Pięć wysp Republiki Vanuatu

 

Vanuatu nie należy do krajów popularnych turystycznie, a już szczególnie dla odwiedzających z Europy. Odległość przyprawia o zawrót głowy, a cena biletów odstrasza. Sprawdziłam z ciekawości połączenia Warszawa – Port Vila, stolica Vanuatu. Średni lot trwa 36 godzin z trzema przesiadkami, przykładowo byłyby to Helsinki, Singapur, Nadi (Fidżi).

Czy zdecydowałabym się na takie wakacje mieszkając w Polsce? Raczej nie, bo podróż w dwie strony zajęłaby 4 doby. Z Nowej Zelandii i Australii wygląda to zdecydowanie lepiej – 4 godzinny lot bez przesiadek, a jedyny wspólny mianownik podróży na Vanuatu w porównaniu z Europą to wysoka cena za bilety. Z Nowej Zelandii bilety dla dwóch osób to kwota 1700$, plus 700$ za lot wewnętrzny na Wyspę Tanna.

Całości wyjazdu najlepiej jest nie podliczać, mniej wiesz, tym mniej się stresujesz, a ku zaskoczeniu wszystkich ciekawskich moja standardowa odpowiedź na pytanie – „a ile kosztował wyjazd do…” to „nie wiem” („musisz wiedzieć” wcale nie sprawi, że dostanę objawienia).

Lądujemy na Vanuatu pełni nadziei, zapału i ciekawości zadając sobie pytanie – co przyniosą te dwa tygodnie?

 

1. Wyspa Efate

 

Pierwszy rzut oka na Efate, główną wyspę na którą trafiają wszystkie loty międzynarodowe, mieliśmy z okna samolotu. Zielono, po horyzont, brak dróg oprócz tej okrążającej wyspę, lasy palmowe i sporo bydła. Wiedziałam już, że mój mąż będzie zachwycony.

Jedyną wadą poruszania się po wyspie jest brak transportu publicznego. Wiedziałam już, że jeśli nie ma takiej opcji na głównej wyspie, to nie będzie na żadnej innej. Zamiast tego jest multum rozklekotanych, rozgrzanych do czerwoności busów z czerwonym „B” na tablicy rejestracyjnej, które można zatrzymywać skinieniem dłoni, a cena i trasa jest na dogadanie się. Pytają o kraj pochodzenia, hotel w którym mieszkasz, patrzą jak wyglądasz i rzucają cenę – zazwyczaj niespecjalnie korzystną.

Przykład – za odległość Port Vila -> Blue Lagoon, 30 kilometrów, najtańszą ofertę, którą po godzinnych targach z innymi kierowcami już prawie byłam w stanie przyjąć to 5000 Vatu (67 dolarów nowozelandzkich za przejażdżkę busikiem); ceny za ten sam przejazd od innych przejezdnych sięgały do 15 000 Vatu, w zależności jak ich poniosła fantazja.

To jedna z rzeczy, które nas zaskoczyły na Vanuatu – ceny

 

Czy niebieskie rozgwiazdy są niebezpieczne?!, słyszę krzyk męża przy pierwszym kontakcie z Pacyfikiem. Nie, nie są, mógłbyś ją nawet wyjąć na chwilę z wody, ale nie na długo. To żywy organizm!!! (nie wyjął, powiedział, że w życiu tego nie dotknie).

 

 

 

2. Wyspa Iririki

 

To było chyba największe rozczarowanie wyjazdu i co się rzadko zdarza, dzieliliśmy z mężem tę samą opinię. Iririki najpiękniej wyglądała z okna samolotu,  ogromny plus jest taki, że jest łatwo dostępna – łódeczka kursuje bezpłatnie 24/7. Nie zostaliśmy na noc, bo nie mamy na nazwisko Rockefeller, ale popłynęliśmy na obiad, snorkeling i spacer dookoła wyspy.

Wiadomo, że co człowiek to opinia, ale jak dla mnie, zupełnie szczerze – z daleka wyspa wygląda obłędnie i na tym się kończą jej zalety; snorkeling był nijaki, obiad jeszcze gorszy, a chodzić nie ma jak, bo to 5 gwiazdkowy resort.

 

 

 

3. Wyspa Ifira

 

Ifira to było zaskoczenie wyjazdu, bo nie planowałam na nią płynąć. Nazajutrz po przylocie udaliśmy się na przystań promową, by ruszyć na Iririki, a tu niespodzianka. Iririki była tego dnia „nieczynna dla osób z zewnątrz” z powodu ceremonii ślubnej (ktoś ma niezły rozmach). Musieliśmy szukać na ten dzień planu B i padło małą, najbliżej położoną Wyspę Ifira, gdzie kursowały łódki co pół godziny.

