Zabawa w udawanie dorosłych i codzienne igranie ze śmiercią

 

Psychoza jedzeniowa w naszym domu ma się świetnie i o ile umiem ją ujarzmić w czterech ścianach, o tyle na wyjeździe wygląda to następująco : któreś z nas wpada na szalony pomysł, żeby pobawić się w dorosłych ludzi i mówi – dziś na lunch nie będzie mrożonych jagód zagryzanych kalafiorem przyrządzonym na parze przy akompaniamencie wody niegazowanej. DZIŚ ZJEMY W KNAJPIE JAK INNI LUDZIEPójdziemy na całość, zjemy lunch i deser z całą tablicą Mendelejewa, wybornym syntetycznym zagęszczaczem, rozpływającą się w ustach skrobią modyfikowaną, boskim cytrynianem sodu i gwarantującym niezapomniane przeżycia E 410 w swoim składzie, czyli zjemy taki najsmaczniejszy deser z możliwych po którym w najlepszym wypadku będę miała zgagę do końca życia, w najgorszym będzie trzeba spisać testament w razie gdyby Andrzej miał wątpliwości czy po mojej śmierci pobawić się w odpowiedzialnego dorosłego i zaoszczędzić to co zostało, czy może lepiej zamiast tego zaszaleć i pójść na kawę. Klamka zapadła, ruszamy!!!

Przez pierwszą godzinę szukamy miejsca parkingowego.

Przez drugą godzinę szukamy bardzo konkretnej knajpy, której chyba jeszcze nie wybudowano. Preferencja mojego męża to bar wegetariańsko – wegański. W między czasie mówię mu kilka razy, że chyba sobie kpi, bo po dotychczasowym rozeznaniu nasze możliwości na Gold Coast w Australii to PizzaHut lub Ambasada Amerykańska.

Przez trzecią godzinę mi już jest wszystko jedno, zaczynam subtelnie rzucać w eter jak poważnie sprawy się mają, bo ja nie jadłam od 3 godzin i 24 minut co się raczej nie zdarza. On pozostaje niewzruszony bo zna te triki na pamięć, więc żeby podkreślić dramaturgię sytuacji podnoszę koszulkę i wypinam żebra.

Przez czwartą godzinę kiedy mija już pora lunchu Andrzej mówi, że spoko Natalia, niedługo na pewno coś znajdziemy a ja go pytam czy on zdaje sobie sprawę, że jest nieźle pierdolnięty i, że świat na pewno się o tym dowie.

Stajemy przed japońską knajpą na środku której jest kuchnia i na oczach wszystkich gotuje Pan w białym fartuchu i tradycyjną czapką kucharską o podłużnym kształcie. Wszystko wygląda wspaniale, dobrze, że to nie wieczorowa pora, bo gdybym musiała się jeszcze wystroić, żeby w końcu coś zjeść to bym się popłakała.

Wchodzimy, prosimy o stolik dla dwojga i gdyby nie moja dziura w spodniach czułabym się przynajmniej jak gwiazda filmowa. Tak jak zwykle mój mąż pięknie prezentuje się w porozciąganym domowym dresie i koszulce z przeceny która pamięta już kilka posiłków, a ja wcale nie odstaję. Mam na sobie T-shirt Andrzeja, bo on zawsze mówi, że w jego ciuchach wyglądam piekielnie seksownie i co tu dużo mówić nie mogę się z tym nie zgodzić. Do tego w miarę nowe różowe trampki i krótkie spodenki, które 4 lata temu były moimi długimi wyjściowymi jeansami aż Andrzej którejś soboty postanowił dać im nowe wcielenie, wziął nożyczki i przez trzy godziny dziergał z nich frędzle.

Zamawiamy dwa lunche wegetariańskie. Dostajemy pięknie podane podsmażone warzywa z ryżem, on zjada zachwycony, ja wygrzebuję tofu i grzyby zostawiając pół dania na talerzu.

Ufff, wychodzimy bez deseru.

Mówię mu, że już dosyć na dziś tej zabawy w udawanie dorosłych, już wystarczy, w ramach dalszego ciągu igrania ze śmiercią teraz zróbmy coś totalnie szalonego, zróbmy coś co wpisze ten dzień w karty naszej historii, po prostu pójdźmy na całość i zjedzmy lody na patyku z supermarketu!!!

