Nikt tak nie doradzi jak Polak za granicą

 

Jeśli życie na emigracji jest zbyt piękne i baśniowe, wszystko harmonijnie układa się w całość, jeżeli codziennie jakby specjalnie dla Ciebie świeci słońce, gołąbki gruchają, rano budzi Cie zapach kawy a nad Tobą dmuchawce, latawce, wiatr… to znaczy, że Urząd Imigracyjny wkrótce Cie dopadnie.

Jest taki wyraz, przez który budzę się z krzykiem w nocy, coś co daje mi ciarki po plecach.  Nie jest to dentysta, ani rak, ani nawet nie kredyt hipoteczny. To wiza. Najgorszy wróg imigranta, który latami siedzi podstępnie z tyłu głowy, bo to prowodyr wszystkich problemów, mroczków przed oczami, przyspieszonego pulsu, bólu głowy i nieprzespanych nocy. Rollercoaster emigracyjnej rzeczywistości. Kiedyś w poszukiwaniu adrenaliny jeździłam do Hyde Parku, teraz mam Urząd Imigracyjny.

Teraz bardziej na poważnie – ludziom mieszkającym w Nowej Zelandii po 20 lat nadal zmienia się głos przy rozmowie telefonicznej z Urzędnikiem Imigracyjnym. Jak to jest, że oni zawsze gdzieś czają się za rogiem?

Trzy lata temu, kiedy mieliśmy zero doświadczenia w przepisach wizowych w Australii&Nowej Zelandii myślałam, że wystarczy wybrać odpowiednią dla siebie wizę, zapłacić i gotowe – można wsiąść w samolot i zacząć pozować do zdjęcia z misiem koala. Tak to może jest, ale tylko w małym idealnym świecie, tym samym, w którym wszyscy ludzie pobierają się i żyją ze sobą długo i szczęśliwie, muffinki wyglądają zawsze tak jak na zdjęciu z książki kucharskiej, a Bóg nie tworzy małego przyrodzenia bo wie, że to bez sensu.

Teraz – po wielu odrzuconych wizach i zablokowanych wstępach do kraju, już wiem, że cała zabawa bardziej przypomina niechcący się zagoić wrzód. W praktyce wygląda to tak, że od 3 lat odbijamy piłeczkę – my do nich i oni do nas. Trwa przepychanka z papierami, oni nam chcą udowodnić, że nie mamy prawa zostać w kraju i my im próbujemy udowodnić, że chyba jednak mamy!

Miałam właśnie wypić kawę, ale już nie muszę. Dostałam 3 w 1 – kofeinę, adrenalinę i palpitację serca naraz wraz z wejściem na e-mail i otrzymaniem wiadomości od UI.

Szkoda, że nigdy nie ćwiczyłam oddechu w szkole rodzenia, teraz wiedziałabym co zrobić, żeby przywrócić brutalnie utraconą harmonię i wewnętrzny spokój. 🙂

Treść jest nieważna, równie dobrze może być to jakiś automatycznie wygenerowany spam, wystarczyło zobaczyć Immigration New Zealand w miejscu nadawcy, żebym aż musiała usiąść z wrażenia zlana zimnym potem, jak złowiona rybka próbując zaczerpnąć powietrza. Dobrze, że jako rodzaj kontaktu zaznaczyłam kiedyś „e-mail” a nie „mobile phone”, bo teraz w rozmowie z nimi zamiast udowodnić, że ten certyfikat językowy w szufladzie to prawdziwy, wydobyłabym z siebie co najwyżej „yyyyy” z szorstkim, chamsko brzmiącym akcentem osoby urodzonej w Europie wschodniej.

Niektórzy dostają drgawek na wzmiankę o „Urzędzie Skarbowym”, ja na wzmiankę „Imigracyjnym”. Czy każdy człowiek ma jakiś urząd, który spędza mu sen z powiek?

Dostałam kiedyś bardzo dobrą radę od imigranta Polaka z 25 stażem za granicą. Powiedział, że najgorsze to takie życie w zawieszeniu pomiędzy swoją ojczyzną a krajem w którym zdecydowałeś się zamieszkać. Nigdy nie popełnijcie tego błędu, mówił mi gestykulując i entuzjastycznie wskazując na poszczególne części ciała, bo to tak jakby żyć lewą nogą w USA, prawą nogą w Polsce, a kutasem w oceanie.

Tak uroczo powiedziane, że aż nie można się nie zgodzić,  prawda? Są jednak procesy, które trwają latami. Obecnie mieszkamy w Nowej Zelandii na 2 letnich wizach z prawem do pracy. Wizę już przedłużaliśmy, kiedy wcześniejsza roczna nam wygasła, więc nie powinno to być zaskoczeniem dla otoczenia, ani dla UI, że mamy konkretne plany i wiążemy swoją przyszłość właśnie z tym krajem.

Chcielibyśmy powoli móc nazywać Nową Zelandię swoim „domem”, ale powiedzmy, że regularna korespondencja od UI przypominająca o ewentualnej deportacji odrobinę utrudnia asymilację.

 

 

  • August Ciechociński

    Mam ochotę odwiedzić Nową Zelandię, tym bardziej, że Polska już mi zbrzydła ;p

    • Natalia Jaranowska

      Wspaniale, zaproszę na kawę 🙂 Tutaj akurat najpiękniejszy czas w roku, będzie ciepło do kwietnia!

