A on mu odpowiedział: „Nie rozumiem Cię”

 

W Sylwestra spełniliśmy marzenie mojego męża i ruszyliśmy w busz. To był chyba pierwszy raz od maleńkości, kiedy w Nowy Rok nie zobaczyliśmy ani jednego wystrzału fajerwerków. Dla wielu zabrzmi to jak dramat, dla niego był to prawie ideał. Prawie, bo jeszcze piękniejszą ewentualnością byłaby realizacja scenariusza o apokalipsie i nas, jedynych ocalonych ludzi na świecie, który to scenariusz opowiada za każdym razem z takim przejęciem i wypiekami na twarzy tak jak ja wspomnienie o tamtym dniu, gdy zjadłam cały półmisek jagodowych babeczek i prawie pękłam z radości. 

Kiedy zaczął pracować w 2015 roku jako geodeta w Nowej Zelandii słysząc jego opowieści, bałam się.

When are you going to finish the project? (Kiedy skończysz pracę nad projektem?)
Somewhere between never and fuck off. (Kiedyś pomiędzy nigdy a odpierdol się.)

Ty tak serio mówisz do ludzi? Rób tak dalej, to wylecisz na zbity pysk i znowu będziemy żarli gruz.

Dwa lata później w tej samej firmie z każdą nową pracową opowieścią przecieram oczy ze zdumienia jakim sposobem on mówi
ludziom co chce, jest lubiany i
 dostaje zawsze to co chce, ewentualnie więcej.

 

31 grudnia pojechaliśmy żwirową drogą wokół jeziora Tekapo na Południowej Wyspie Nowej Zelandii jak najdalej byliśmy w stanie nie posiadając napędu na cztery koła i zatrzymaliśmy się dopiero, kiedy dalsza droga mogłaby za bardzo uszkodzić naszego wypożyczonego, ale jakże zasłużonego rzęcha. Wieczorem graliśmy w Państwa-Miasta i czekaliśmy na zachód słońca, żeby uczyć się robić zdjęcia gwiazdom. Jeśli to brzmi jakbyśmy byli największymi nudziarzami na świecie to spoko, taka prawda.

Plan był taki, że mieliśmy być tylko we dwoje, a wyszło tak jak zwykle. Gramy dalej. Trochę stypa, nie ma nawet jak radia posłuchać, bo na tym pustkowiu każda stacja to wcale nie wyprowadzający z równowagi trzaaaassssssssk. Patrzę na niego, a jego oczy wpatrzone w dal są duże i robią się coraz większe i większe i mimo, że Andrzej to człowiek, który na co dzień powie Ci więcej i dosadniej niż byś chciał, to tym razem nie jest w stanie wydusić z siebie słowa.

Odwracam się, żeby zlokalizować przyczynę jego braku języka w gębie, patrzę i… o, jest nas troje.

Kangur patrzy na nas, my patrzymy na kangura, cała trójka na wstrzymanym oddechu znieruchomiała. Był piękny i bardzo duży, jeden z największych jakie widziałam (samce mogą ważyć do 90 kg i mają do 2 metrów wzrostu). Trzy sekundy później uciekł w zarośla i tyle go widzieli. Widywaliśmy je setki razy i jedliśmy kilka razy w Australii, ale, żeby kangur w Nowej Zelandii?! Czy to wstyd, że nie wiedziałam, że one też tu żyją?

Widziałeś?
Widziałem.
Ale jak to, przecież… czy on tu był naprawdę?
Obydwoje go widzieliśmy.

Kiedy kapitan James Cook w XVIII wieku w trakcie swych trzech wypraw dookoła świata odkrywał Australię i Nową Zelandię, na widok kangura rzekomo zapytał tubylca:

– Co to za zwierzę?

Aborygen odpowiedział:

– Kangaroo,  co Cook przyjął jako jego nazwę i tak zostało do dziś.

Kangaroo w języku plemienia Aborygena oznaczało jednakże „Nie rozumiem Cię”.