Będziemy całować chińską ziemię?

 

Jurty w Mongolii są ogrzewane łajnem. Czasami zbieraliśmy suche placki sami, bo i tak nie było zbyt wiele do roboty, a czasami przynosiła je nam Pani Gospodarz w kartonie.

Wiele osób robi „listy marzeń” (bucket lists) wypisując konkretne rzeczy które chcieliby zrobić i odhaczając poszczególne pozycje po ich spełnieniu. 

Zobaczyć zachód słońca nad Angkor Wat w Kambodży”.

„Zapalić jointa na Jamajce”.

„Podziwiać dzikie zwierzęta na safari w Afryce”.

„Wejść na jedną z wydm na Pustyni Gobi w Mongolii”.

„Spróbować mięsa kangura w Australii” i tak dalej.

Brzmią pięknie i dla mnie były jeszcze piękniejsze, bo wydarzyły się w moim życiu bez zabierania im duszy i magii spontaniczności poprzez zapisywanie ich na kartce papieru lata wcześniej. Poza tym często najlepsze rzeczy wychodzą bez planowania, np. jadąc do Mongolii nawet nie wiedziałam, że będę miała okazję łazić po wydmach Pustyni Gobi!

Nie krytykuję spisywania, bardziej podziwiam, przecież każdy sposób jest dobry, żeby ostatecznie gonić za własnymi marzeniami. Bo jeśli nie o to, o co innego w życiu może chodzić? 

Ja nic nie spisuję, bo po pierwsze najważniejsze – nie umiałabym się zdecydować. Zamiast kartki papieru potrzebowałabym kilkuset stronicowy zeszyt A4 i dużo, bardzo dużo czasu. Ucierpiałyby na tym dziesiątki krajów, do których chciałabym się teraz teleportować oraz setki marzeń, które już za długo czekają na realizację. Byłoby to krzywdzące dla tysięcy miast, w których mogłabym teraz mieszkać oraz dla setek tysięcy innych rzeczy wartych uwzględnienia, których pragnę spróbować. Mam jedną ogólną listę a na niej około 200 pozycji, których nie muszę spisywać, bo wiem czego pragnę – być w każdym kraju świata.

Obejrzałam na youtube filmik jakiegoś chłopaka wspinającego się po wydmie na Pustyni Gobi w Mongolii.

Jestem na Gobi! (dyszenie, sapanie, picie wody, odpoczynek)

Jestem Na Gobi! Powtórka z dyszenia i sapania.

 

 

Przypominam sobie siebie na Gobi zapadającą się piachu przez dwie godziny i podziwiam, że przy takim wysiłku w tym upale i piasku w
każdym możliwym miejscu chciało mu się kręcić film! 

Mongołowie są bardzo przesądni. Gospodyni Zaja przed naszą wyprawą zaplanowaną na 2 000 km polała próg samochodu mlekiem, a resztę mleka wylała na asfalt życząc nam szerokiej drogi. Pierwszego dnia pojechaliśmy 250 km na południe w kierunku Pustyni Gobi. Jechaliśmy ponad siedem godzin, bo asfalt skończył się od razu po opuszczeniu stolicy Mongolii – Ułan Bator.

Wchodzenie na jedną z wydm na Gobi, zajęło mi chwilę. Częściowo wchodziłam na czworaka, bo kiedy próbowałam iść normalnie zapadałam się w piasku i miałam wrażenie, że stoję w miejscu, lub się cofam. Najbardziej bałam się końcówki wspinaczki, która okazała się najlepsza. Grzbiet samego szczytu był bardzo zbity, więc pod praktycznie biegłam. Widoki i doświadczenie spektakularne, zmęczenie szybko przemija pozostawiając tylko zły wzruszenia. Mam szczęście mieszkać na tak pięknej planecie!

Życie bym mogła poświęcić na zwiedzanie a i tak będzie mi mało.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Majestatyczna i przepiękna Pustynia Gobi!
Majestatyczna i przepiękna Pustynia Gobi!

11060093_825520147526427_2645886972166232335_n

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jurta ogrzewana łajnem.
Jurta ogrzewana łajnem.
Mongolia jest gotowa na turystów! :)
Środek jurty i nocny zapas łajna. Mongolia jest „gotowa” na turystów!

 

Pustynia Gobi to moje najpiękniejsze wspomnienie z Mongolii. Nie tylko sama wspinaczka, jak ogólnie spanie w jej pobliżu i rozgwieżdżone niebo w nocy.

Drugim równie wspaniałym wspomnieniem jest już powrót do Chin, co z perspektywy czasu to jakby wpaść z deszczu pod rynnę. Wtedy wygrażałam się, że po powrocie ze szczęścia uklęknę i pocałuję chińską ziemię, ale obyło się bez tego. W komunistycznym kraju, w którym ludzie są tak bardzo ulegli i podporządkowani systemowi całowanie asfaltu na granicy mogłoby się źle skończyć.