Koniec świata odnaleziony!

 

Udało się. Dopłynęliśmy na Rotoroa bez tsunami, trzęsień ziemi czy innych kataklizmów. Nie nie byliśmy pokłóceni, nie bolała nas głowa/brzuch/stopa/kolano/bark/oko/ząb. Nie zwymiotowałam na statku, za to pięknie świeciło słońce, a on zdążył mnie od rana wkurwić tylko raz. Kiedy myślałam więc, że wyczerpaliśmy już tygodniowy limit dobrych wiadomości, nadeszła ta najlepsza. Przybiliśmy do Rotoroa – z promu wysiadło 5 osób, z czego tylko my z zamiarem zostania na noc!!!

Mieliśmy dwie opcje zakwaterowania – wynająć 1 z 3 domków (630$ za noc), lub wynająć łóżko (35$ za noc). Wzięliśmy więc dwa łóżka, w końcu dzielenie się powierzchnią wspólną z obcymi ludźmi i życie w harmonii to moja specjalność.

O 17:15 zobaczyłam przez okno, że prom zabiera trójkę jednodniowych wycieczkowiczów z powrotem do Auckland, co oznaczało, że zostaliśmy na wyspie sami. Mieliśmy 18-osobowy dom dla siebie! (Zapomniałam, że następnego dnia z rana miał przypłynąć prom i w południe spacerując zaczęłam się drzeć – Andrzej człowiek!!! O Boże, ludzie!!!)

Na wyspie nie ma ani zamków, ani kluczy, a jedyne na co mieliśmy uważać to ciekawskie ptactwo lubiące wchodzić do środka.

W 1908 roku Rotoroa została zakupiona przez Armię Zbawienia, gdzie przez sto lat w izolacji leczono uzależnionych od alkoholu i narkotyków. Wyspa jest nowością w świecie turystycznym, bo można ją zwiedzać dopiero od 2011 roku. My też trafiliśmy tam przez przypadek – planowałam płynąć na Tiritiri Matangi, ale weekendowe zakwaterowanie na niej jest zarezerwowane do lutego 2018 (nie wiem skąd te dysproporcje – jedna wyspa pusta, druga obok pęka w szwach).

Na marginesie, to musi być miłość. 18 łóżek jednoosobowych do dyspozycji, a my gnietliśmy się na jednym.