  • Z tym kutasem w ocenie to bardzo obrazowe, na pewno zapamiętam na dłużej 😉

  • ja po przygodach w Chinach postanowiłam już, że nie wyjeżdżam do żadnego kraju, do którego muszę aplikować o wizę. mam nadzieję, że wyjdzie mi to na dobre.

    • Natalia Jaranowska

      Rygorystycznie ustawiłaś sobie poprzeczkę! Nie wiem co takiego u Ciebie się działo, ale jakby co na pocieszenie moja pierwsza aplikacja o chińską 2-wjazdową wizę turystyczną też została odrzucona 🙂

      • a kasa zapłacona 🙂 typowa praktyka chińskiej ambasady. do kolejnych sprytnych posunięć należy wydawanie złego typu wizy. w końcu musisz mieć dobrą, więc zapłacisz drugi raz, no nie?

        • Natalia Jaranowska

          Przez tego typu atrakcje nawet nie myślę o powrocie do Chin. Ostatnio szukaliśmy biletów do Japonii, były same połączenia z przesiadkami w Chinach, nawet mimo 72 godzinnej opcji wizy tranzytowej byłam taka spanikowana, że musiałabym być choć przez chwilę w tym kraju, że koniec końców nie kupiliśmy biletów 🙂

          • i bardzo dobrze zrobiliście. nie raz słyszałam o sytuacjach, kiedy Chińczycy odmówili wydania wizy tranzytowej. nawet w sytuacji, gdy przesiadka trwała kilka godzin a podróżujący nie planował nawet opuszczać terminala… ja osobiście nigdy w życiu nie polecę nigdzie przez Chiny, jest mnóstwo innych miejsc, w których można się przesiąść i uniknąć tych durnowatych problemów.

  • Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, bo nigdy nie byłam emigrantką, szczególnie na drugim końcu świata, choć nie powiem, ze kiedyś nie miałam ochoty 😉 Ale nie zrozumiałam, co jest przeszkodą w przedłużeniu tej wizy? Mogą odmówić, bo mają taki kaprys, czy trudno jest spełnić jakieś stawiane przez nich wymagania?

    • Natalia Jaranowska

      Setki wymagań, mnóstwo czasu i rzeka pieniędzy, temat na długie godziny.

      • To nie dziwię się Twojej frustracji z tego powodu. Ale życzę powodzenia 🙂

  • Kamila Olszewska

    Kurcze nie zdawalam sobie sprawy z tego ze Nowa Zelandia przepisy imigracyjne traktuje tak ostro. Przykro mi, ze macie taka sytuacje i mam nadzieje, ze jednak jak najszybciej wszsytko sie ulozy i bedziecie mogli nazwac to miejsce swoim domem. Musze jednak dodac, ze genialnie czytalo mi sie Twoj tekst, twoje porownania sa swietne i rozlozyly mnie na lopatki! Trzymam kciuki i zycze powodzenia z UI!

    • Natalia Jaranowska

      Dzięki bardzo!

  • Haha, ale lekko to opisałaś, brawo!

  • Szkoda że przedłużenia wiz są tylko na rok, widać że znaleźliście wymarzony kraj dla siebie, a niestety jedyne co przeraża i spędza sen z powiek to UI. A opis sytuacji przez Polaka bardzo obrazowy 😉

  • Co do metafor to znam inną, ale też ciekawą, a na pewno życiową. O rozpamiętywaniu przeszłości i nadmiernym planowaniu przyszłości „jak stoisz jedną nogą w przeszłości, a drugą w przyszłości to szczasz na teraźniejszość” 🙂 btw co do wiz w Nowej Zelandii. Moja ciocia poznała w Europie Australijczyka, który prawie całe życie mieszkał w Nowej Zelandii i nie ma problemu z życiem tam (ma status rezydenta czy coś). Urodził im się synek, dostał paszport po tatusiu australijski. Postanowili zamieszkać w NZ i ciocia zawnioskowała o wizę, dołączali zdjęcia, mieli dokumenty potwierdzające prowadzenie wspólnego gospodarstwa domowego od kilku lat, oczywiście myśleli, że dziecko jest już wystarczającym powodem do wydania jakiejś porządnej wizy. Nie, dostała na rok i to turystyczną. Teraz przyleciała do Europy i zbiera dokumenty, żeby się móc dac prześwietlić na wskroś, żeby pozwolili im zostać, bo dom już mają w budowie 🙂 Także tak, dziwne są przepisy migracyjne w NZ 🙂 pozdrawiam, mam nadzieję, że kiedyś przestaną Was ścigać 🙂

    • Natalia Jaranowska

      NZ ma wymianę z Australią, mogą pracować i mieszkać u siebie jak chcą bez wiz, ale Ciocia Polka ma sytuację pogmatwaną, nie zazdroszczę! Ślub by prawdopodobnie rozwiązał wiele ich problemów 🙂

  • Anna Sycz

    Hahaha wiem tylko to, że uśmiałam i uwaliłam się kawą jak świnia 😀 straciłam poczucie grawitacji przy „oceanie” i teraz muszę wokół siebie posprzątać 😀

    • Natalia Jaranowska

      Ciesze się, uśmiechu nigdy za wiele! 🙂 Z ciekawości – jak wygląda w Seattle gorączka przed wyborami? W Nowej Zelandii gazety piszą tylko o tym!

      • Anna Sycz

        Podobno większość Amerykanów już zagłosowała. W sondażach Klinton znacząco wygrywa, ale w samym Seattle nie widzę żadnej goraczki 🙂 Tu i tam pojawiają się jakieś plakaty, a wiadomości są na bieżąco takie jak w całych Stanach.