Himalaje część pierwsza – kiedy nie wszystko zawsze idzie zgodnie z planem

 

I don’t think you’re going to fly today

 

Po trzech dniach spędzonych w Katmandu, światowej stolicy kurzu, jedyne o czym marzyliśmy to jechać dalej. Z biletami na lot krajowy do Lukli kupionymi kilka miesięcy wcześniej udaliśmy się o 4 rano taksówką na lotnisko, które było jeszcze zamknięte. Byliśmy na nim tylko my i małpy.

O 6:15 rano mieliśmy odlecieć pierwszym samolotem tego dnia w stronę Himalajów (w końcu na tej trasie istnieje niepisana zasada – albo lecisz pierwszym samolotem, albo żadnym). W rzeczywistości o 8 rano dostaliśmy wymarzone karty pokładowe i podjechaliśmy busem pod 14-osobowy samolot. Andrzej piszczał lecimy w Himalaje, lecimy w Himalaje, bo to miał być główny punkt całego wyjazdu do Nepalu. Zdążyłam zrobić zdjęcie maszyny, która miała nas zabrać na 2 860 metrów nad poziomem morza. Autobus się zatrzymał, kazali nam czekać – po pół godzinie padł komunikat, że wracamy.

 

 

Plan B

 

Około 13 godziny przedstawiciel linii lotniczych Tara Air podszedł do nas i powiedział – I don’t think you’re going to fly today. 

Od 7 rano co godzinę padał ten sam komunikat – The flight is delayed due to bad weather in Lukla (lot jest opóźniony z powodu złej pogody w Lukla). Biuro informacji na lotnisku mówiło nam tamtego dnia na zmianę: the weather is improving, the weather is deteriorating (pogoda się poprawia, pogoda się pogarsza). Widoczność została określona na 3 000 metrów, a wymóg to 5 do 8 tysięcy.

Lotnisko słynie z bycia w czołówce najniebezpieczniejszych na świecie, Himalaje i kiepska widoczność to nie jest zabawa. Nie każdy kto wystartował z Katmandu bezpiecznie tam wylądował – są dwa ostatnie wypadki, które można zobaczyć w internecie. W jednym było przewożone cargo, także zginął „tylko” pilot. W drugiej katastrofie zginęli wszyscy poza pilotem.

 

 

O 14 godzinie już wiedzieliśmy, że raczej nic z tego. Tylko teraz jakie mamy opcje? Zapłaciliśmy 480 dolarów nowozelandzkich za lot w jedną stronę który się nie odbył. Co mamy robić? Zmienić całkowicie plan wycieczki i lecieć gdzie indziej? Czekać na dobrą pogodę następnego dnia? Wiedzieliśmy tylko, że nie chcemy wracać do Katmandu.

Zdaję sobie sprawę, że ludzie mają większe problemy w życiu niż odwołany lot, ale cała sytuacja była bardzo frustrująca. Lecieliśmy do Nepalu z Nowej Zelandii 18 godzin, wykosztowaliśmy się na wszystkie połączenia lotnicze i spędziliśmy 9 godzin na lotnisku czekając na lot, który ostatecznie nigdy się nie odbył.

Himalaje

 

Okazało się, że podjęta tamtego popołudnia decyzja była dla nas najlepszą z możliwych, bo z powodu mgły i słabej widoczności samoloty nie startowały z Katmandu przez najbliższe 5 dni. Wynajęliśmy helikopter.

Było nas 6 sfrustrowanych osób z moją mamą na czele, cena za heli wynosiła 1200 USD, czyli 200 od łebka. Zważyli nas i nasze bagaże, a następnie zawieźli na płytę startową. Z powodu najniższej wagi dostałyśmy z mamą honorowe miejsca z przodu tuż obok Pana Pilota Szwajcara. Wiadomo, niedowaga jest u nas rodzinna!

50 minut później mieliśmy wylądować w Lukla.

 

 

Tu gdzieś jest Lukla!

 

Po 40 minutach heli zaczął krążyć dookoła jednego wzgórza, lał deszcz, a pod nami było widać było gęste chmury. Wtedy pilot powiedział – Lukla is somewhere over there, but I can’t see it! (Tu gdzieś jest Lukla, ale jej nie widzę).

Nie wiem czy latacie często helikopterami, ale to nie jest zbyt dobra wiadomość 😉

Wylądowaliśmy na innym wzgórzu obok kilku helikopterów również z turystami na pokładzie. Odetchnęłam z ulgą i powiedziałam – dobrze nazwałam bloga (nie nudne życie).

To jaki jest plan?, pytam Pilota. Poczekamy pół godziny, jeśli pogoda się nie poprawi, nie będę w stanie wylądować w Lukla. Będziecie musieli iść piechotą godzinę w tamtą stronę, pod górę.

Koleżanka z Koszalina napisała mi tamtego dnia „30-tka Andrzeja w Himalajach i Dzień Matki w Himalajach. Chyba wygrałaś na loterii tyle szczęścia”. Przeczytałam wiadomość na głos i całą grupą wybuchnęliśmy śmiechem. Nie spałam od kilkunastu godzin, byliśmy wysoko w górach i trzeba było się śpieszyć, bo powoli robiło się ciemno. Każdy z nas miał bagaż główny i podręczny z rekordzistami jak moja mama o wadze plecaka, pod którego ciężarem Andrzejowi ugięły się nogi. Czy ja wyglądałam na osobę, która by cokolwiek wygrała na loterii?

Koniec historii jest raczej przewidywalny. Nie pozostało nam wtedy nic innego jak iść!