Po pierwsze – nigdy nie idę za tłumem

 

Do Ośrodka Pandy Wielkiej w Chengdu w prowincji Sichuan słynącej z ostrych przypraw jechałam 48 godzin. W pociągu, który wlókł się w nieskończoność zaczęłam rozmawiać z ludźmi. Czymże jest bariera językowa po 20 godzinach monotonnej jazdy?

Kiedy Twoja zaplanowana trasa wynosi kilkanaście tysięcy kilometrów, czy to lubisz czy nie dużo czasu spędzasz przemieszczając się. Czasami, szczególnie w tak ogromnym kraju jak PRC dzień polega tylko na usadowieniu tyłka w pociągu. Po kilkunastu godzinach w przedziale, nawet Ci najbardziej nieśmiali, lub tacy jak ja niełaknący nowych znajomości w końcu i tak nawiązują kontakt. Poznałam w ten sposób młodą Chinkę niedługo kończącą studia. Była bardzo ciekawa nas, obcokrajowców i miała mnóstwo pytań.

-Po co jedziecie do Chengdu?
-Żeby zobaczyć Pandę Wielką.
-Jedziecie 2 dni, żeby zobaczyć pandę?
-Tak.
-(śmiech, śmiech, śmiech). Przepraszam za reakcję. No tak, w końcu jesteście turystami!

Dziewczyna wybrała się ze swoją paczką koleżanek w tajemnicy przed rodzicami w podróż życia – na południe swojego kraju. W swojej naiwności umieściła o tym informację na jednym z chińskich portali społecznościowych, gdzie przeczytał o tym „przyjaciel rodziny” i wykonał telefon do ojca, po czym ojciec zadzwonił do niej, kiedy ta była już ładnych kilka godzin pociągiem od domu. Ojciec zapytał ją tylko – „do you need money?” (potrzebujesz pieniędzy?).

Miała duży zasób słów i bardzo chciała nawiązać z nami kontakt. Zapytała co do tej pory widzieliśmy i gdzie jedziemy dalej, więc opowiedziałam jej szczegóły wyjazdu włącznie z już odbytą trasą po Mongolii. Nie wiedziała co to jest Mongolia, aż końcu rzuciła:

Wiesz, podziwiam Was, obcokrajowców. Przyjeżdżacie tu pomimo pracy, rodzin i obowiązków. Skąd Wy znajdujecie na to czas? Weźmy przykład ze mnie. Mam 23 lata, czyli najpóźniej za dwa lata powinnam mieć już męża i dziecko. U nas, w Chinach nie można zostawić rodziny tylko po to, żeby gdzieś pojechać, dlatego postanowiłam to zrobić teraz, póki mogę.

 

 

Ośrodek Pandy Wielkiej w Chengdu powstał w 1987. Wszystko, jak to zwykle na początku zaczęło się niewinnie od opieki nad 6 uratowanymi pandami. Od tamtego czasu populacja tego zagrożonego gatunku wzrosła do niecałych 100 sztuk!

Jechałam do Chengdu 2 dni, raczej sceptyczna. Przed wejściem zastał mnie drogi bilet nie dający gwarancji zobaczenia Pandy Wielkiej. Świetny początek.

 

Chengdu nocą.

 

Na miejscu, szczególnie w porze karmienia obok wybiegów dla pand grasują setki, powiedzmy delikatnie – bardzo „terytorialnych”, głównie chińskich turystów. Napatrzyłam się na pandy w samym środku tego dzikiego tłumu fleszy i krzyków i lekko zawiedziona poszłam pokręcić się po reszcie ośrodka.

Pawie, jeziorko, zadbane ogrody i ogromny luksus w Państwie Środka – cisza i świeże powietrze. Lecąc do Chińskiej Republiki Ludowej nawet nie brałam pod uwagę zrobienia zdjęcia z pandą, bo jednak kilkaset US$ za fotografię to lekka przesada.

Chodząc tymi pustymi ścieżkami zobaczyłam samotną pandę wcinającą bambus (godne pozazdroszczenia, bo ich egzystencja polega głównie na tym).  Siedziała blisko barierki, więc zrobiłam kilka zdjęć pandzie, kilka sobie z pandą a potem po prostu długo patrzyłam jak wcina bambus chrumkając przy tym z zadowoleniem.  Mieliśmy ją tylko dla siebie!

 

 

Stara zasada – zazwyczaj nie warto iść za tłumem.