Piekło istnieje i nazywa się centrum handlowe na miesiąc przed świętami

 

Nadchodzi ten czas w roku, kiedy człowiek boi się wyjść z domu, żeby znowu nie poczuć się jak ostatni gnój.

Skończyłam rozmyślać nad znalezieniem rozwiązań wszystkich zagadek tego świata, próbą rozwiązania konfliktów duchowych ludzkości i zakończyłam moja prywatną dramatyczną walkę mającą na celu odnalezienie egzystencjalnego sensu istnienia ludzi na Ziemi. Mogę śmiało powiedzieć, że zakończyłam tym samym etap szukania dowodów na istnienie piekła i nieba. Piekło istnieje i nazywa się centrum handlowe na miesiąc przed świętami.

 

Wyszkoleni z zakresu szantażu emocjonalnego przechodniów

 

Wyszłam ostatnio z domu i poczułam się oszukana, dokładnie tak samo oszukana, jak tamtego poranka, kiedy dostałam wiadomość niespodziankę, że przed emigracją do Australii nie usunęłam jednego polskiego konta i od 3 lat naliczają mi odsetki i tym samym uświadomiłam sobie, że chyba niepotrzebnie spoczęłam na laurach po udanym zamknięciu karty w bibliotece. Chyba jednak nie jestem taką spryciulką jak mi się wydawało, ninją w zacieraniu po sobie śladów. Tym bardziej żadną wybitną specjalistką w maskowaniu duchów przeszłości.

Z doklejonymi, podejrzanie szerokimi uśmiechami na twarzach czają się na każdym rogu. Czasami z czerwonymi pomponami na nosie i z pluszowym porożem renifera na głowie atakują w najmniej spodziewanym momencie. Jak w tym przypadku atakują bezbronnych ludzi stojących w kolejce po sushi, podtykając im pod nos zdjęcia dzieci z wystającymi żebrami, tak żeby zeszli na ziemię w trybie natychmiastowym.

Wyszkoleni z zakresu szantażu emocjonalnego przechodniów, nie przyjmowania „nie” w odpowiedzi. Specjaliści w formułowaniu pytań na które nie możesz odpowiedzieć poprawnie wychodząc z sytuacji z honorem.

Osoby zbierające pieniądze na cele dobroczynne, fundraisers, bo o nich mowa, z roku na rok robią się coraz bardziej bezwzględni i chętni na grę na ludzkich wystarczająco już zszarganych nerwach.

Czy chcesz, żeby nowozelandzkie dzieci chodziły głodne?, przystępują do ataku. Pewnie, że nie chcę, mój Boże, kto by chciał. Jednakże, jeśli od teraz zacznę wspierać wszystkie akcje charytatywne i wrzucać pieniążek do każdej z 623 napotkanych po drodze do domu puszek, to już w połowie drogi zacznę dzielić ich los.

Dobrze, że nadal jeszcze można wyrażać swoje żale w Internecie, bo na emigracji, to wiecie jak jest:

 

z17287281aa
Na emigracji