They’re going to rob you – i tak Cie oskubią!

 

Zamówiłam kokos do picia od starszego Pana na plaży Wailoaloa w zachodnim dystrykcie największej Wyspy Viti Levu na Fidżi. Nie chciał żebym zapłaciła i poszła, zapowiadała się więc cała ceremonia z siadaniem na macie i opowiadaniem o swoim życiu. Dopiero co przyleciałam do tego kraju, więc pomyślałam, że właściwie to czemu nie?

How much do I pay?, pytam pod koniec.

1 milion dollars.

Maybe tomorrow, hom much is it today? Już byłam rozdrażniona jego zachowaniem i zła na siebie, bo trzeba było zapytać o cenę na początku.

Daj ile chcesz, ale wczoraj pewien Nowozelandczyk zapłacił mi 7$.

Mieszkam na tej plaży, jeśli mi podasz prawdziwą cenę będę przychodziła do Ciebie codziennie.

– 5$

5 dolarów fidżyjskich to 9 zł. Gdyby podał uczciwą cenę w ciągu tygodnia mojego pobytu zarobiłby dużo więcej, a tak stracił klienta. Hej, Fidżi, zastanówcie się jak traktujecie turystów, bo macie niezłą konkurencję w postaci całego świata, mogłabym teraz zachwalać Waszą kuchnie i idylliczne rafy koralowe, zamiast tego już pierwszego dnia kolega z Finlandii powiedział mi:

Whether you like it or not, they’re going to rob you. (Czy Ci się to podoba czy nie i tak Cie oskubią.)

Wsiadłam w lokalny autobus i pojechałam po raz pierwszy do centrum Nadi zwiedzić miasteczko. Na rynku podeszłam do stoiska z kokosami żeby kupić sok, ciekawe jak to się skończy tym razem, podchodzę bliżej, a Pani za ladą nie ma rąk. Na mój widok zaczęła jednak krzyczeć juice juice! juice juice!, energicznie wymachując przedramionami.

Yes please, I’d like to have one. (Tak, poproszę jeden).

Przybiegł mężczyzna z małym tasakiem i zapytał który kokos sobie życzę, a w tle znowu padło juice juice! juice juice! Podnoszę pierwszy z brzegu, a oni mówią, że no. Biorę kolejny a oni na to, że ten też nie. Pytam więc, czy może oni mogliby wybrać najlepszy, a oni mówią, że no. W końcu przebrnęliśmy naszym trzyosobowym komitetem decyzyjnym przez dylemat który kokos wybrać znajdując jeden najbardziej dorodny na który i oni przytaknęli, a w tle nie przestawało rozbrzmiewać juice juice! juice juice! Dałam Panu 2 dolary fidżyjskie, prawdziwą cenę, a on położył monetę na przedramieniu swojej kobiety która to pochyliła się nad blatem wymachując prężnie kończyną, aż w końcu moneta sturlała się do puszki z ich utargiem robiąc głośny BRZDĘK!!! Śmiech, radość i bicie braw przez zgromadzonych którzy mają ręce. Chciałam kokos, a załapałam się na sztuczki i eksplozję radości gratis. Tasak poszedł w ruch, z kokosa zaczęły odpadać łupiny na wszystkie strony, tak, żeby już nikt nie miał wątpliwości co się zaraz wydarzy ona nadal piszczała juice juice! juice juice!, aż wreszcie dostałam kokos ze słomką, a w nim pyszny sok.

Nawet jak gdzieś przepłacę, to szkoda mi na wakacjach czasu na dyskusje ze sprzedawcami, bo szczęście moje, że akurat pieniądze do mnie wracają. Wkrótce po pierwszej sytuacji na plaży znajduję 1$ i daję go bezdomnej Pani, później w autobusie znajduję kolejny, ten już zachowuję na szczęście. Tyle rzeczy ile w życiu znalazłam to się w głowie ludziom nie mieści. Złoto, perły, markowe okulary, portfele, karty płatnicze, dziesiątki aktywnych kart do komunikacji miejskiej, srebro, wszelkiej maści karty lojalnościowe i tego rodzaju duperele, gdybym na bieżąco nie sprzedawała, lub w przypadku portfeli i kart oddawała, już dawno mogłabym się rozstawić z własnym bazarkiem na pchlim targu. Najgorsze są karty płatnicze. Czasem, tak jak na przykład wczoraj, aż odwracam głowę, mówię, nie, mój Boże, tylko nie kolejny portfel, tylko nie kolejna karta. Przestałam już szukać właścicieli przez facebooka, najłatwiej jest mi oddać kartę do banku. Raz w Melbourne przeszłam samą siebie. Płaciłam za parking, wrzuciłam monety do maszyny, a tam coś się zepsuło i pieniądze zaczęły wyskakiwać jak w kasynie, deszcz srebrnych 20-centówek jak w Las Vegas, aż musiałam kombinować jakiś worek.

Ostatnio w Auckland znalazłam kota. Myślę sobie o proszę, niebiosa mnie wysłuchały, w końcu coś co by mi się akurat przydało. Zadzwoniłam pod numer z obroży i jak Pani w słuchawce usłyszała, że jej pupilek spierdolił na drugi koniec miasta to aż się za głowę złapała. 🙂

Najprzyjemniejsza jest gotówka, czasem idę na zakupy w Auckland, patrzę, och jak cudnie, bezpańskie 20$ uśmiecha się do mnie z chodnika. (Taką samą niespodziankę zrobiło mi Melbourne pierwszego dnia po przylocie do Australii w 2013 rok). Kupuję wtedy trzy reklamówki warzyw i owoców, czyli tego co głównie jemy za 15$, żeby się za bardzo nie zmęczyć idę na kawę, a w domu napełniam lodówkę jedzeniem i zostaje mi 1$ w kieszeni na szczęście. Taka magia!

Ostatniego dnia na Fidżi jadłam śniadanie, a kilku mężczyzn z obsługi hostelu poprosiło żebym zmieniła stolik, bo będą się wspinać na palmę po kokosy i głupio by było, żebym pod sam koniec zarobiła jednym w łeb. Pospiesznie zmieniłam stolik. Ja patrzę, a on z maczetą hop hop hop, nawet gdyby moje życie od tego zależało nie wiem czy wspięłabym się na tę palmę w takim tempie. Siedzę w osłupieniu, do tej pory nie umiem zrobić porządnego fikołka, takiego paralityka co jechał na trójach z W-fu pewnie do tej pory w szkołach wspominają, ledwo zdążyłam wziąć gryza, a on już jest z maczetą na czubku palmy. Kilka minut później zaczął padać deszcz kokosów, a gdy skończyli chłopak ze zdjęcia przyniósł mi jeden z kolorową słomką i powiedział – To prezent dla Ciebie, udanego ostatniego dnia na Fidżi.

Wierzę w karmę, ponieważ w przeciwieństwie do teorii istnienia różnych Bogów na nią mam namacalne dowody!