This is Sparta, baby

 

Nie wiem jakie są Wasze doświadczenia, ale ja na przykład, nigdy nie spotkałam się z przypadkiem, kiedy ktoś by powiedział, że język polski brzmi ŁADNIE. Najczęściej słyszę, że jest ostry, szorstki, straszny i okropny. Bardziej dyplomatyczni mówią „Is that what your language sounds? Ohhhh….” To tak brzmi Twój język? Ojej…

Przez pierwszy miesiąc w Nowej Zelandii wynajmowaliśmy pokój w wielkim domu na przedmieściach Auckland wraz z trójką Amerykanów, jednym Nowozelandczykiem i dwoma psami. Nowozelandczyk z uporem maniaka mówił o nas „those russian people” (Ci Rosjanie). Dobra, niech mu będzie, byle nie Niemcy.  

Słoneczne dzień, końcówka gorącej wiosny, kury pieją, krowy muczą, my z mężem gotujemy w kuchni z widokiem na pastwisko (w Nowej Zelandii wszystko jest z widokiem na pastwisko), w tle leci fajna muzyczka. Gotujemy, czyli on gotuje a ja siedzę przy stole i czekam na rzut resztek do wyjedzenia lub garnek do wylizania. Sielsko, anielsko.

Mijam się później z Nowozelandczykiem na korytarzu i on mówi taki przestraszony:

Już dobrze? O co Wam poszło?
– O czym mówisz?
– Strasznie kłóciliście się w kuchni, bałem się tam wchodzić.
– My tylko rozmawialiśmy po polsku
– Dobrze, że już skończyliście, bo każde zdanie brzmiało jak bombardowanie, nie dało się tego słuchać!

Dobrze wiedzieć, wykorzystam to w przyszłości.

Mogłabym teraz kilkoma kliknięciami myszki zamówić zakupy spożywcze i mieć je za dwie godziny pod drzwiami, co tutaj, w Nowej Zelandii robi się normą.

Albo, mogłabym pójść do takiego ładnego, eleganckiego supermarketu z klimatyzacją, gdzie będzie leciała spokojna muzyczka pop mająca mnie wprawić w lepszy nastrój, żebym zostawiła tam więcej pieniędzy. A, że jestem i zawsze będę Polką z krwi i kości, więc lubię, jak mnie czasem życie wychłosta, bo nie może być zbyt lekko, więc zamiast tego skręcam w uliczkę, w której zaczynają migać kolorowe neony, widać udekorowane tarasy figurkami chińskich smoków, a w powietrzu unosi się zapach jedzenia. Idę dalej.

Znowu, z premedytacją, jak co tydzień wchodzę na chwilę do świata, w którym nie panują żadne zasady oprócz tej, że zwycięża najgłośniejszy. To jest takie miejsce, gdzie w hangarze z mięsem i owocami morza słyszysz z zaplecza pisk zarzynanych kurczaków i robiąc zakupy robisz również slalom pomiędzy kałużą niezidentyfikowanej krwi a jeszcze żywą langustą, która komuś własnie spadła na podłogę. Jak zabrałam tam rok temu mojego szwagra, to wszedł do środka, rozejrzał się i zapytał „Mogę poczekać w samochodzie?” W tył zwrot i tyle go widzieli.

Jestem w środku. Robi się zamieszanie, padają pierwsze krzyki rozemocjonowanych Chińczyków. Rozglądam się dookoła, żeby zrozumieć co się dzieje. Kątem oka widzę, że młody chłopak wwozi z zaplecza palety z kalafiorem po 99 centów.

Machina ruszyła.

Mówię mężowi – ANDRZEJ, KALAFIOR WJEŻDŻA. Stój tu pod ścianą i nigdzie nie odchodź. Jeśli nie wrócę, powiedz mojej mamie, że ją kocham.

Ruszam. Teraz albo nigdy!!! To jest moment w którym przypominam sobie dlaczego mój mąż nie chce tu przychodzić. On stoi pod tą ścianą zrozpaczony, zdezorientowany, nie do końca rozumiejący powagę sytuacji. Zaczyna się walka, desperacja w oczach, w powietrzu opary krwi, potu i łez, emocje sięgają zenitu. To jest Sparta, kotku, bo ja uwielbiam kalafiora i właśnie po niego tu również przyszłam! Chińczycy nie dają chłopakowi dopchać wózka do końca, żeby mógł ułożyć towar na półce, zamiast tego wyrywają mu główki kalafiorów już z palet, mimo, że on krzyczy i odpycha ich rękoma! To nic nie daje, więc zaczyna kopać. Robi się prawdziwa walka, są krzyki, jest plucie na podłogę, przepychanki łokciami, są już również pierwsze ofiary w stratowanych ludziach. Ci co jeszcze mają siłę walczą dalej zostawiając swoich poległych najbliższych na ziemi z zamiarem, że być może kiedyś po nich wrócą.

Nie jestem taka głośna i oni zdecydowanie przeważają swoją liczebnością, ale mam coś, czego oni nie – wzrost. Szczęśliwa kładę rękę na główce kalafiora na najwyższej palecie, po czym na mojej, NA MOJEJ, zaklepanej już główce ląduje inna, chińska ręka. 

Łapiemy kontakt wzrokowy i już wiem, że szykuje się starcie tytanów, bo oczy nam obojgu błyszczą i żadne z nas ani drgnie. Zaczyna drzeć na mnie ryja po chińsku myśląc, że mnie tym wystraszy, myśląc, że pewnie jestem jakiś byle jakim nowicjuszem, jakąś dziewczynką w kitce na głowie. Doprawdy człowieku, nie wiesz z jakim zawodnikiem masz do czynienia, bo ja nawet nie muszę podnosić głosu, wystarczy, że zacznę mówić cokolwiek PO POLSKU,
żebyś pożałował dnia w którym się urodziłeś.

Poza tym, ja zawsze, jak i również tym razem wychodzę z tego sklepu z tarczą.

Żadne traumatyczne wydarzenia, czy ludzkie dramaty, to tylko moje cotygodniowe zakupy spożywcze!