Jestem miłą osobą dopóki ktoś mnie nie wkurwi

 

Dużą rysą na naszym idealnym planie emigracji do Australii był fakt, że mój mąż nie znał języka, a jeszcze większą to, że miał inne wyobrażenia na temat tempa nauki. Przygotowania trwały pół roku, w między czasie wzięliśmy ślub. Lecieliśmy do Melbourne na wizach studenckich, ale, że nie mieliśmy pieniędzy na studia językowe w Australii dla dwóch osób to decyzja była prosta – lecę doczepiona do wizy jako małżonka.

Jestem po dwóch filologiach. Moje nadzieje były takie, że jeszcze przed wyjazdem on skończy 3-miesięczny kurs językowy w Szczecinie, żeby mieć łatwiejszy start i mniejszy szok kulturowy, a jego plany były takie, że będąc już na miejscu w kraju otoczony Australijczykami szybko zacznie mówić.

W weekendy zaczęliśmy tłumaczyć teksty ulubionych piosenek, bo to był sposób, który mi bardzo pomógł w dzieciństwie,  ale szybko przestaliśmy, bo on nic nie rozumie, to w ogóle nie działa, on nie lubi muzyki a najlepiej uczy się będąc pod presją i najskuteczniejsza metoda to wrzucić go na głęboką wodę. Był przy tym taki przekonujący, że po paru miesiącach aż zaczęłam myśleć  – może faktycznie? 12 grudnia przyjadą chochliki do Melbourne, zrobią czary mary i on będzie mówił po angielsku.

Nadal jednak trochę naciskałam, więc przygotowywaliśmy notatki, a w nich tłumaczyliśmy podstawowe czasowniki – „być”, „umieć”, „lubić”, „mieć”, „widzieć”, „rozumieć”, „pracować” i kilka zdań:

My name is Andrew.
I come from Poland.
I am 25 years old.
I am a student.
I look for a part-time job.

Notatki nie doczekały się zaszczytu, musiałam odpuścić i liczyć na to, że facet z ilorazem inteligencji, które uzyskuje górne 1% populacji
musi wiedzieć co robi.

Na miesiąc przed wyjazdem zaczął mówić, że nauczy się angielskiego w samolocie, czym rozbawiał moją rodzinę do łez. Mnie nie. Mnie tylko wkurwiał. Słowo się rzekło, także po miesiącach dyskusji i tłumaczenia sobie różnicy między inteligencją a arogancją pożegnaliśmy się z Polską i do samolotu we Wrocławiu wchodziliśmy ze słynnymi notatkami pod pachą, ale on powiedział, że nawet nie zaczyna, bo to jest za krótki lot. Gdy wchodziliśmy na pokład Boeinga 737 w Monachium powiedział, że zaplanował zostawić naukę na ostatni samolot.  W ostatnim samolocie oznajmił, że notatki są w bagażu podręcznym i przecież nie będzie teraz robił zamieszania, żeby je odszukać w konsekwencji czego od Ho Chi Minh w Wietnamie przestaliśmy ze sobą rozmawiać.

Wylądowaliśmy w Melbourne. Celnik pyta: Where will you be studying? (Gdzie będziesz studiował?) i patrzy na Andrzeja, Andrzej patrzy na mnie, odpowiadam na pytanie i puszczają nas dalej.

Tak to wszystko pięknie wyglądało w sklepach, w urzędach, na ulicy, na uczelni. Przed jego podpisaniem „rozumiem i akceptuję” w momencie wynajmu mieszkania jechaliśmy punkt po punkcie 18 stronicowej umowy. Powtórka w banku na deser.


Mijały tygodnie, mój mąż umiał już zaśpiewać alfabet i powiedzieć jak ma na imię. Wynajęliśmy mieszkanie, zaczepiliśmy się w dorywczej pracy w restauracjach (on włoskiej ja chińskiej), wszystko szło w miarę zgrabnie poza tym, że on nic nie rozumiał. Pod tym względem nie nastąpił oczekiwany cud, nie przyszły chochliki. Próbowaliśmy nie rozmawiać po polsku, czytaliśmy książeczki dla dzieci oraz krótkie artykuły w prasie, oglądaliśmy telewizję:

O czym jest ten program?
Ty to wszystko rozumiesz?
Co oni mówią?

Ponalepialiśmy tłumaczenia na wszystkich przedmiotach w domu, także przez pierwszy rok jak zawiał wiatr wszędzie walały się karteczki „bed” (łóżko), „frying pan” (patelnia), „window” (okno), „wall” (ściana) i tak dalej.

Moja cierpliwość już w Polsce była nadwyrężona. Po tygodniu pobytu w Melbourne robiliśmy większe zakupy w markecie, byliśmy na świeżo po otwarciu konta w banku gdzie przelaliśmy całą gotówkę, by od teraz płacić kartą. Karta została odrzucona, bo nie wiedzieliśmy, że przed pierwszym jej użyciem należy zadzwonić na infolinię w celu aktywacji. Morze naszych zakupów czekało, kasjerka zapytała co teraz robimy, za nami zaczęła się tworzyć kolejka. Żeby to szybko załatwić Andrzej wykręcił numer z ulotki bankowej i próbował dać mi telefon, ale to był kiepski pomysł.

Nawet o tym nie myśl. Chciałeś być wrzucony od razu na głęboką wodę, good luck & enjoy.


