Czy pracowałaś kiedyś dla ortodoksyjnych Żydów?

 

Tymi słowami wita mnie K. na progu swojego gigantycznego domu na przedmieściach Melbourne uważnie mi się przyglądając. K. to Pani koło 70-tki, jest poowijana materiałami od stóp do głów i zawsze trzyma mnie na dystans, więc ciężko powiedzieć ile dokładnie ma lat. Ortodoksyjne zamężne Żydówki noszą na głowie chustę lub perukę, a jedyną osobą jaka ma prawo widzieć ich włosy jest mąż – ma to symbolizować strefę prywatną zarezerwowaną tylko dla małżonków.

Wchodzę do środka. Manekiny głów z perukami są porozstawiane po całym domu.

No, I didn’t” (Nie, nie pracowałam) odpowiadam zgodnie z prawdą, a ona wzdycha głęboko, po czym zaprasza mnie do salonu. Zaczyna od tego, że nie podoba jej się moje ubranie – koszulka z krótkim rękawkiem i dżinsy do kolan są nie do przyjęcia. Za oknem jest 38 stopni. Udaje nam się osiągnąć kompromis i na przyszłość ustalamy mój strój – dżinsy 3/4 i rozpinaną koszulę/sweterek z długim rękawem, który będę zakładać na T-shirt bezpośrednio przed wejściem do jej domu, w którym jest klimatyzacja.

Wszędzie wiszą zdjęcia dzieci, wnuków i prawnuków. 14-ścioro dzieci, 60-cioro wnucząt i już nie pamiętam ile prawnucząt. Pamiętam za to, że nie mogłam w tę liczbę uwierzyć. Wystarczająco dużo prawnucząt, żeby w ogromnym domu zabrakło miejsca za powieszenie ramek ze zdjęciami. K. pyta ile mam lat i opowiada z dumą o swoich córkach, które już jako 19 letnie dziewczęta miały mężów i dzieci. Ja wtedy 25-letnia, zamężna ale bezdzietna, więc co to za małżeństwo?

Na początku emigracji do Australii, jeśli nie przyjeżdża się „na gotowe” (praca, porządna wiza, mieszkanie, znajomi, cokolwiek) często trzeba włożyć dumę głęboko do kieszeni i wziąć się do roboty. Trzeba ją włożyć tak głęboko, żeby potem długo nie móc jej znaleźć. 

Przychodziłam sprzątać do K. parę miesięcy, ale zawsze tylko po wyjściu jej męża do pracy, czyli nie wcześniej niż o 9 rano. To przecież absurd, żeby młoda, nieortodoksyjna dziewczyna „kręciła się” po domu, w którym przebywa mężczyzna. Współpraca z K. nigdy się nie układała, bo dziwne żeby się pasował mi układ z kimś kto na okrągło klaruje, że moim jestestwem powinno być poświęcenie życia na bycie tak jak ona w ciąży przez 14 lat. 

Pocztą pantoflową z jednego żydowskiego domu zrobiło się pięć, ostatecznie do kilkunastu tygodniowo a to oznaczało niezłe pieniądze, czyli generalnie przyczynę całego zamieszania. Było to wystarczająco motywujące, żeby wracać i wyłączać umysł na kilka godzin. 

W jednym domu, w którym zostałam do samego końca pamiętnej kariery zakładałam mp3 na uszy a idąc tam zawsze pilnowałam, żeby bateria była naładowana. Głośność ustawiona na maksimum czasem nie była w stanie zagłuszyć dwanaściorga dzieci 45-letniej S. 

S. była w porządku i uśmiechała się ze zrozumieniem widząc jak w pośpiechu wyjmuję mp3 z kieszeni, „nie krępuj się, gdybym mogła, zrobiłabym to samo”, mówiła, kiedy jej najmłodsza dwuletnia zaczynała scenę z serii „dwie godziny histerii waląc pięściami po podłodze i obsikując wszystko co możliwe”.

Tamtego dnia nie wychodziła mi z głowy piosenka „You make me feel like a natural women” Arethy Franklin. Jak zawsze o tej samej porze S. zabrała najmłodszą i pojechała (minivanem) odebrać resztę krwiopijców ze szkoły. Uwielbiałam zostawać sama w tym wielkim domu. Ogromny potencjał do zagospodarowania panującej na krótką chwilę martwej ciszy. 

Zaczęłam śpiewać.

Oh, baby, what you’ve done to me… you make me feel so good inside! Kotku, co Ty mi zrobiłeś? Sprawiasz, że jest mi dobrze tam w środku…

Słowa z pierwszego wersu zmieniłam i zamiast „and when I knew I had to face another day, Lord, it made me feel so tired” było „and when I knew I had to face another day, please no, I am just so fucking tired” – „i kiedy miałam stawić czoła kolejnemu dniu, proszę, tylko nie to, jestem już taka, kurwa, zmęczona”.

Świetnie się bawiąc jechałam pokój za pokojem, moje wrzaski czasami zagłuszone włączonym odkurzaczem. Minęła godzina, S. niedługo ma być z powrotem. W szampańskim nastroju otwieram kolejny pokój… a na łóżku siedzi młoda dziewczyna i patrzy na mnie w osłupieniu.

Jak dowiedziałam się później, w biegu S. zapomniała wspomnieć, że jej 14-letnia bratanica przyjechała w odwiedziny. Nieletnia ortodoksyjna Żydówka od godziny słuchała mojego przeklinania i popisów wokalnych z dziwnym akcentem!!! 🙂

Od dwóch lat już nie mieszkam w kraju, który nauczył mnie żyć, ale od tamtego czasu wielokrotnie i z przyjemnością wracam do Australii.  

