Hakuna malaria, hakuna matata

Mombasa, drugie, co do wielkości miasto zaraz po Nairobi nie robi na mnie piorunującego wrażenia

 

Co roku Kenia jest odwiedzana przez miliony turystów, ale do domu wraca tylko połowa z nich. Nie, głupi żart, tak tylko sprawdzam czujność.

Jestem w Kenii krótko, a wydaje mi się, że wszyscy wiedzą skąd pochodzę i gdzie mieszkam. Krępują mnie ich przenikliwe obserwacje. Na ulicach Mombasy widać dużo ciężarnych kobiet i jeszcze więcej żebraków, dzieci jak również dorosłych. W przeciwieństwie do mężczyzn, kobiety wydają się niedostępne i zamknięte na turystów, rzadko kiedy się witają lub chociaż uśmiechają. Nie czując sympatii z ich strony też nie wykonuję żadnych gestów, nic na siłę.

Mombasa, drugie, co do wielkości miasto zaraz po Nairobi nie robi na mnie piorunującego wrażenia. Czuje się przytłoczona, czasami zniesmaczona cmokaniem i natrętnym zachowaniem. Za każdym razem, gdy na ulicy robi się korek, kierowca każe szybko zamknąć wszystkie okna.

 

 

 

Któregoś razu na plaży podszedł do mnie przyzwoicie wyglądający młody człowiek i bardzo grzecznie zapytał, czy oddałabym mu klapki, bo chciałby mieć buty.

Te klapki? Moje zużyte laczki?

 

Podobną sytuację miałam rok wcześniej w Indiach. Klapki, butelkę wody, owoce, bierzcie ludzie, niech Wam służy. Numer buta czy żeński fason klapek nie miał znaczenia. Przypomniał mi się wtedy widok szafki z butami w moim rodzinnym domu, gdzie od lat leżą upchnięte buty, klapki i wszystko czego dusza zapragnie. Podobno czego nie założysz rok nie założysz już nigdy… ale chyba tylko w Europie.

Hakuna malaria, hakuna matata!

 

nie ma malarii, nie ma problemu!, wita się z nami kierowca o 2:15 w nocy. Fajny, uśmiechnięty gość. Trochę humoru, ludzie i tak wszyscy kiedyś umrzemy.

Mamy ruszać na 2-dniowe safari do najstarszych Parków Narodowych w Kenii, Tsavo wschodniego i Tsavo zachodniego. Przed drogą dostajemy symboliczne śniadanie w hotelu, ale jak dla mnie to trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby móc jeść o takiej godzinie.

Jest luty, panuje pora sucha, co oznacza, że szansa na zachorowanie na dawną febrę jest znikoma

 

Wektorem malarii są samice komarów z rodzaju Anopheles, a rocznie umiera na nią 1-3 mln ludzi (głównie dzieci z Czarnej Afryki poniżej piątego roku życia).

Po kilku godzinach pierwsze promienie skradają się nad horyzontem, aż w końcu całą sawannę rozświetla słońce. Mijamy stada słoni czerwonych, od czasu do czasu drogę przecinają nam żyrafy. Piękno kenijskiej sawanny jest absolutnie urzekające. Nie licząc wczesnych godzin porannych żar leje się z nieba, a równiny ciągną się przez dziesiątki kilometrów.

Przez kilka godzin siedząc blisko kierowcy mimowolnie słucham jego rozmów w suahili przez krótkofalówkę. Regularnie powtarzały się słowa „bara bara”, a we mnie budziła się coraz większa ciekawość. Wbrew pozorom śmiechów chichów i zawsze jakiegoś męskiego towarzystwa jestem nieśmiałą osobą. W zeszłym roku 6 miesięcy zajęło mi, żeby zagadać do sąsiadki z Indii, aktualnie pracuję nad odezwaniem się do pewnej Filipinki.

Oni nadal powtarzają „bara bara”, a ja nie wytrzymam jak się nie zapytam. Mijają długie godziny i końcu zbieram się na odwagę i pytam tych dwóch wielkich czarnych facetów co to oznacza po angielsku, a w odpowiedzi słyszę „road” (droga).

Yhym. Kierowcy musieli się wymieniać informacjami na temat stanu dróg. Zaintrygowany przewodnik pyta co oznacza „bara bara” w języku polskim, więc odpowiadam „having sex” (uprawiać seks), a oni wyją ze śmiechu jeden przez drugiego jakby mieli po 12 lat!

Lubię języki, jestem po dwóch filologiach, ciekawią mnie różne słowa. Po chwili pytam co oznacza „pombe kali”, które też gdzieś usłyszałam, a oni znowu zaczynają się strasznie śmiać. Wreszcie pomiędzy salwami śmiechu udaje mi się usłyszeć odpowiedź „drink alcohol” (pić alkohol).

Obydwaj przewodnicy natychmiast zgodnie stwierdzili, że ich „pombe kali” nie dotyczy, więc odpowiedziałam, że tak tak, ja wiem o co chodzi, bo mnie „bara bara” też nie dotyczy i przez dalszą drogę śmialiśmy się do łez.