Chwilę to zajęło, to fakt. Teraz już tylko wyrywkowo pamiętam tamtego Andrzeja nie mówiącego po angielsku. Nie wiem jak, bo umiejąc liczyć może do dziesięciu, ale aktywował wtedy tamtą kartę.

3,5 roku temu wstydził się ćwiczyć przy mnie alfabet, zaczynał naukę języka od śpiewania piosenek z migrantami i uchodźcami w Australii, a niedawno przyniósł do domu certyfikat po zdanym egzaminie państwowym z obowiązujących przepisów prawa geodezyjnego i kartograficznego w Nowej Zelandii. Najinteligentniejsza osoba jaką znam, żywy dowód na to, że chcieć to móc.

  • Dziwię się, że przy takim układzie wyjechała z nim do Australii:)

  • O rety, no nie było z nim nudno 😀 Ale super, że w końcu wziął się do roboty i przezwyciężył obawy 🙂

  • Haha, super, że mu się udało 😀 Ale niezwykle rozbawiło mnie to, że ‚umiał śpiewać alfabet’ 😀

  • Ale jak on się uchował bez śladowej chociaż znajomości angielskiego ze szkoły???

  • niezłe 🙂 Brawo za odwagę 🙂 I super – że wszystko dobrze się skończyło

  • Boże, gratuluję Ci wyrozumiałości i cierpliwości 😀 Znając mnie, to nie przestałabym się do niego odzywać, tylko wrzuciła go do luku bagażowego 😀 Ale fakt, pobyt w kraju, gdzie nie ma wyjścia, musisz gadać, prędzej, czy później gadać zaczniesz 🙂

  • Natalia Front

    Znam ten ból. 🙂 Mój kochany Pan Mąż w Anglii świetnie się porozumiewał we wszystkich sklepach…, w których pracowali Polacy. Może w końcu uda mu się przeskoczyć barierę, ale na razie ma super tłumacza. 😀

  • A już się bałam, że on nie ogarnie tego języka! Naprawdę fajnie piszesz, wciągnęłam się 🙂 Ciekawa jestem jak udało mu się aktywować te kartę, ale pewnie to pozostanie jego słodką tajemnicą 😉

  • Przyznam szczerze, rozbawił mnie ten post! 🙂 Brawa dla Ciebie za cierpliwość, dla małżonka za aktywowanie karty i oczywiście certyfikat! 🙂
    Swoją drogą, ja w USA „douczałam” się języka oglądając telewizję. 😉

  • Wow, niezła historia! Faktycznie trzeba było rzucić na głęboką wodę, ja nie wiem czy bym się odważyła 😀 może zrobię tak z moim na wakacjach- on z kolei rozumie wszystko, ale nie chce mówić po angielsku 🙂

  • August Ciechociński

    Jak pierwszy raz jechałem na dłużej na Wyspy Brytyjskiej znałem język, ale mimo to czułem się niepewnie z tego powodu, że wcześniej praktycznie ogóle nie rozmawiałem z ludźmi po angielsku. Jestem po wrażeniem zimnokrwistości, opanowania i wyluzowania twojego męża. Gdybym miał zamieszkać np. we Francji to bym się trochę poduczył.

  • Podziwiam trochę odwagę, by pojechać do kraju bez kompletnej znajomości języka. A może to nie była odwaga, a ignorancja? W sumie nie mnie to oceniać. Ważne, że ostatecznie język jakoś przyswoił i już nie musisz robić za jego tłumacza.

  • Czarna Skrzynka

    Takie historie są najlepsze! Bo takie jest życie 🙂 Not a boring one! 🙂

  • Ama Ndra

    No i pozytywnie ! :))) już Cię lubię .

  • No niezła historia, musze przyznać 🙂

  • Początkowo zaczęłam się bać, że ta historia dobrze się nie skończy, ale na szczęście podsumowanie natchnęło mnie wielkim optymizmem. Podziwiam męża za samozaparcie i chęć działania. Ja również preferowałabym rzucenie się na głęboką wodę, chociaż pewnie trochę podstaw starałabym się opanować na miejscu.

    PS. Rozbawił mnie fragment o tym, że przestaliście rozmawiać, haha :))

    Świetna historia!

    • Ta historia musiała się dobrze skończyć, bo na tej stronie nie ma miejsca na pesymizm i zrzędzenie. Odnośnie nie rozmawiania ze sobą jeden szczegół pominęłam – było dużo pustych miejsc, więc nawet nie siedzieliśmy w samolocie obok siebie 😉

      • Śmieję się jeszcze głośniej – widzę te sceny oczami wyobraźni :))
        Oficjalnie zostaję Waszą fanką i będę śledzić Wasze poczynania.

  • Alem się zdenerwowała. Myślałam już, że skończy się źle. I się bałam. A tu taka miła niespodzianka!
    Świetnie!
    O.

  • Bo trzeba chcieć zrobić ten krok do przodu, zamiast stać w miejscu. 😉

  • Najtrudniejszy jest pierwszy krok. Ale liczą się chęci i robienie czegoś w kierunku poprawy. Świetna grafika z czarnym kotem, idealnie pasuje w klimat tekstu :).

  • Najgorzej jest się chyba przemóc, odważyć się zacząć rozmawiać w obcym języku, bez względu na popełniane błędy, w końcu wtedy tylko się uczymy, kiedy ćwiczymy. 🙂
    Bookendorfina

  • Oj tak, ja też uchodzę za milutką. Nie potwierdzają tego tylko osoby, które na odcisk mi nastąpiły!

  • Najtrudniejszy pierwszy krok, po nim łątwo zrobisz sto… 🙂