Na Ifira oprócz kościoła i kilka prywatnych gospodarstw domowych NIE MA NIC. Innymi słowy, butelkę wody i prowiant trzeba zabrać ze sobą. Po wyspie biegają świnki, nie zawsze przyjazne pieski, a lokalne dzieciaki nie wychodzą z wody. Nie pozostało nam nic innego jak pójść w ich ślady!!!

 

 

 

4. Wyspa Hideaway

 

Hideaway był jak wisienka na torcie, mogę ją polecić na sto procent z czystym sumieniem, bo nie zmieniłabym tam nic. Tylko uwaga – zakwaterowanie rezerwowałam z półrocznym wyprzedzeniem i udało się zająć ostatni możliwy pokój (najtańsze zaczynały się od 120$ za noc). Wysepka jest niezwykła, mimo, że miniaturowa, najmniejsza na jakiej w życiu spałam, a snorkeling wręcz nie do opisania.

Wyspa Hideaway poza bujną rafą koralową słynie z podwodnej skrzynki pocztowej. Pierwszy na świecie podwodny urząd pocztowy został otwarty na Vanuatu w 2003 roku. Skrzynka pocztowa jest łatwo dostępna, bo ulokowana trzy metry pod wodą, a w sklepiku na brzegu można kupić wodoodporne pocztówki. Listonosz opróżnia ją kilka razy w tygodniu i jeszcze pod wodą stempluje przesyłki za pomocą specjalnego urządzenia do wytłaczania wzorów.

Pierwszego dnia pobytu na Wyspie Hideaway z powodu dzikiego tłumu turystów dookoła skrzynki szybko odpuściliśmy pływanie w jej pobliżu, bo i tak ciężko byłoby porobić zdjęcia bez czyjejś ręki, dupy, nogi. Nazajutrz o 6 rano, kiedy mieliśmy plażę tylko dla siebie mój mąż wziął wodny aparat i powiedział, że zaraz wróci. Wyszedł z wody kwadrans później z poparzonym przez meduzę brzuchem i powiedział – zrobiłem Ci kilka zdjęć tej skrzynki podwodnej co chciałaś.

Byłam rok temu podobnie poparzona w Australii, więc ogólnie nie było paniki, ale nadal stres, ból w czasie pływania i bąble – on nawet nie pisnął!

 

 

5. Last but not least. Wyspa Tanna

 

Z Tanna nawet nie wiem od czego zacząć. Znajoma męża z pracy leciała na Vanuatu w podobnym czasie co my, ale z powodu finansów odpuściła dodatkowy przelot na Tanna.

Nie wyobrażam sobie być na Vanuatu i nie zobaczyć Tanna, mimo, że to faktycznie kosztowna impreza. 40 minut lotu przeniosło nas w środek dżungli, gdzie zarezerwowałam dla nas domek z materacem i moskitierą, który okazał się strzałem w dziesiątkę.

Spędziliśmy kilka dni śpiąc z widokiem na nieustannie aktywny Wulkan Yasur, słysząc erupcję co kilka minut przez 24/7. Turystyka poszła jeszcze dalej, więc na Wulkan Yasur można wejść (uwaga – bilet na dzień dzisiejszy kosztuje 9500 Vatu od osoby = 130 dolarów nowozelandzkich).

Cena będzie z każdym rokiem tylko szła w górę, bo umówmy się, że na najliczniejszych turystach z Australii i Nowej Zelandii takie kwoty nie robią wrażenia, a poza tym Ni-Vanuatu już się skumali, że skoro ktoś płaci kilkaset dolarów za przelot na Tanna, to i sypnie groszem za bilet wstępu na największą atrakcję wyspy.

Pierwszego wieczoru siedzieliśmy na tarasie oniemiali, patrząc na kłęby czerwonego od lawy dymu wydobywającego się z wulkanu tuż po zachodzie słońca. Kolejnego wieczoru, po pokonaniu 300 metrów stanęliśmy na jego grzbiecie, patrząc na buchającą lawę tuż pod naszymi stopami. Jesteśmy na krawędzi Wulkanu Yasur, ale z nas szczęściarze!!!

Po powrocie do pokoju i po bardzo później kolacji chcieliśmy tylko pójść spać!!! Był tylko jeden problem – jak tu spokojnie zasnąć z erupcją wulkanu co chwilę?

Budziłam się tej nocy kilka razy łapiąc się na myśleniu, Yasur, odpuść choć na chwilę i daj ludziom odpocząć.

 

 

 

Z 83 trzech wysp Republiki Vanuatu zwiedziliśmy 5, co oznacza tylko jedno – sporo przygód nadal przed nami!!!