Zróżnicowane i kosmopolityczne – czyżby chodziło o Sydney?

 

Sydney nazywane jest ikoną (nie mylić ze stolicą!) Australii, tak przynajmniej przeczytacie w każdym przewodniku. Jak jest w rzeczywistości? Dla mnie Sydney to zażarty wróg Melbourne, bo miasta te od lat konkurują ze sobą we wszystkim. W Sydney zawsze jest jakaś impreza, a przynajmniej za każdym razem była, kiedy odwiedzaliśmy to miasto.  Sydney przyciąga pieniądze, ale również ich wymaga, także najlepiej przyjedź z otwartym umysłem, uśmiechem i portfelem wypchanym gotówką.

Ciekawostki:

– jest jednym z najdroższych miast na świecie do życia – średnia tygodniowego wynajmu mieszkania wynosi 520$ – nic dziwnego, że modny trend to trzydziestolatki nadal żyjące z rodzicami;

– Wjazd na Harbour Bridge Sydney jest płatny dla samochodów, bezpłatny dla ludzi – widoki warte wspinaczki!

 

– ataki rekinów należą do rzadkości – ostatni tragiczny w zatoce miasta miał miejsce w 1963 roku; największa szansa na zobaczenie rekina jest w akwarium;

– populacja Sydney rozrosła się z 1400 osób w 1788 roku do 4,029 miliona obecnie;

– najbardziej rozpoznawalnym budynkiem w mieście jest Opera – budynek powstał z ręki duńskiego architekta Jorna Utzona, który to wygrał konkurs na najlepszy projekt w 1959; Budowa trwała 14 lat. Gdyby konkurs wygrał kto inny – ciekawe jak inaczej mogłaby dziś wyglądać Opera?

 

– Sydney cechuje ogromna różnorodność kulturowa – 40% mieszkańców jest urodzona za granicą; co parę kroków słyszysz inny język, a w mieście nie ma kuchni, której nie mógłbyś spróbować. Sushi na śniadanie, fajitas na lunch, etiopska na obiad? Nie ma problemu!

Jak drogie by nie było, bierz to miasto w całości takim jakie ono jest, lub wracaj do domu. Ludzie są w stanie płacić każde pieniądze by móc nazywać Sydney swoim domem, bo przyjeżdżają i zakochują się, tak samo jak ja kiedyś zakochałam się w Melbourne. Był 2014 rok i mieszkaliśmy w Australii od pięciu tygodni. Melbourne udostępnia swoim mieszkańcom pianina. Na promenadach, deptakach, uliczkach, codziennie gdzie indziej rozstawiane są pianina z napisem „Play me, I’m yours”, na których dla przyjemności swojej tudzież przechodniów można pograć. Nie dla pieniędzy i nie za pieniądze. Był wieczór, odprowadziłam męża do pracy, kiedy usłyszałam znajome dźwięki Bohemian Rhapsody zespołu Queen. Trzech młodych chłopaków stało na zatłoczonej Elisabeth Street przy pianinie, jeden z nich grał, reszta śpiewała. Usiadłam na ławce obok, zaciekawiona i zauroczona. Po chwili zebrała się wokół nich grupka około 15 osób. Młodzi i starsi, Azjaci, Europejczycy, Australijczycy, turyści, każdy robił co potrafił. Jedni klaskali, tupali, śpiewali, tańczyli, lub rozkoszowali się chwilą tak jak ja. Wszyscy mieli szerokie uśmiechy na twarzach i wcale nie wstydzili się swojej radości. Przez 5 minut świat się zatrzymał, ponieważ grupka zupełnie przypadkowych sobie osób potrafiła wspólnie wykonać na ulicy utwór i ciesząc się tym niezmiernie. Przechodnie się śmiali i wiwatowali, oklaski i gwizdy były naprawdę okazałe. Piękna chwila szybko minęła, po czym wszyscy sobie podziękowali i rozeszli w swoją stronę, wrócili w swoje zabiegane życia w zatłoczonym, wielkim mieście. A ja tam nadal siedziałam na ławce jak oniemiała, pytając się samej siebie czy ta chwila naprawdę miała miejsce, ponieważ po kilku tygodniach będąc w Melbourne w końcu poczułam magię tego miejsca.

Nigdy nie spędziłam tak dużo czasu w Sydney, żeby móc się w nim zakochać, ale kiedyś przeczytałam jedno zdanie je opisujące – „no matter how long I live in this city, I don’t think it will ever lose its magic”, bez względu jak długo mieszkam w tym mieście wątpię, żeby kiedykolwiek straciło ono swoją magię.

Bez najmniejszego problemu jestem w stanie w to uwierzyć.