Pasowanie na Nowozelandczyka

 

Emigracja na Antypody

 

Pisałam w przeszłości, że emigracja do Nowej Zelandii najpiękniej wygląda na zdjęciach. Ludzie myślą, że Twoje życie wygląda tak:

 

A naprawdę wygląda ono tak:

Domowe archiwum z serii – uśmiechnij się do zdjęcia, historia właśnie tworzy się na naszych oczach! 🙂

 

Najpierw całymi miesiącami jeszcze będąc w Polsce przekopujesz się jak kret w tunelach przepisów i płacisz, płacisz płacisz. Potem wyjeżdżasz i robisz ciągle to samo, w między czasie przepisy się zmieniają kilka razy, więc uczysz się ich i płacisz za wszystko na nowo, z tym, że miesiące zamieniają się w 4 lata.

Emigracja, czyli przepisy wizowe, pozwolenia o pracę i pozwolenia na pobyt stały w Australii i Nowej Zelandii to temat „studnia bez dna”. Nie ma limitów czasowych, nie ma limitów finansowych. Nie dziwie się, że sporo emigrantów zatrudnia się po tym wszystkim jako agenci wizowi. Ja też mogę już recytować każdy paragraf włącznie ze wszystkimi podpunktami zapisanymi gdzieś małym druczkiem na każdej stronie nawet tych już dawno zapomnianych przez Pana Boga dokumentów i w przeciwieństwie do mojego męża mogę napierdalać o wizach godzinami, tylko, że nie mam z kim, bo znajomi i rodzina nie wiedzą o czym mówię a mąż bardziej wolałby wbić sobie szpikulec w tyłek i zacząć robić przysiady niż o tym rozmawiać.

Emigracja do Nowej Zelandii – planowanie wyjazdu i początki:

 

4 lata później:

 

Nowi Nowozelandczycy!

 

Kiedy musieliśmy opuścić Australię moje serce pękło na miliony kawałeczków i do dziś ich wszystkich nie pozbierałam. Serio, muszę się kiedyś zorganizować wiadro kleju i spróbować je posklejać, przecież to już niedługo będą dwa lata. Mniejsza o to, bo dzisiaj jest piękny dzień. Nowa Zelandia wzięła dziś pod swoje skrzydła dwie nowe duszyczki. Odebrałam paczkę, a w niej leżały nasze paszporty z wbitymi pozwoleniami na pobyt stały z gratulacjami i wielkim czarnym napisem NEW ZEALAND RESIDENTS.

 

wersja elektroniczna

 

Kurier przytargał paczkę z dokumentami, które zamiast chować do szuflady powinnam oprawić w ramkę, bo to pismo to jedyna materialna rzecz jaką posiadam.

Będę tęsknić za Urzędem Imigracyjnym!

 

Teraz się pytam – co zrobię z tym całym czasem, skoro nie musimy się już martwić o wizę do końca życia? Koniec magazynowania paragonów i innych śmieci oraz udowadniania, że jestem z moim mężem, bo ledwo widzę otaczający mnie świat poza nim,  a nie dlatego, że chcę mieć współudział w jego wizie. Nasz polski akt ślubu z 2013 r. to był przy każdej aplikacji przeciętny dowód dla Urzędu Imigracyjnego na to, że jesteśmy razem. Skutki ery „papierowych małżeństw”.  Każdy orze jak może, wiadomo.

Teraz tylko jak udowodnić Urzędowi Imigracyjnemu, że się kogoś kocha, skoro akt ślubu, nazwisko i wspólne życie to za mało?

 

Definicja miłości

 

Miałam pisać listy opisujące naszą miłość, związek i początki. Załatwione… tylko czy bardzo ich to wkurwi, jeśli powiem prawdę pisząc, że to już 6-ty rok od kiedy on jest moim pączkiem z kremem czekoladowym i lukrem na otarcie łez szarej rzeczywistości? Moim kremem budyniowym w karpatce życia? Źrenicą w mym oku?

Że jak mi czasem coś opowiada i jest przy tym taki słodko-nieporadny to mam ochotę go wytarmosić, obcałować a już najbardziej to mu coś odgryźć, tylko jak on by później taki chodził bez ucha? Że jak robię zakupy tygodniowe to dorzucam pomarańcze, które on tak lubi, chociaż dodatkowe 3 kilogramy robią mi różnice i zawsze zdycham w połowie drogi? Że jak ostatnio wyjechał to mimo, iż jestem wielką szczęściarą, która ma w życiu więcej niż potrzebuje to przestałam się uśmiechać jakbym miała do obu policzków przyczepione 10 kilogramowe ciężarki które by to uniemożliwiały? 

Że żegnamy się codziennie rano i witamy codziennie po południu tak czule, jakby to miało być ostatni raz? Że jak ktoś mi mówi, że stały związek to nuda i zaczyna narzekać na swoje małżeństwo, to bardzo mu współczuję, bo ja przestałam się nudzić właśnie od kiedy go poznałam? Że jak zaczynamy się śmiać, to tak, że aż boli nas brzuch i nie możemy się uspokoić przez kwadrans? Że jak chodzimy w soboty rano na basen, to najbardziej boję się, że ze śmiechu któreś z nas się w końcu utopi? Że jak mamy się nie widzieć 2 dni, to żegnając się mi drga dolna warga a on ma przeszklone oczy? Że jak ktoś się cieszy na chwilę odpoczynku od żony/męża to ja nie rozumiem, bo mi życia zabraknie, żeby nacieszyć się tym co mamy?

Za mało

Chcieli nasze zdjęcia z zastrzeżeniem, że nie mają być to zdjęcia wakacyjne, tylko nas w obecności rodziny i przyjaciół z ostatnich kilku lat. Mam nadzieję, że dobrze im się oglądało nasz album ślubny oraz tych wszystkich obcych im ludzi. Kwity na wspólne konto? Za mało. Rachunki i korespondencja przychodzące na ten sam adres? Za mało. Wspólne paragony za kupowanie „małżeńskich” rzeczy (odkurzacz, sokowirówka, podwójna pościel)? Za mało. Wspólne bilety lotnicze z ostatnich 5 lat? Za mało. Wysyłanie potwierdzenia od administratora budynku co 12 miesięcy, że nadal żyjemy wspólnie i że jesteśmy razem regularnie widywani? Za mało. Moje dane na jego polisie na życie? Wystarczy.

Co dalej w naszym życiu na końcu świata?

Po etapie rezydenta przyjdzie czas na nowozelandzkie obywatelstwa i paszport. Przed nami ceremonia w Urzędzie Miasta i „pasowanie na Nowozelandczyków”. Na ceremonię będziemy mogli zaprosić po dwie osoby towarzyszące. Dobrze, że do tej imprezy jest jeszcze kilka lat, to może w tym czasie uda nam się znaleźć przyjaciół, poza tym przed przysięgą wypełniania wszystkich obowiązków obywatelskich oraz przed ślubowaniem wierności Jej Królewskiej Mości Królowej Elżbiecie II przy akompaniamencie hymnu narodowego Nowej Zelandii, żeby to wszystko miało sens i wypływało prosto z serca chciałabym najpierw choć trochę poczuć się Nowozelandką.