Do ostatniej rodziny o której często myślę szłam na innych zasadach – po pierwsze z polecenia, po drugie mogłam wtedy odpowiedzieć na najważniejsze pytanie twierdząco – „tak, pracowałam już dla ortodoksyjnych Żydów”. Y., mama siedmiorga dzieci przed trzydziestym rokiem życia była najładniejszą Żydówką jaką poznałam. Ładna mimo ubierania codziennie czegoś przypominającego śpiwór, mimo ciała po 6 ciążach (jedne bliźniaki) i już schorowanym kręgosłupie. Tak schorowanym, że w gorszych dniach to ja schylałam się, kiedy jej najmłodszemu spadał smoczek. Po jakimś czasie najstarsza córka zaczęła opowiadać co stało się z Hinduską, która pracowała u nich w przeszłości. Y. nalała jej szklankę wody ze zlewu gospodarczego w pralni zamiast ze zlewu kuchennego. Dziewczyna poczuła się urażona i odeszła twierdząc, że to jest odrażające i niehumanitarne, żeby tak traktować drugiego człowieka. Pewnego razu polerowałam srebro w tym właśnie zlewie w pralni i zostałam poproszona, żeby trzymać poszczególne elementy w dłoni, żeby absolutnie nie kłaść ich na dnie zlewu, który jest „nieczysty” a przecież z niektórych sreber Żydzi jedzą. Nigdy nie dostałam wody z tego zlewu ani również nie widziałam, żeby któryś z członków rodziny z niego pił.

Mąż Y. wracając z pracy pierwsze kroki kierował do kuchni, bo to przecież jedyne miejsce, gdzie mogła przebywać jego żona. Jeśli jej tam nie było stawał bezradnie i patrzył na mnie pytającym wzrokiem. „Laundry” (pralnia), mówiłam… więc szedł do pralni. To był i tak jeden z nielicznych mężczyzn z żydowskiego środowiska, który znał moje imię, zagadał do mnie kilka razy i zawsze był bardzo sympatyczny. Y. przedstawiono jej przyszłego męża, gdy mieli po 16 lat. Przed ślubem widzieli się dwa razy w obecności rodzin. Po drugim spotkaniu ustalono datę ślubu na za rok, w ciągu którego którego młodzi mieli zakaz kontaktowania się. 17-letnia Y. wyszła za mąż za chłopaka, którego widziała w dniu ślubu po raz trzeci w życiu, żeby 9 miesięcy później urodzić córeczki bliźniaczki. 

Pytam ją kiedyś – Jak to jest… skoro nie słuchasz radia, nie masz Internetu ani telewizji, w jaki sposób wiesz co się dzieje na świecie? Odpowiedziała: Rozmawiam z ludźmi. Czy to z sąsiadkami, sprzedawczyniami w sklepie czy nauczycielkami moich dzieci. Czasem pytam Ciebie o pogodę. Poza tym, mąż przynosi mi gazetę raz w tygodniu.

 

 

  • Teresa Bochenek

    To coś zupełnie nowego… Napewno było Ci ciężko, ale myślę że to też było ważne doświadczenie…
    Pozdrawiam

  • Świetna relacja i perspektywa! Marzy nam się odwiedzenie Australii, ciekawe na co my tam trafimy 🙂

  • Dziewczyno. Świetnie się czytało! Napisałaś to tak, że sama chętnie bym sprzątała tak! 😀 😀 😀 Mega ciekawie. Ja w grudniu byłam w Izraelu – w ortodoksyjnym Mea Szearim. Ale nie mogłam tam nikomu wejść w życie i zobaczyć jak mieszka, co to znaczy być ortodoksyjnym Żydem – złapałaś więc absolutnie ciekawe doświadczenie! 🙂

    • Moja mama właśnie na dniach leci do Izraela 🙂 Fakt, z perspektywy czasu traktuję to jako ciekawe doświadczenie, a o ich codziennym życiu „od kuchni” mogłabym napisać dużo więcej, ale nie jest to dla mnie najłatwiejszy temat. Może innym razem napiszę, kto wie 🙂

  • Och Wychowanie

    Super, że podzieliłaś się swoimi przeżyciami 🙂 Wyszedł z tego naprawdę fantastyczny post. Obserwujemy czasem te inne kultury, ale takie spojrzenie od wewnątrz to zupełnie inna sprawa. Dzięki i proszę o jeszcze 🙂

  • follow creativity now

    Bardzo ciekawy post. Są rzeczy, o których się dowiesz wyłącznie z takich właśnie opowieści z życia wziętych. Takie zamknięte kultury są fascynujące, absurdy z ich życia (oczywiście z naszej perspektywy), tradycje, zasady… Super, że o tym napisałaś:)

  • Maria Kulis

    Hej, bardzo ciekawy wpis! W jakim języku mówili ortodoksyjny Żydzi, u których pracowałaś? 🙂

  • Fascynująca historia, choć z mojej perspektywy też smutna – raczej na pewno nie zazdroszczę tym kobietem…

  • Sarkazm przy kawie

    Świetna opowieść. Ciekawe, czy te kobiety naprawdę akceptują swoją sytuację, czy po prostu przywykły, bo tak jest łatwiej? Chyba cieżko nam to oceniać…

    • One swoją sytuację uważają za największe szczęście i jedyną opcję do bycia spełnioną!

  • MA-SA-KRA. Chyba bym umarła wśród tylu dzieci :P. I ta dziewczyna schowana w pokoju, wielce mnie to rozbawiło. Świetna historia, no i jakie doświadczenie na przyszłość :).