Dziwny twór zwany mężczyzną

 

Skaczemy ze spadochronem? On mówi – okej.

Polecimy z plecakami na miesiąc do Kambodży? On mówi – okej.

Mój mąż mówiąc to nigdy wcześniej nie był w Azji, więc bardziej wyobraża to sobie jako przygodę życia niż jako przygodę życia plus sraczka i gorączka gratis.

Bangkok. Pieczony skorpion i szarańcza na obiad? On mówi – okej.

Na co dzień jest chichy, dlatego na miejscu nie dziwiło mnie, że mało mówi. Kilka dni po przylocie do Bangkoku ruszyliśmy w stronę granicy z Kambodżą. W końcu, po wielu godzinach jazdy, czekania na granicy i nerwów (wdałam się w awanturę ze strażnikiem, bo zabrał mi aparat fotograficzny jak staliśmy w kolejce po pieczątkę), udało się! Naszym oczom ukazał się wielki napis „Kingdom of Cambodia”.  Przekroczyliśmy pieszo granicę tajsko-khmerską i  on w końcu wydobywa z siebie jedno pamiętne zdanie podsumowujące pierwszy tydzień naszej podróży poślubnej – „Wspaniale, zamieniliśmy syf na jeszcze większy syf”.

To się nazywa duch walki!

Zaminowana Kambodża, niemiłosierny upał i brak dróg (w zachodnim rozumieniu dróg). Ja – Pojedziemy autobusem na drugi koniec kraju? Spójrz tu na mapę, droga do tej miejscowości przy odrobinie szczęścia zajmie jakieś 22 godziny. Jesteśmy brudni i nie spaliśmy w normalnym łóżku od zbyt dawna. On mówi – okej. 

Może wyprowadzimy się do Australii? On mówi – okej. (Tak jakby chodziło o wybór pizzerii na piątkowy wieczór, a nie o podjęcie decyzji, która na zawsze wywróciła życie  do góry nogami).

Na pewno? Odległość Szczecin – Melbourne to 15 500 kilometrów. Nie znasz języka, będziesz się czuł zagubiony nic nie rozumiejąc i może to potrwać ze dwa lata zanim będziesz swobodnie wyrażał myśli. On mówi – okej. 

Lecę na dwa miesiące do Chin zobaczyć się z mamą, o nic się nie martw, widzimy się w czerwcu. On mówi – okej. (Tak też się dzieje. W czerwcu na lotnisku w Melbourne zamiast mnie odbiera kulejącą, powypadkową na skuterze wersję mnie, ostatnią wtedy osobę opuszczającą samolot).

Może w tym roku wakacje Samoa? Jest tam taka wielka dziura w ziemi To Sua Ocean Trench, do której schodzi się z 30 metrowej drabiny bez poręczy! Podobno mieszkańcy Wysp Samoa nie potrzebują drabiny, skaczą prosto z krawędzi…! On mówi – okej. 

Może byś bardziej o siebie zadbał?

On – już nic nie mówi. 

Pobija rekord świata w tempie zmieniania koloru twarzy na zielony. Z przerażenia zapomina języka w gębie, a po twarzy przebiega mu fala cierpienia. Oczy robią się coraz większe aż w końcu zaczyna drzeć się jak prosię zaciągane na rzeź. Prośby i błagania, że proszę, że tylko nie to, że może jutro a najlepiej za miesiąc.

Że przecież zrobił to o co go prosiłam w zeszłym roku na wakacjach!!! 

Histeria ma się w najlepsze, a ja zastanawiam się, czy sąsiedzi właśnie dzwonią na niebieską linię, żeby zgłosić, że są świadkami przypadku przemocy domowej. Dramat potęguje się na widok mnie otwierającej szufladę z kosmetykami (czyt. cuchnącymi kremami, obrzydliwymi mazidłami i wszystkimi narzędziami tortur tego świata zebranymi w jednym miejscu).

On – powoli się wycofuje i rozpoczyna akcję-ewakuację, jakbym zamiast pumeksu w rękach trzymała bazukę.

Właśnie miała miejsce porcja dramatycznych wydarzeń na kolejną życiową traumę – ta z serii o byciu zmuszanym do chodzenia do fryzjera też może kiedyś doczeka się publikacji.

Lament i wyrywanie sobie włosów z głowy trwał w domu w najlepsze, jakbym wyrządzała biednemu mężczyźnie największą krzywdę z możliwych – aż odpuściłam. Szkoda zachodu, wiecie? Teraz już jestem mądrzejsza i nic mnie to nie obchodzi.

Niech sobie ma te stopy jak u dinozaura.