Jeden dzień, dwa wschody słońca

Ostatnie 24 godziny przed wyjazdem to chaos. Co jeszcze zabrać? O czym zapomniałam tym razem – prawo jazdy, buty, mózg? Spakowałam nas wieczór wcześniej, tak żeby rano już tylko wypić kawę i móc ruszać. Wstaliśmy z cieplutkiego łóżka i wyszliśmy na czarną noc.

Dzisiaj spełniłam namiastkę marzenia, żeby przeżyć coś podwójnie, na przykład, żeby spędzić Sylwestra na Antypodach, a później wsiąść w samolot i spędzić go gdzieś ponownie – mogą być Hawaje, bo to najbliżej Nowej Zelandii. Różnica czasu wynosi 22 godziny, a lot zająłby zaledwie 15 godzin, więc byłby jeszcze mały zapas. Brzmi jak dobra zabawa, ale odłożyłam ten plan na za kilka lat – bezwizowy wjazd do USA z paszportem nowozelandzkim brzmi jeszcze lepiej, poza tym na dzień dzisiejszy mój mąż zablokował tę imprezę mówiąc, że jego noga nie postanie w USA dopóki króluje tam Trump.

Nasza przygoda w Sydney zaczęła się od tego, że przydzielono mi miejsce w samolocie obok najgrubszego człowieka Nowej Zelandii. Taki żarcik od losu, jedna waży tyle co dorodny indyk, druga waży tyle co kilka pokoleń dorodnych indyków, posadźmy je obok siebie. Po kwadransie sapania i kilku przymiarkach uwieńczonych głośnym dyszeniem jak zapaśnik sumo kobieta w końcu opadła na fotel, słowo  daję, aż zatrzęsła się ziemia, a samolot przechylił się w jedną stronę. Później, żeby było śmieszniej zamówiła diet coke mówiąc mi, że jest na diecie.

Samolot wystartował, w międzyczasie wzeszło słońce. Przysunęłam się bliżej męża, a on popatrzył na mnie taki smuty:

Przykro mi skarbie. Możesz oddychać?

Zrobiło się szaro i ponuro. Gdzieś po godzinie, kiedy przelatywaliśmy nad Morzem Tasmana było już całkowicie ciemno. Startując w Auckland było jasno, co się dzieje? Gdzie jest słońce? Okazało się, że lecąc w stronę Sydney wchodziliśmy w strefę czasową nocy i 700 km na godzinę wystarczyło, żebyśmy uciekli przed dniem.

Godzinę później na horyzoncie znowu pojawiło się nasze główne źródło energii. Jeden dzień, dwa wschody słońca.

Jeden dzień, dwa wschody słońca

 

Z rozczulania się nad pięknem tego świata i tym samym nastroju melancholijno – ckliwego wyrwało mnie lądowanie w Sydney i komunikat pilota. Jedna osoba na pokładzie źle się czuje, każdy ma pozostać na swoim miejscu dopóki Straż Graniczna Australii nie przeprowadzi dezynfekcji samolotu. Ledwo oddychałam od 3 godzin i 15 minut marząc, żeby już wyjść na zewnątrz, a to wszystko zapowiadało się, jakby miało zająć wieczność.

Kwadrans później na pokład weszli Biosecurity Control – specjaliści do spraw bezpieczeństwa biologicznego.

Ciekawi mnie tylko jedno – czy wakacje innych ludzi też tak wyglądają?

 

 

  • Globfoterka

    Jeden dzień, dwa wschody słońca – szczęściarze!

  • Coś cudownego! Jeden dzień i dwa wschody słońca – to musi być niesamowite przeżycie!

  • Brzmi fantastycznie! Jeden dzień a dwa wschody słońca. To musiało być coś 🙂

  • Natalia Szcześniak

    Miejsce trafiło Ci się pechowe, ja w takich momentach cieszę się, że sama jestem szczupła, więc jest miejsce dla dwóch osób 😉 Ta sztuczka z wleceniem w noc żeby potem mógł się zacząć dzień, świetna! Startowaliście tuż przed świtem?

    • Startowaliśmy już po wschodzie słońca w Nowej Zelandii, a w drodze do Australii zgubiliśmy 3 godziny i wlecieliśmy w strefę czasową nocy na końcu której wzeszło słońce, dlatego – jeden dzień, 2 wschody słońca.

  • Nam czasem przytrafiają się bardzo różne rzeczy;)

  • A to Ci dopiero! Trzeba było znowu wsiąść w samolot i polecieć gdzieś dalej, żeby przeżyć trzeci wschód słońca tego samego dnia! 😀