoczno. Niechlubną, bo w nocy to imprezowa dzielnica miasta dla „białasów”, którzy robią wszystko, by nie straciła swojej reputacji. Za dnia to największy wybór hoteli, pamiątek, biur podróży, knajp i wypadówka na wycieczki zorganizowane.

Jadąc na miesiąc do Tajlandii i Kambodży wydawało mi się to podróżą życia. Myślałam, że to wystarczająco długo, by nacieszyć się krajem, słońcem, jedzeniem, kulturą i na tyle długo, że nigdy się nie skończy. Miesiąc mija szybciej niż mrugnięcie oka i nigdy nie ma wystarczająco dużo czasu, żeby zobaczyć WSZYSTKO. Po miesiącu jeszcze trudniej jest wracać do pierdół dnia codziennego, rachunków, zakupów, bzdur.

Kiedy siedzieliśmy w nocnym autobusie z rajskiej Ko Samui do Bangkoku, nie mogłam uwierzyć, że to koniec. Mieliśmy dotrzeć na miejsce o 6-7 rano, a 12 godzin później złapać samolot powrotny do Polski. Do grudniowej, zimnej Polski.

Zaplanowaliśmy zostawić plecaki w zaprzyjaźnionym biurze podróży i ten ostatni raz ruszyć na parę godzin w miasto.

Kiedy obudziłam się w autobusie dochodziła 4 rano, a za oknem rozpościerało się duże miasto.

Boże, żeby tylko to nie było „nasze” miasto.

Żeby to tylko nie był Bangkok, bo co my ze sobą zrobimy o tej porze?

Nie mieliśmy hotelu, a biuro, którego potrzebowaliśmy było zamknięte jeszcze przez kilka godzin. Poza tym, nie znałam jeszcze Bangkoku o takiej godzinie i wcale nie chciałam poznać. Kwadrans później autokar stanął i rozległ się wrzask Taja –

„Bangkok. Get out, get out, geeet oooout!!!”

„Bangkok. Wynocha, wynocha, wynooooście sięęęę!!!”

A może by tak trochę grzeczniej, dupku? Wszyscy już usłyszeli za pierwszym razem, po co się drzesz…

Khaosan Road wygląda o tej godzinie tak jak przypuszczałam. Obrzydliwie. Wszystkie przyzwoite miejsca są już dawno zamknięte, a do wyboru zostają najgorsze speluny. Po całej nocy imprez ulica zmienia się w wysypisko śmieci i gigantyczny burdel.

Złota zasada – im osoba lepiej wygląda, tym bardziej niż pewne, że nie jest kobietą.

 

 

 

 

  • O! I jakiś skorupiak zjada Ci jedzenie do tego!

  • Również marzę o Tajlandii . Jak na razie poza moim zasięgiem, mogę tylko poczytać 🙂

  • Aga

    Tajlandię wspominamy bardzo miło, zwłaszcza mniejsze miejscowości 🙂

  • Może kiedyś uda mi się tam dotrzeć, byłoby wspaniale. 🙂 Są takie kierunki świata, które poprzez odmienności mocno nas do siebie przyciągają. A po podróży i tak później zauważamy wiele wspólnego. 🙂