Krótki traktat o miłości, czyli czego naprawdę pragną kobiety

 

Polecieliśmy na wakacje do Wellington, żeby spędzić Wielkanoc poznając nowe miasto. Myśleliśmy, że kupiliśmy bilety do stolicy Nowej Zelandii, a zostaliśmy wyrolowani, bo wylądowaliśmy w miasteczku z populacją mniejszą od Szczecina. Jak w tym kawale australijskiego pilota – „To get local time turn the clocks backward 3 hours and your calendar to 1985. Welcome to New Zealand” – żeby mieć lokalny czas proszę cofnąć zegarki o trzy godziny a kalendarz do roku 1985. Witamy w Nowej Zelandii. 


I co ja mogę na to poradzić, że Nowa Zelandia jest tak uroczo zacofana? W markecie robiąc zakupy nakładam pomidory w rytmie Britney Spears i Back Street Boys, dzięki czemu na zawsze mogę pozostać jedenastolatką. Chociaż słyszeliśmy z telewizora sąsiadów, że coś takiego jak szybki Internet gdzieś na świecie już istnieje, to jeszcze żaden Nowozelandczyk nie miał przyjemności go przetestować. Dorośli chodzą boso, dzieciaki biegają boso. Buty usztywniające kostkę dla dzieci? Jezu, to by dopiero było wydarzenie! Prawie takie samo jak wtedy, kiedy Madonna dała tu pierwszy raz w życiu koncert w 2016 roku. To jednak ktoś wie o istnieniu tego kraju?

Nawet facebook tu nie dotarł!

 

Mieszkańcy Auckland, miasta wielkości Warszawy, są na etapie, że chyba jednak trzeba zacząć używać kierunkowskaz, a największa  ekscytacja ostatnich miesięcy to pomysł zakazu robienia zakupów w piżamie. Ludzie są wściekli, pytają – to co mam ubrać? Uwaga, tutejsza moda  jest zaraźliwa – brat męża po dwóch tygodniach u nas poszedł w ślady lokalnych.

Polecieliśmy na wakacje do Wellington, żeby robić to, co wszyscy dorośli lubią najbardziej – spać i jeść, a jak już się wyspaliśmy i najedliśmy to postanowiliśmy to powtórzyć. Było wszystko o czym marzą kobiety – były bajgle z fetą, awokado i pomidorami, były chińskie naleśniki, była pieczona dynia, było pad thai z warzywami i krewetkami oraz meksykańskie fajitas. Poszliśmy też do japońskiego baru, gdzie talerzyki jeżdżą na taśmie dookoła długiego stołu. Jest 5 kolorów talerzy i każdy ma inną cenę (pod koniec zabierasz talerzyki do kasy gdzie je liczą).

Boże pozwól, żeby wspomnienia tamtych chwil zostały ze mną na zawsze.

Patrzyłam jak zahipnotyzowana kiedy tyle żarcia jeździło dookoła mnie i wystarczyło po nie sięgnąć. Ostatni raz byłam taka szczęśliwa jak Andrzej w któryś piątkowy wieczór przyniósł mi do łóżka dwa tajskie makarony z krewetkami, pikantną bazylią i czosnkiem. On to dopiero wie jak zadowolić kobietę!

Było też kilka kawiarni i ciasteczka. Mmmmm. Kilka dni i jakieś kilkanaście knajp później rozmawialiśmy o moim wyjeździe na Fidżi i on zapytał:

I co planujesz robić sama na Fidżi?

Znamy się 7 lat, jesteśmy 4 lata po ślubie. „Kocham Cię” znaczy dla ludzi coraz mniej, miłość jest taka ulotna, poza tym ile osób stąpa po świecie tyle istnieje jej definicji, ale co ważniejsze moim zdaniem, lubimy się bardzo. Lubimy ze sobą mówić, tak samo jak lubimy ze sobą milczeć. Pomyślałam, że to już może jest dobry czas, żeby się przed nim tak totalnie otworzyć, opowiedzieć o moich priorytetach, ambicjach, zapatrywaniach, najskrytszych fantazjach, planach i marzeniach, tak żeby wiedział, co się dla mnie liczy w życiu (chociaż powinien już się domyślać, skoro zdjęcie muffinów jagodowych, które jedliśmy w Taupo w 2016 roku zdobiły później tło naszego laptopa przez pół roku aż zostało zastąpione przez sushi, a „nie dziękuję, nie jestem głodna” mogłoby być moim corocznym najlepszym żartem primaaprilisowym).

To samo co robiłam sama na Tonga skarbie, będę jeść.

A on na to śmiertelnie poważnie:

Jeszcze więcej?

Czego naprawdę pragną kobiety.

 

 

  • Pięknie napisane 🙂 No bo w miłości trzeba też być trochę przyjaciółmi 🙂 Pozdrawiam 🙂

  • Mam lekkie opory na myśl o takim beztroskim kosztowaniu nowych potraw, ale z drugiej strony bardzo bym chciała mieć taką możliwość i to jeszcze w takich okolicznościach przyrody… Może kiedyś się uda 🙂 pozdrawiam

    http://matkowac-nie-zwariowac.blogspot.com/

    • Nowych pewnie też bym nie chciała próbować w takich ilościach, ale 99% z tych potraw jadłam w krajach ich pochodzenia, więc zero oporów, tylko zabawa 😉

  • Justpoint Ofview

    Swietnie napisane 🙂

  • Prawdziwa miłość zaakceptuje wszystko :). Fajny wpis, chciałabym odwiedzić Antypody, ale tak się boję latać, że chyba nici z moich planów.

  • Też lubię jeść 😀 – szczególnie w podróży – nigdy nie wiadomo na co się trafi i to jest najbardziej fascynujące!

  • Agnieszka Lewandowska

    Bierz z życia jak najwięcej 🙂 podzielam twoją pasję podróżowania! Pozdrawiam Aga!

  • Piekna opowiesc 😉 Lubie czytac posty z polotem, masz sietna reke 🙂

  • Nie przeczytałem.

  • Nowa Zelandia jest moim marzeniem – mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się je spełnić!
    Póki co mogę się jednak pochwalić, że przez kilka miesięcy mieszkałam w „innym” Wellington – małym miasteczku w zachodniej części Anglii 🙂

  • Magdalena Tomczak

    Czasem chciałoby się tak uciec do takiego spokojnego, niedzisiejszego miejsca 🙂 Pewnie są szczęśliwsi bez tego szybkiego internetu 😉 Fajnie napisane 🙂