Wiadomo, że na mamę zawsze można liczyć!

 

Spotkałam się z mamą na lotnisku w Changi po 28 miesiącach rozłąki kontynuując rozmowę jakby minęło 20 minut. Nie rozumiałam czemu płakała na mój widok. 

Wsiadłyśmy w metro i ruszyłyśmy na podbój miasta – państwa, Singapuru, który jak dotąd znałam tylko ze zdjęć. Nie zrobił na nas najlepszego pierwszego wrażenia, ale czy to ważne, skoro byłyśmy znowu razem mogąc rozmawiać twarzą w twarz, kiedy na co dzień jesteśmy oddzielone Oceanem Indyjskim i kiepskim nowozelandzkim internetem? W trzy tygodnie przejechałyśmy trzy kraje – Singapur, Malezję i Indonezję ciesząc się na widok każdej nowej pieczątki w paszporcie, próbując przy okazji nadrobić stracony czas.

Co nas spotkało?

 

Mieszkając na Wyspie Langkawi nie miałyśmy dostępu do plaży, ale to nic, nie ma problemu, bo udało nam się znaleźć drogę do morza przez „obcy” hotel, a jego  obsługa przez kilka dni tego nie zauważyła.

 

Moja mama, największy niejadek jakiego znam z powodu nieporozumienia z Panek Pakistańczykiem zamówiła tę ucztę tylko dla siebie zapewniając nam pretekst do śmiechu na kilka dni.

 

 

Dzieliłyśmy metro z kaczką!

 

 

Langkawi Sky Bridge

 

Na moście Sky Bridge na Wyspie Langkawi zobaczyłyśmy zamieszanie. Odświętnie ubrany Pan z kwiatami, balonami, pierścionkiem zaręczynowym i rodziną reporterów zmierzał w kierunku swojej dziewczyny, której koleżanki najwidoczniej wywiązały się z zadania by ją tam przyprowadzić o ustalonej porze. Nie znam malajskiego, ale wiem jedno. She said yes 🙂

 

Miałyśmy nosa do zauważania polskich banknotów!

 

 

Niespodziewany lunch z pilotami Air Tiger

 

Godzinę po dopłynięciu z Singapuru do Indonezji trafiłyśmy na lokalną imprezę pożegnalną przyszłej żony jednego z pilotów Air Tiger. Zjadłyśmy co dali, a reszta popołudnia upłynęła na pozowaniu do zdjęć.

 

Petronas Towers

 

Wreszcie musiałyśmy pytać o drogę, bo najwidoczniej brak orientacji jest u nas rodzinny. Będąc w centrum Kuala Lumpur nie mogłyśmy znaleźć Wież Petronas. To tylko para dwóch najwyższych wież na świecie, można nie zauważyć.

 

 

Trzy tygodnie minęły jak jeden dzień i właściwie nie myślałam o rozstaniu aż do jego momentu. Odprowadziłam ją na przystanek autobusowy i całe szczęście nie trzeba było czekać zbyt długo na autobus do Singapuru. Jeden papieros, markotne humory i wsadzenie plecaka do luku bagażowego. Przytulając się po raz ostatni nie patrzyłyśmy sobie w oczy, bo już obie byłyśmy zalane łzami. Do zobaczenia następnym razem, za rok, może dwa? Autobus jak na złość stanął po kilku metrach na czerwonym świetle przedłużając tylko tę agonię, więc ja również postałam tam chwilę dłużej tłumiąc w sobie wodospad jakby właśnie wyrwano mi serce. Nie wiedziałam, że można tak płakać. Następnego dnia ona wsiadła w samolot do Berlina, ja już tego samego dnia leciałam do Auckland.

Mama ruszyła do Singapuru, mój mąż był w naszym domu w w Nowej Zelandii, a resztą rodziny znajdowała się w Polsce. W ten sposób zostałam sama w Malezji.

Dotarłam do hotelu i w końcu pustego pokoju, który jeszcze przed chwilą wspólnie dzieliłyśmy. Przed wymeldowaniem się otworzyłam szufladę chcąc sprawdzić, czy nic tam nie zostawiłam, a z niej wypadły dwie rupie nepalskie. Wysłałam wiadomość – To znak. Następnym razem widzimy się w Nepalu?

Nosząc od tamtej pory rupię nepalską w portfelu na szczęście, dziś dostałam cynk, że kupiła bilety do Nepalu w tym samym czasie, kiedy my tam będziemy, także Dzień Mamy w tym roku obchodzimy wspólnie w Kathmandu. Wiadomo, że na mamę zawsze można liczyć!