Zwiedzanie okolic Auckland – Wyspa Motuihe

 

Na nowozelandzką Wyspę Motuihe przypłynęłam oficjalnie po to, żeby ćwiczyć kondycję fizyczną przez trekkingiem po Himalajach, który robimy w przyszłym miesiącu, a mniej oficjalnie również dlatego, żeby uciec przed Auckland. Półtora milionowe miasto to czasem o półtora miliona ludzi za dużo. W czasie rejsu zatrzymaliśmy się na chwilę w jednej z zatok w Devonport, gdzie rybacy karmili płaszczki. Nie było nawet 9 rano, a płaszczki pływały tuż pode mną, śmiała mi się gęba. Mieszkam w raju!!! Ty lepiej daj sobie już spokój z tymi wycieczkami i zajmij się prawdziwym życiem, usłyszałam kilka lat temu jeszcze będąc w Polsce, co do tej pory jest najgorszą radą jaką kiedykolwiek dostałam, ale całe szczęście obyło się bez tłumaczenia jak to prawdziwe życie powinno wyglądać! Przecież nic innego nie daje takiego kopa endorfin mojemu organizmowi jak zwiedzanie świata, nic tak nie poszerza horyzontów i nie pomaga budować dystansu do trywialnych problemów dnia codziennego jak właśnie podróże. Mogę wrócić do głośnego, zatłoczonego Auckland cudownie zmęczona, choć na chwilę nasycona widokami, szczęśliwa, że mam szansę mieszkać w Nowej Zelandii.

Wyspa Motuihe

 

Jest maleńką, niezamieszkałą wyspą na którą promy kursują tylko w dwie niedziele w miesiącu, dlatego spodziewałam się dzikiego tłumu ludzi. Byłam w błędzie! Jest to również najbliżej położona Auckland wyspa, na której żyją kiwi w środowisku naturalnym. Mają rację, gdybym była ptaszkiem kiwi też bym tam żyła.

Garstka osób która dopłynęła do brzegu stanęła przed dylematem – iść w lewo czy w prawo, a ja poczekałam chwilę aż problem sam się rozwiąże i skorzystałam, zresztą już nie po raz pierwszy, z najlepszej rady jaką w życiu dostałam – jeśli wszyscy idą w jednym kierunku, idź w przeciwnym. Zajęło mi 5 godzin, żeby obejść wyspę dookoła, zdążyć się nią wiele razy zachwycić oraz zacząć cieszyć myślą o wieczornym powrocie do domu.

Na północnym cyplu wyspy, tuż przy Te Tumurae Point znajduje się cmentarz. Doprawdy, piękne miejsce na wieczny spoczynek. Grobów jest jednak niewiele, za to wszystkie łączy jedna historia. Statki, które od 150 lat przypływały do Nowej Zelandii z Europy były zatłoczone i niehigieniczne. Choroby były bardzo powszechne, a mieszkańcy nowo powstałego, niewielkiego miasta Auckland chcieli chronić przed nimi siebie i swoje rodziny. Każdy statek z chorymi na pokładzie przed zezwoleniem na wpłynięcie do Auckland musiał najpierw przejść kwarantannę na Wyspie Motuihe.

Zgodnie z tabliczką, większość grobów na wyspie to ofiary „hiszpanki” z 1918. Dzisiaj, sto lat później patrząc na nagrobki ludzi, którzy zmarli w moim wieku, myślę tylko o tym jakie to musiało być uczucie, żeby po kilku miesiącach na morzu, z miastem widocznym na horyzoncie dostać odmowę zejścia na stały ląd? Przypłynęłam tu, żeby uciec z Auckland, Auckland, do którego oni nigdy nie dotarli.