To chyba musi być szok kulturowy!

 

Nasi sąsiedzi zza ściany to para w średnim wieku, pochodzą z Królestwa Tonga. Ona, potężna jak na Tongijkę przystało, przychodzi do mnie któregoś dnia onieśmielona i pyta, czy nie chciałabym torby ubrań, bo jestem pierwszą osobą w rozmiarze „s”, jaka jej przyszła na myśl.  

Coś wzięłam, może kiedyś dam tym rzeczom drugie życie. Przeglądam pstrokate szmatki, bardziej z grzeczności niż z potrzeby, rozmawiamy.

To co Cię tak wzięło na czystkę w szafie?


A wiesz, mój mąż powiedział, żebym się w końcu tego pozbyła i przestała łudzić, że kiedyś schudnę.

Ma trochę racji, bo od 10 lat nie mogę dojść do wagi sprzed dwóch porodów.

Może i ma rację, skoro ona „chudnie” od dekady, ale nadal – jak tak można powiedzieć swojej kobiecie? 

Ich dwójka dzieci jest z nimi w weekendy, od poniedziałku do piątku mieszkają u dziadków. Żadna patologia, żadna trudna sytuacja materialna. Tongijczycy dzielą się wszystkim co posiadają, zaczynając od rzeczy materialnych, kończąc na wychowywaniu dzieci. Dzieci według tradycji mają na stałe więcej niż jeden „dom rodzinny”. W zależności od sytuacji, pomieszkują u poszczególnych członków rodziny – ciotek, wujków, starszego kuzynostwa, rodzeństwa, babć, dziadków i tak dalej. Taka kultura.

Zaczęłam jej opowiadać o moich wakacjach na Tonga. Nie mogła uwierzyć, że widziałam więcej wysp niż ona żyjąc tam długie lata (standardowo – ja w Polsce też widziałam dużo mniej niż widzieli zagraniczni turyści których spotykam).

 

tonga-map

 

W stolicy Tonga, Nuku’alofie, pierwszy raz w życiu nie dostałam w hostelu klucza do pokoju. Ja stoję oniemiała, a oni mi tłumaczą, że nie mogą dać mi klucza, bo tu nawet nie ma zamków w drzwiach. Drzwi zostawiają otwarte na oścież.  

Jeśli dwie strony mając dobre intencje, próbują się porozumieć znając ten sam język i średnio im to wychodzi, to chyba musi być szok kulturowy.

Tak też było – dodatkowo, mój pokój był pokojem „przechodnim” na ganek. Personel i dziewczyny sprzątające wchodziły i wychodziły tak jak chciały, o każdej porze jaka im przyszła do głowy, przed prysznicem, po prysznicu. Nie wiem co bym musiała robić, żeby się zawstydziły, przeprosiły i wyszły.

Któregoś razu leżałam już w łóżku, robiło się późno, czytałam coś na telefonie, w pokoju był półmrok (włączone było światło tylko na ganku). Jak gdyby nigdy nic wchodzi wielki facet z butelką wódki, siada na łóżku obok i pyta czy mam ochotę się napić.

Z mojej perspektywy – jest późno, jestem sama, leżę w łóżku tylko w koszulce i w majtkach, w pokoju jest ciemno, nie znam gościa, który wchodzi do mojego pokoju jak mu się podoba, bo przecież tu nawet nie ma pieprzonego zamka.

Z jego perspektywy – następnego dnia był zdziwiony, że mnie wystraszył. Był ochroniarzem hostelu na nocnej zmianie, widział, że przesiedziałam wieczór sama w pokoju, więc pomyślał, że wódka na pewno mnie rozweseli.

Szerokość geograficzna nie ma znaczenia. Mężczyźni to kosmici.

Opowiadał mi o swoim życiu, o kraju, o tradycjach. Ja go pytałam o ceny dla lokalnych, on mnie pytał o ceny dla turystów.

Nie mógł uwierzyć, że zapłaciłam 90 Pa‘angan (165 zł) na całodniową wycieczkę na Fafa Island i wróciłam zachwycona (w cenie dojazd, resort, lunch+deser, snorkeling).

 

 

Na Tonga 165 zł to przyzwoite tygodniowe zarobki.

