W poszukiwaniu ptaszków Kiwi

 

Trzeci rok w Nowej Zelandii, a jedyne ptaszki Kiwi jakie widzieliśmy, to te w Zoo. I to ledwo. Kiwi prowadzą nocny tryb życia, co znaczy, że one są najbardziej aktywne, kiedy ja jestem najmniej. Weszliśmy do zaciemnionego pomieszczenia w Auckland Zoo, stanęliśmy przy szybie wpatrując się w krzaki, w których podobno żyją Kiwi, a tam nic. Widzisz coś? Widzisz jakieś ptaszki? Nagle zrobiło się zamieszanie i my również poddaliśmy się fali ekscytacji tłumu, bo przed oczami przebiegł nam ptaszek. To by było na tyle, całe doświadczenie z ikoną Nowej Zelandii potrwało może trzy sekundy, po czym poszliśmy dalej. Mieszkamy tu, pewnie zobaczymy je jeszcze nie raz. Ha ha ha, czyżby?

Poznałam jedną osobę, która zobaczyła ptaszka Kiwi przez przypadek, gdy spacerowała po Steward Island. Poznałam wiele, które urodziły się w Auckland 40 lat temu i nie zobaczyły żadnego (za wyjątkiem tych na monecie 1 dolara nowozelandzkiego). Byliśmy już w tylu miejscach na obu wyspach Nowej Zelandii w których żyją te słodkie futrzaki, czy spotkanie ich naprawdę jest takie trudne?

Popłynęliśmy na Wyspę Rotoroa, na której znajduje się sanktuarium ptactwa, w tym Kiwi. Część pisklaków urodzonych i odchowanych w Auckland Zoo jest transportowana właśnie tam, a maluch ze zdjęcia zostanie tam przewieziony już za kilka tygodni. 75 minut promem od Auckland i znaleźliśmy się na wyspie. Trzeba powiedzieć, że niezłe miejsce wybrały sobie do życia!

 

Strażnik leśny, Pan Andrew zaprowadził nas do domku i powiedział kilka słów o wyspie. Jeśli chcecie spotkać Kiwi, mówi nam, musielibyście wstać w środku nocy, one są najaktywniejsze między północą a 3 nad ranem. Dał nam latarkę z czerwoną nakładką mówiąc, że żółte światło je razi, będą przed nami uciekały, czerwone natomiast jest dla nich niewidoczne. Nastawiliśmy budzik na 00:30, a na jego dźwięk mój mąż wydał z siebie przeciągłe yyyyeeeeeee, ja odpadam, chyba nie dam rady.

Okej, mówię mu, w takim razie idę sama.

Chcesz iść sama do lasu o 1 w nocy?

Chcesz pójść spać i przegapić to, po co tu przyjechaliśmy?

Wstał, ale kazał sobie obiecać, że nie będziemy chodzić całą noc, a także nie obyło się bez mamrotania pod nosem, że go kiedyś wykończę.

Jeszcze nigdy nie byliśmy tak dobrze przygotowani, prawie jak Rambo. Odpowiednia godzina, odpowiednie miejsce, nakładka dzięki której my je widzimy, a one nas nie. Przed wyjazdem słuchałam odgłosów, które robią Kiwi, żeby wiedzieć czego szukać, ponieważ na wyspie pełnej ptactwa można być łatwo zdezorientowanym. Dobra nasza, że o tak abstrakcyjnej godzinie tylko Kiwi są aktywne. Tylko Kiwi i szaleńcy, którzy chcą je zobaczyć.

 

Wyszliśmy na zewnątrz, przez  pół godziny usłyszeliśmy ich nawoływanie kilka razy. Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko Kiwi na wolności!!! Z jednej strony ekscytacja, bo udało się je usłyszeć, z drugiej zawód, bo jednak nie udało się ich zobaczyć.

Przynajmniej nie tym razem. Kolejna próba na Wyspie Tiritiri Matangi, ciekawe czy i tym razem mój mąż będzie stawiał opór?