W poszukiwaniu Andromedy

 

Ciekawie było tak się wyzerować, tak zapomnieć o tym, co się dzieje dookoła, wyłączyć telefon i nie mieć dostępu do Internetu. Po tygodniu bez technologii po powrocie do domu z Samoa wchodząc na jakieś stronki wyglądałam, jakbym od nowa uczyła się stukać w klawiaturę. Wszystko było takie dziwne, a literki takie malutkie, jak nie w moim laptopie, tylko sprzęcie, który widzę pierwszy raz na oczy. Wchodząc na fejsa po tygodniu zdajesz sobie sprawę, że tam wszystko wygląda tak samo. Takie same zdjęcia, Ci sami ludzie robiący te same rzeczy co zawsze. Jakby tak chcieć to wszystko przeglądać, to zajmowałoby to ocean czasu każdego dnia. Dopiero kiedy się odpuści na jakiś czas można nabrać dystansu i zapytać siebie, że właściwie… po co?

Żeby nie było, lubię Internet, nawet bardzo. Lubię mieć kontakt z mężem, bo bez tego usycham, wyglądam tak jak popękana gleba po wielu miesiącach pory suchej w Kenii. Dosłownie usycham tak jakby to on był moim bodźcem, jeszcze skuteczniejszym niż czekolada, bo zawsze znajdującym najszybszą drogę do ośrodka przyjemności w mózgu.

Bez niego jedzenie nie smakuje tak dobrze jak zwykle, bez niego słońce świeci inaczej, nawet świat jest nagle nijaki, bo bez tej całej otoczki magii. Mogłabym się teraz spakować i ruszyć dookoła świata, żeby np. zobaczyć jego 7 cudów… albo zostać i wieczorem wziąć go za rękę… i wyszłoby na to samo.

Bez niego nie chce mi się nawet pić kawy, a w piekarni pod domem, zwykliśmy się rozumieć z chłopakiem z Francji i dziewczyną z Wietnamu bez słów, widząc mnie w progu od razu biegli do półki i zaczynali nakładać ciasteczka łopatą, a teraz zachodzą tam w głowę co mi się mogło stać, szczerze się zamartwiają i generalnie to raczej przeczuwają najgorsze, bo skoro już od jakiegoś czasu nie kupiłam rolady z budyniem, ciasteczek na wagę z podwójnym nadzieniem czekoladowym oraz sernika z waniliowym lukrem, to  znaczy, że najprawdopodobniej umarłam.

Dobrze, że bez niego miód smakuje tak tamo. Przed swoim wyjazdem kazał mi obiecać, że nie wyjem łyżeczką całego słoja tak jak ostatnim razem. To ja zaczynam dyskusję, że mój Boże człowieku, po co od razu podejmować tak drastyczne kroki i zatruwać sobie życie kolejnymi przysięgami szczególnie, że przecież wiem co to samoopanowanie. Od ataku przeszłam do defensywy, że nie trzeba od razu zrównywać czyichś marzeń z ziemią i w takim razie nie rozumiem po co w ogóle kupiliśmy ten miód skoro nie mogę się do niego dobrać po swojemu i do tej pory uważam to za bezduszne i bardzo okrutne posunięcie z jego strony, bo taką  obietnicę to dużo ciężej jest dotrzymać niż przysięgę małżeńską. Wiem co mówię, bo obecnie moim największym problemem jest to jak wyczyścić lepką od miodu klawiaturę przed jego powrotem.

Największą, najbardziej aktualną życiową misją mojego męża jest pokazać mi Andromedę. Mi i sobie przy okazji. Galaktyka Andromedy położona 2,52 miliona lat świetlnych od Ziemi to najbardziej oddalony obiekt, jaki można zobaczyć gołym okiem. Przejechaliśmy w zeszłym tygodniu 1500 km przez Nową Zelandię wieczorami szukając najlepszych punktów do obserwacji gwiazd – bez łuny miasta i zanieczyszczenia światłem

Jak na razie 1:0 dla Andromedy, ale nie poddajemy się.

Jak natrafię czasem na komentarze w Internecie podsumowujące związki w stylu, że po trzech latach znika namiętność a po iluś
tam latach 
kończą się tematy do rozmów to ręce mi opadają. Ja się martwię, że nam życia braknie, żeby zdążyć sobie wszystko opowiedzieć.

Jak jesteśmy na wyjeździe razem, to nie biorę ze sobą telefonu, bo po co, w końcu najważniejsza osoba jest tuż obok. Będąc sama w Chinach przez dwa miesiące miałam ocenzurowany Internet, co było dość bolesne, nie powiem. Ocenzurowany, czyli działał mi Viber, Wirtualna Polska i jedyna nic nie warta przeglądarka Yahoo bez możliwości sprawdzenia poczty czy pogody. Spróbuję zobrazować głębię problemu na przykładzie – raz wpisałam w wyszukiwarkę „seks” i mój Boże w jakiej ja żyłam bańce mydlanej przez całe swoje życie, Ci to potrafią ostudzić każde zmysły, doprawdy nie wiem czego się w swej naiwności spodziewałam, ale po wpisaniu takiego hasła w Chinach wyskoczyły mi fotografie tortów urodzinowych dla dzieci.

To tak wspaniale podsumowuje generalnie wszelkie próby komunikacji w Państwie Środka. Wchodząc na fejsa pierwszy raz po dwóch miesiącach dostałam kilka wiadomości od najbliższych znajomych w stylu witamy wśród żywych Wiadomo, inaczej nie istniejesz.

O tym, że będąc na Samoa jechaliśmy, jechaliśmy i dojechać nie mogliśmy już pisałam. Chociaż mieliśmy zapłacone 7 noclegów w hoteliku stolicy Apia, to gdy dojechaliśmy na południowe wybrzeże Wyspy Upolu do Lalomanu zdecydowaliśmy się spontanicznie zostać na noc w domku na plaży.

Chyba nigdy nie byłam tak szczęśliwa, kiedy pluskałam się w gorącej wodzie Pacyfiku a on siedział z kubkiem herbaty na tarasie naszej chatki kilka metrów od brzegu i patrzył na mnie.

 

Późnym wieczorem, już dawno po kolacji wziął mnie za rękę i mówi – chodź, coś Ci pokażę. Już kilka kroków od chatki obok której była pochodnia z ogniem zrobiło się ciemno, ale tak ciemno, że człowiek idzie plażą bardziej na czuja słysząc tylko szum oceanu. Serio mamy iść dalej? Za dnia widziałam na plaży śpiących mężczyzn w cieniu krzaków, w życiu nie chciałam się tam kręcić po nocy. 

Chodź, zaufaj mi.

Stanęliśmy w końcu gdzieś na plaży, na małej górzystej Wyspie Upolu, na maleńkiej kropeczce ledwo widocznej z okna samolotu na środku Pacyfiku będąc 3 000 km od najbliższego dużego miasta Auckland w Nowej Zelandii i on mówi – a teraz spójrz w górę.

Nad nami była Droga Mleczna w całej swojej okazałości.