Wszystkie drogi prowadzą do Namche Bazar

 

Ponieważ Himalaistka ze mnie żadna, z całej podróży w Himalaje najgorsze były dla mnie Himalaje. Marzenie mojego męża! Otumaniona namiętnościami zgodziłam się na wyjazd. Skoro i tak chcę pojechać wszędzie, co do dla mnie za różnica w jakiej kolejności?

Mimo, że jestem w przyzwoitej formie najbardziej bałam się, że nie podołam fizycznie. Dużo chodzę na co dzień, zaczęłam dodatkowo wchodzić co weekend na Górę Eden w moim mieście Auckland. Tylko nadal, niewielkie wzgórze w porównaniu z trekkingiem przez Himalaje to jak porywać się z motyką na słońce.

 

 

Od kiedy kupiliśmy bilety lotnicze Katmandu – Lukla na 22 maja, całą swoją energię szykowałam na dzień później, kiedy mieliśmy odbyć najdłuższy, najcięższy fizycznie kawałek 17 kilometrów, pokonując duże zmiany wysokości do Namche Bazar. Mówiłam sobie, że jak przetrwam 23 maja, to później już będzie z górki.

Emeryci i renciści, cała naprzód!

 

Himalaje zaczęły się od odwołanego lotu i planu B w postaci wynajętego helikoptera na sześć osób. Z powodu zerowej widoczności 22 maja nie dolecieliśmy do Lukli, tylko byliśmy zmuszeni wysiąść na wzgórzu oddalonym jedną godzinę drogi od naszej miejscowości i resztę trasy zrobić na pieszo. O ironio, moja męka zaczęła się dzień wcześniej!

Szwajcarski pilot wyjął telefon w trakcie lotu i zaczął filmować gradobicie w które wlecieliśmy. Lata tą trasą od 20 lat, ciekawe jak często przy takiej pogodzie, skoro postanowił to uwiecznić?

Następnego dnia pożegnaliśmy z moją mamą, ale planowo tylko na jedną dobę. Chcieliśmy przyspieszyć, żeby dotrzeć do Namche Bazar na wieczór. Żeby to zrobić potrzebowaliśmy tylko jedną rzecz, za którą mnie zabiją – uwolnić się od tempa grupy emerytów i rencistów! (O, śmiej się śmiej. Jeszcze zobaczysz jak sama będziesz miała 60 lat.)

Tourist police check in

 

Zameldowaliśmy się w Lukla u policji turystycznej – sprawdzili nasze pozwolenia na trekking, wzięli dane paszportowe i przewidywaną datę powrotu. Jeśli nie pojawilibyśmy się z powrotem w tym dniu, wiedzieliby, że trzeba nas zacząć szukać. W „budce” policyjnej wisiały zdjęcia różnych osób, które weszły do Parku Narodowego Sagarmatha i  ślad po nich zaginął. Z jednego plakatu uśmiechała się do mnie młoda Holenderka, której rodzina zapłaci 500$ za każdą informację o miejscu jej pobytu (chyba nie kochają jej aż tak bardzo).

Na plakacie obok widnieje 26-letni Amerykanin, który był widziany po raz ostatni w Namche Bazar, 31.12.2014 roku.

He hasn’t been found since 2014? It’s been four years!!!, mówię oniemiała. Policjant macha ręką, jakby już nie było żadnych szans. Mówi, że skoro go nie odnaleźli tak długo, to… jedyne co po nim zostało to wyblakły plakat.

 

 

 

We’re in this shit together!

 

Co mu się mogło stać?, debatujemy z mężem. Młody, silny, mężczyzna. Może popił w noc sylwestrową i spadł w przepaść? Może zaatakował go leopard śnieżny? Cokolwiek się wtedy wydarzyło, ponieważ poszedł na trekking solo, poszło do grobu razem z nim. My nie mieliśmy przewodnika, nie mieliśmy tragarza, GPS-a ani latarki, ale najważniejsze, że mieliśmy siebie! W końcu brniemy przez to życie we dwoje – we’re in this shit together! Zgodnie  z tą dewizą weszliśmy tamtego dnia do Parku Narodowego Sagarmatha o powierzchni 1 148 km² kierując się zasadą, że „wszystkie drogi prowadzą do Namche Bazar”.

