Pierwsza zasada poruszania się po buszu – puść przodem kogoś innego

 

Beware of wildlife!!! Uwaga na koale i kangury – co kilka metrów krzyczą do nas znaki ostrzegawcze, co z ekscytującego szybko zrobiło się kiepskim żartem. Jaka dzika przyroda? Przejechaliśmy 400 kilometrów i udało mi się zobaczyć rozjechanego oposa.

Najlepsze rzeczy w życiu przytrafiają się przez przypadek, dlatego też Woodgate nie okazało się być wyjątkiem. Odbiliśmy spontanicznie z najdłuższej autostrady Australii A1 w stronę wybrzeża i znaleźliśmy się w miejscowości przypominającej mi Mielno lat 90-tych – długa, pusta plaża, kilka domów i jeden sklep.

Byliśmy absolutnie zachwyceni.

W sklepie połączonym z kawiarnią i pizzerią Pani ekspedientka usłyszawszy mój akcent od razu chciała wiedzieć wszystko, a ja jedyne co chciałam to napić się kawy. Zaczęła się lawina pytań – co tu robimy, skąd przyjechaliśmy, co myślimy o Australii, dokąd jedziemy dalej, gdzie się urodziliśmy, co już widzieliśmy, gdzie mieszkamy i dlaczego już nie mieszkamy w Australii. Byliśmy dla niej tak samo egzotyczni jak i ona dla nas. Streściłam jej 28 lat mojego życia w 30 sekund i zamówiłam dwie kawy.

– Would your like your coffee strong? (Lubicie mocną kawę?)
– Absolutely! (Oczywiście!)

Mocna kawa… zaczynałam lubić to miejsce coraz bardziej. Miała dużo pytań do nas, ale też chętnie mówiła o sobie. Mieszkała 5 lat w Mozambiku zwiedzając inne kraje afrykańskie i miejsca na całym świecie jakie mi się w życiu nie śniły. Mieszkając w Polsce myślałam, że podróżuje garstka ludzi, teraz myślę, że podróżują wszyscy. Prawda jest pewnie gdzieś pośrodku.

Następnego dnia weszliśmy o 7 rano w busz. Wczesne godziny poranne to jedyne, kiedy można normalnie funkcjonować w tropikalnym stanie Queensland w Australii. Termometr już wskazuje 31 °C!!! Zaczęłam liczyć ugryzienia komarów na nogach i jak na razie jest ich około stu. Weszliśmy w las z zamiarem przejścia 5 kilometrów i moim największym zmartwieniem było to, że komary zeżrą mnie żywcem dopóki naszej śnieżki nie zagrodził wąż.

Szłam przodem wbrew najważniejszej zasadzie poruszania się po buszu – znajdź jakiegoś frajera i daj mu prowadzić. Mój mąż mnie za to nie lubi, ale tyle razy udowodnił, że nie patrzy pod nogi, że puszczenie go przodem przez australijski busz to jak skazanie nas na pewną śmierć. Może być dla mnie jedyną osobą, którą chcę mieć zawsze obok siebie, może być dla mnie kimś, dla kogo podpalę świat jeśli będzie taka potrzeba, a moje uczucia do niego mogą być głębokie jak Jezioro Bajkał, nie ma znaczenia. Nie dam mu prowadzić.

Nie noszę okularów, mam dobry wzrok i patrzyłam pod nogi. Wąż wyglądał jak gałąź, był brązowo-zielony, częściowo schowany pod liśćmi i nadal zobaczyłam go w momencie stawiania kroku tuż nad nim (podobnie mówi się o spotkaniach z krokodylem – kiedy go zobaczysz, to już jest raczej za późno 🙂 To byłby książkowy przypadek ukąszenia – węże nie czyhają w krzakach tylko na to, żeby nas zabić. Atakują bo czują się zagrożone jak wchodzimy na ich teren). Miałam zamiar po powrocie spróbować wyszukać węże żyjące na tym terenie i po wyglądzie dojść do tego którego spotkaliśmy, ale okazało się, że wspominając z moim mężem detale jego wyglądu nie pierwszy raz miałam wrażenie, że byliśmy na zupełnie innych wakacjach.

Nie było pisków, krzyków, histerii, nie padło nawet żadne o kurwa! Cofnęłam nogę a wąż ani drgnął. Zrobiliśmy 1, 2, 3 powolne kroki w tył, a on nadal leżał nieruchomo. Okej, serio teraz Twój ruch, bo my stoimy jak sparaliżowani!!!

Odpełzał w krzaki.

Uff jaka ulga!!! Odpełzał w krzaki! Widziałeś jak był blisko? Ten wąż był tuż przy mojej nodze!

Staliśmy tam jak te dwa durnie uśmiechnięci od ucha do ucha łapiąc oddech o 7:20 rano.

Uff, jaka ulga.

Uff, jaka ulga.

Uff, jaka ulga.

Obojętnie jak twierdzisz, że jesteś odważny, jeśli nie jesteś przyrodnikiem, lub fanatykiem z kamerą, to nie chcesz mieć takiego spotkania w Australii!!! 

Dobra, chodź, czas na nas. Idziemy dalej.

.