On ma 45 lat, nigdy nie był na Fafa, słyszał już kiedyś, że to droga wyspa, ale nie wiedział, że aż tak.

 

Widok na Fafa Island z największej wyspy Tonga - Tongatapu.
Widok na Fafa Island z największej wyspy Tonga – Tongatapu.

 

Królestwo Tonga słynie z możliwości pływania ze śpiewającymi humbakami (jako jedno z nielicznych miejsc na świecie!).  

Co roku, między czerwcem a październikiem wieloryby po długiej wyprawie z wód północnej Antarktydy przypływają właśnie na Tonga by urodzić młode – powracają w to samo miejsce, gdzie potomstwo zostało poczęte 11 miesięcy wcześniej.

Pytam go – Pływałeś kiedyś z wielorybami? 

On – Nie, nie mam takiej potrzeby, bo ja tu mieszkam. Dla mnie ich obecność nie jest niczym nadzwyczajnym, jak dla turystów, którzy wydają mnóstwo forsy, żeby je zobaczyć. Wieloryby przypływają każdego roku w czerwcu o tej samej porze. Jeżdżę wtedy na zachodni cypel wyspy i siadam na skałach, żeby patrzeć jak całymi stadami wracają do domu.

Ja – Szczęka w dół.

 

 

 

  • Cóż, jak sama wspomniałaś na początku, dla nich to „norma”. Tak jest, że jak się mieszka w danym mieście, to się człowiek nie zachwyca czymś dla niego naturalnym. Pamiętam jak pojechałam z NYC do Bostonu, aby oglądnąć wieloryby… nie udało się, wieloryby się nie pojawiły, byłam załamana, po czym usłyszałam, że boże, nie dziś to jutro. Również szczęka opadła mi w dół, bo dla turysty który przejeżdża specjalna na TEN moment, nie udana próba była rozczarowująca.

  • Właśnie dzięki takim relacjom mam okazję podróżować, może nie w realu, ale w wyobraźni z pewnością. 🙂 Jak zwykle, bardzo ciekawy i inspirujący wpis. 🙂

  • Piękne miejsce, a dzięki różnicom kulturowym (i również płciowym 😉 ) jest jeszcze piękniejsze.

  • Super wpis! I bardzo inspirujesz! az sie rozmarzylam zeby tam pojechac 🙂 najbardziej rosmieszyl mnie jednak kawalek: „Szerokość geograficzna nie ma znaczenia. Mężczyźni to kosmici. „:D to prawda, trzeba sie jakos z tym pogodzic 😛 bardzo fajny blog bede wpadac czesciej! 🙂

    • Natalia

      Dziękuję, zapraszam 🙂

  • Różnice są piękne i zachęcające do ich poznawania:)

  • Fru

    Bardzo lubię relacje z podróży z tak dużą dawką opowieści o tradycji i zachowaniu mieszkańców miejsca, do którego przygnał nas wiatr 🙂 I jestem bardzo zaskoczona tym, że dzieciaki mają więcej niż jeden stały dom.

    • Natalia Jaranowska

      Ja podobnie zareagowałam, bardzo mnie to zaskoczyło!

  • To tak jak na Krecie nie ma zamka w toalecie nawet publicznej 😀 Kosmici powiadasz? Ale mają luz, przebijają w tym Greków, serio się uśmiałam 🙂

    • Natalia Jaranowska

      Dziękuję, bardzo mi miło! 🙂

  • Kosmos 🙂 Przeczytałam jednym tchem. A ciuchy od sąsiadki się przydały? 😀

    • Natalia

      Wstyd, ale jeszcze ich nie rozpakowałam. Leżą w worku na szafie… kiedyś się przydadzą 🙂

  • Haha, to tak jak nasi znajomi się dziwią, że my, mieszkając w Tatrach, nie chodzimy po górach i nie jeździmy na nartach 😉 Tatry, to nie wieloryby wprawdzie, ale podobna zależność, jak w opisanej przez Ciebie historii 🙂
    A tak w ogóle , to bardzo się cieszę, że natrafiłam na Twojego bloga – fascynująco tu!

    • Natalia

      Dziękuję, bardzo mi miło! ps. Ludzie zawsze będą się dziwić 🙂