Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia

 

Czas mi przelatuje przez palce, zanim się obejrzę mijają już kolejne dni, tygodnie, miesiące. Wczoraj obudziłam się w nocy spoglądając na zegarek i krzyknęłam do męża już 2:30 w nocy! Szczęśliwego Nowego Roku!!!, a dziś patrzę w kalendarz i już jest pół roku później.

To jedenasty raz, kiedy wsiadam do samolotu w tym roku. Andrzej chyba ma rację mówiąc nawet mnie nie denerwuj, gdy powtarzam, że przecież od tak dawna nigdzie nie byliśmy. My już nigdzie nie wyjeżdżamy!!!, a on wkurwia się coraz bardziej. Czy tym da się znudzić? Nie. Czy tak samo mnie to ekscytuje jak wtedy, gdy latałam samolotem od święta? Tak.

Gdy wylądowaliśmy na początku czerwca w Sydney celnik oddała nasze paszporty i krzyknęła „next!” (następny), a ja zapytałam:

– Could we get arrival stamps? (Możemy dostać pieczątki wjazdowe?)

– You wanna stamps? (Chcecie pieczątki?)

Zdziwienie, lekki uśmiech. Mam już kilka pieczątek z innych miast w Australii, celnicy czasami je dają, a czasami nie, to ich widzimisię. Do Sydney w przeszłości jechaliśmy samochodem, więc ta pieczątka byłaby nową do kolekcji. Nie, poprawka, ta pieczątka jest nową to kolekcji.

Powrót z Sydney do Nowej Zelandii był dramatyczny. Po godzinie opóźnienia zaczęli wpuszczać ludzi na pokład, więc odetchnęliśmy z ulgą. 300 osób znalazło w końcu swoje miejsce i przypięło się pasami, po czym pilot oznajmił, że nie możemy wystartować z powodu gradobicia, mamy czekać na pokładzie. Po godzinie pojawia się kolejny komunikat, że na miejsce burzy przyszła mgła i zerowa widoczność, całe Sydney Airport w nocy z 7 na 8 czerwca stanęło w miejscu. Mieliśmy wylądować w Auckland o północy, ostatecznie weszliśmy do domu na ostatnich nogach o 4 rano mając wstać o 7 do pracy. To już nie są czasy studenckie, kiedy weekend zaczynał się w środy, dobrowolnie kładłam się spać nastawiając budzik na „za 20 minut”, bo mogłam żyć kilkuletnim maratonem tańca, miłości i taniego szampana. Te czasy dawno minęły, ja już jestem dwudziestodziewięcioletnim starym człowiekiem, teraz to kocyk, bo wieje, siemię lniane, bo żołądek, termofor, bo nerki. Kocham ciszę, spokój i nie wstyd mi, że regularnie śpimy po 11 godzin. Budzik zaczął piszczeć o 7 rano wyrywając nas z błogostanu, przypominając mi jak dźwięk może dobitnie wwiercać się w mózg oraz jak promienie słońca i każdy krok mogą sprawiać fizyczny ból.

Zostało mi 6 pustych kartek w paszporcie, który wygasa w 2023 roku, a to przecież szmat czasu, zważywszy, że 1-2 kartki muszę zostawić na adnotację dotyczącą stałej rezydentury w Nowej Zelandii, zostają więc 4 kartki do dyspozycji. Nie wiem co zrobię za 2 lata, kiedy zostaną zapełnione, powiedzmy, że to nie jest ból głowy na dziś, na dziś są inne plany. Za kilka godzin ląduję na Fidżi!!!

  • Ile entuzjazmu i miłości do podróżowania bije z Twoich słów! 😀

  • O kurczaki, Fidżi! Muszę częściej tu zaglądać, bo bardzo mnie ten wpis zachęcił do poznania Was bliżej

  • Z przyjemnością będę śledzić Twoje zalatane życie:) Jesteś obywatelką świata i bardzo Ci w tym do twarzy! Momentami zazdroszczę!!!

  • Aż miło było poczyta 🙂 Przeniosłam się z Tobą w te miejsca i wydarzenia.

  • Mam ten sam problem z czasem, nie ogarniam 😀 Latać chciałabym zdecydowanie jeszcze więcej! Czekam na wpisy z Fiji! Udanego!

  • Zabrzmiało jakbyś miała 79 lat, a nie 29 😛 Ale najważniejsze to żeby czuć się ze sobą dobrze, a chyba tak właśnie jest w Twoim przypadku 🙂 Udanego pobytu na Fiji!

  • A za czym Ty tak „latasz”, co gonisz i czego szukasz? 😉

  • Z podróżowania się nie wyrasta 🙂

  • Starym człowiekiem haha Wolnym i z piękną pasją !