Jak to często w życiu bywa dzień, którego się bałam najbardziej wspominam fantastycznie. Mijaliśmy stada jaków idących mostem nad przepaścią, liczne wodospady oraz ośnieżone szczyty ośmiotysięczników, gdy na kilka sekund wychodziło słońce. Z wielkim uśmiechem szłam przez Himalaje, o których nigdy nie marzyłam, za to z facetem o którym marzę każdego dnia.

Nepalczyk dojdzie w 3 godziny, turysta w 4, a Polak?

 

Minęliśmy niewielką wioskę Phakding na wysokości 2625 m n.p.m. z której zgodnie z informacją na plakatach zostało nam 7 godzin marszu do Namche Bazar. Czy my naprawdę tu jesteśmy?!

 

 

To nasza ostatnia szansa na nocleg

 

Następna na trasie była miejscowość Monjo, gdzie zatrzymaliśmy się na coś ciepłego. Była godzina 14:30, o 15:00 planowaliśmy ruszyć dalej. Pytam się Pani w restauracji – o której godzinie powinniśmy być w Namche Bazar? Ona patrzy na zegarek i kiwa głową, pokazuje, że już późno, ciemno się robi koło 18, czy to aby na pewno dobry pomysł żeby iść dalej? Mówię, że jesteśmy w dobrej formie i mamy siły, by kontynuować. Ona na to – Jak chcecie, ale to długa droga. Nepalczyk dojdzie w 3 godziny, turysta w 4.

Nie mieliśmy latarek i nie zamierzaliśmy iść po zmroku. Ja czułam się świetnie, ale mój Andrzej miał gorszy moment i chwile się wahał, czy może powinniśmy przenocować gdzieś po drodze tak jak moja mama ze swoją ekipą.

Po obiedzie brak sił poszedł w zapomnienie i o 15:00 wyruszyliśmy. Niedługo później była bramka informująca, że wchodzisz na teren Parku Narodowego Sagarmatha.

Przed wyjazdem czytałam relacje ludzi ze szlaku Lukla – Namche Bazar, żeby mniej więcej móc sobie wyobrazić jak to wygląda. Przez 16,5 kilometra mijaliśmy wioski, sklepiki, miejsca oferujące zakwaterowanie, wodę i ciepły obiad. Przez ostatnie 800 metrów miało nie być nic poza drogą pod górę. Mijając ostatnią wioskę trzeba było podjąć decyzję – czy idziemy dalej? To nasza ostatnia szansa na nocleg.

Dla mnie odpowiedź była tylko jedna.

 

 

Półtorej godziny później słyszę z oddali głos męża – na jakiej wysokości jest Namche?

3440, mówię. Pamiętałam liczbę z moich notatek.

Usłyszałam przenikliwy jęk zawodu. Stał przy plakacie informującym, że jesteśmy na wysokości 3140 – dla mnie to była świetna wiadomość. Przecież jeszcze tylko z 300 metrów!

Mój mąż mi na to:

(Spokojnie, nie zawsze byłam jak koziczką górska. Dwa dni później role się odwrócą!)

 

 

Czy to już Namche?

 

Gdy dotarliśmy do budki policyjnej z kodem pocztowym Namche Bazar i kamień spadł mi z serca. Pytam więc (bardzo) przystojnego Pana Policjanta – czy to już Namche? On mi mówi, że zostało nam 20 minut.

O 17:30 usiedliśmy w pierwszej restauracyjce w Namche, by napić się miętowej herbaty. Droga z Monjo zajęła nam 2,5 godziny – być może Nepalczyk dojdzie w 3 godziny, a turysta w 4. Polak zrobi tę trasę jeszcze szybciej!

Za każdym razem wracając wspomnieniami do podróży z moją mamą mówimy czasem o ludziach, precyzyjniej mężczyznach, których spotkałyśmy przed laty. (Jedna mówi – a pamiętasz tamtego faceta…?, a druga na to pewnie, że pamiętam, jaki on był przystojny!) Przekazujemy sobie ten kluczowy detal, informację absolutnie niezbędną, wybuchamy śmiechem i od razu wiadomo o kim mowa! Tym razem nie było mojej mamy obok, ale nic straconego – dzień później doszła do Namche mogąc nacieszyć oko.

Nie pamiętam kodu pocztowego Namche, ani jakie dokładnie dane od nas brał Pan Policjant, sprawdził chyba nasze paszporty. Nie zrobiłam żadnego zdjęcia okolicy, ani tej budki, bo ledwo byłam w stanie się odezwać. Ze zmęczenia oczywiście 😉