Wiesz, bo ja nie bardzo rozumiem dlaczego ludzie chodzą po knajpach, było smaczne nie powiem, tak ogólnie nie obraź się na mnie, ale to była najnudniejsza godzina w moim życiu, bo zamiast białych obrusów i wykwintnych porcyjek najlepiej jest jak jesteśmy we dwoje i tak jak zawsze śmiejemy się z czegoś. Pamiętasz jak ostatnim razem wzięliśmy na wynos sałatki z ciecierzycą i fetą? Ja wygrzebywałam soczewicę z mojej sałatki dwie godziny bo jednak stwierdziłam, że jej nie chcę a potem wszystko mi spadło i po całym aucie walały się pestki dyni i pomidorki koktajlowe, na koniec niechcący wtarłam fetę w siedzenie i darłeś się, że mam przestać robić kabaret, bo musimy oddać samochód w takim stanie w jakim go wypożyczyliśmy.

Jak dla mnie najfajniej jest jak przyrządzamy coś prostego, na deser kroimy owoce z bazaru i jemy w samochodzie słuchając radia, a on mi na to mówi: „I właśnie dlatego zostałaś moją żoną”.

  • Ja polegam na ulubionych miejscach i knajpkach. Bardzo nie lubię szukać nowych miejsc, tym bardziej pod presja głodu 😉

  • Piękna puenta! :))

  • Faktycznie, to jest kabaret 😀 Świetny wpis, tyle powiem 🙂 Buziaki!

  • Ja ostatnio jakoś rzadko jem na mieście:)

  • Ależ to urocze i wzruszające! 😀 Przegenialna historia! 😀

  • Haha najlepsze domowe historie 🙂

  • Mega historia 🙂

  • A a myślałam że mam zrytą banie 😀
    Uwielbiam Was! 😀
    ps.Co Wy w Australii robicie btw? Podróż czy mieszkacie?

    • Dzięki <3 Mieszkaliśmy 1,5 roku, także podróż sentymentalna 😉

      • oo- i co tam robiliście??
        ps.a teraz gdzie Was miota?:)

        • Pół na pół praca i studia językowe w Melbourne, teraz od 2 lat mieszkamy w Nowej Zelandii, udało się niedawno dostać pozwolenie na pobyt stały, także wstępny plan jest taki, że zostajemy tu na stałe. Co życie przyniesie czas pokaże 🙂

          • MEEEGA!! A jak tam z pracą? Macie kłopot z językiem? I jak mieszkanie?

          • Najważniejsza jest wiza, żeby ją dostać trzeba złożyć do Urzędu Imigracyjnego otrzymaną ofertę pracy + list od pracodawcy, że mimo starań firmie nie udało się znaleźć Nowozelandczyka na tę pozycję; dalej trzeba być na liście aktualnie poszukiwanych zawodów w kraju (http://skillshortages.immigration.govt.nz/), mieć przynajmniej dwuletnie doświadczenie w zawodzie i rozpoznane kwalifikacje przez NZQA (koszt ok. 2 000$). Cały proces trwa do pół roku i zamyka się w kilku tysiącach $. Mieszkanie od 2 lat mamy to samo, jest małe, ale nie potrzebujemy nic więcej do szczęścia. Nie mogę narzekać 🙂 Co do języka to nie nazwałabym komunikacji kłopotem, z częścią Nowozelandczyków rozumiem się świetnie, z częścią wcale. Bardziej jest to czasami irytujące niż kłopotliwe 🙂

          • Trochę zawiły i kosztowny proces. A jakie Wy zawody wykonujecie że udało się oferty pracy znaleźć? Oraz raz jeszcze gratulacje i szacun! 🙂

          • Geodezja. Dzięki wielkie, w rzeczywistości proces był gorszy niż to co streściłam w pigułce 😉 3maj się!

          • Gorszy?! Widać zatem że Wam bardzo zależało 🙂
            A zawód konkretny i widać pożądany 🙂

  • Wspaniała historia! Tofu i soczewica są fuj. Też nie znoszę szukać miejsca, gdzie można zjeść… Ech, z drugiej strony nie znoszę gotować. Owoce z bazaru najlepsze!