Widocznie nie wyglądamy na takich co potrzebują nową antenę

 

Na dworcu w Apia, stolicy Samoa widzę dziesiątki ludzi tak samo jak ja czekających na autobus, który tutaj bardziej przypomina dzieło sztuki. Kolorowe, pomalowane na styl artystycznego nieładu z kierowcami tak samo unikatowymi jak ich maszyny.

dscf8042

dscf8079

 

W kraju, w którym czas liczy się od wschodu do zachodu słońca nie ma rozkładów jazdy, a autobus odjedzie kiedy się zapełni, lub kiedy kiedy kierowca będzie gotowy. Rzeczy jakie są przewożone, a bardziej ich ilość jest nieprawdopodobna. Siatki z zakupami, tobołki, ryby, torby, tony jedzenia, kafelki, reklamówki, klatki z kurczakami, palety drewna i gdzieś między tym wszystkim, ludzie.

 

 

Jakby ktoś nie zdążył się obkupić przed wyjazdem z miasta, uliczni straganiarze służą pomocą. Handel obnośny na zajezdniach autobusowych mnie zadziwił. Oprócz jedzenia, przekąsek i napojów największym zainteresowaniem cieszyły się anteny do telewizorów, golarki, długopisy i patyczki do uszu! Nas ani razu nikt nie nagabywał. Widocznie nie wyglądamy na takich co potrzebują nową antenę. 

Jest 30 stopni w cieniu. Ruszyliśmy po dwóch godzinach siedzenia na drewnianych fotelach, już ze zdrętwiałymi tyłkami, kiedy autobus pękał w szwach.

Panuje tu określona hierarchia, nie możesz usiąść jak Ci się podoba. Niezamężne kobiety siadają razem. Obcokrajowcy i osoby starsze siadają z przodu autobusu. Ludzie zajmują miejsca z samego rana w autobusie, który odjeżdża o 13. 

Nie ma co narzekać, ruszyliśmy, udało się i w końcu jedziemy lokalnym autobusem bez okien, tutaj nazywają to „klimatyzacją”. Radość i wiatr we włosach nie trwają długo, zatrzymujemy się 10 minut później.

Rozglądam się, żeby zrozumieć co się dzieje i czemu wszyscy gęsiego na spokojnie wychodzą, ale wydajemy się jedynymi zdziwionymi na pokładzie. Stajemy obok innego autobusu, który wyjechał z zajezdni dobrą godzinę przed nami. Pamiętam, bo siedziała w nim dwójka białych, z którą znowu wymieniam się długim, pełnym zrozumienia spojrzeniem. Wyglądają na pogodzonych z losem, że prawdopodobnie nigdy nie dotrą tam gdzie chcieli.  

Za tłumem docieramy do hali targowej na zakupy „ostatniej szansy”, tylko czy autobus to wytrzyma? Kupujemy dwa obiady na wynos, skoro wszyscy szykują się jak na wojnę, to coś w tym musi być.

Smażone żarcie, lody, ciasta, wata cukrowa, litry gazowanych napojów, kruche ciasteczka, chipsy, popcorn, frytki, bardzo głośna muzyka, krew, pot i łzy to jest dokładnie to, czego brakowało w tym autobusie. 

Nie ma śmietników, więc ludzie rzucają odpadki gdzie popadnie. Ktoś trafił niedojedzonym kubeczkiem po lodach w mój, teraz już truskawkowy but. Dzieci się drą. Koguty pieją.

Jedziemy dalej.

 

 

 

  • Z przyjemnością przeniosłam się tam czytając twojego posta. Te klimaty są mi bardzo bliskie. Uwielbiam ten harmider

  • No i to jest podróż:) a nie jakies tam wożenie się samolotami (może jest klima ale nie ma klimatu;)

    • Natalia Jaranowska

      może jest klima ale nie ma klimatu;) – dobrze powiedziane! 🙂