Mount Everest – oczekiwania kontra rzeczywistość

 

Tongariro Northern Circuit

 

W trakcie ostatniej przerwy Bożonarodzeniowej, idąc 50 kilometrów przez Nową Zelandię dostałam radę, która pomogła mi wytrwać do końca. Siedzieliśmy przemoknięci i zmarznięci w Chatce Oturere, w centralnej części Północnej Wyspy w Parku Narodowym Tongariro. Pomimo kalendarzowego lata pogoda nas nie rozpieszczała. Przez pierwsze dwa dni nie przestało padać.

Suszyliśmy z mężem buty przy kominku położonym w centralnej części izby, łącznie trzy pokojowej chatki, którą dzieliło maksymalnie 26 osób. Dla niektórych byłyby to ciężkie, brutalne warunki, nie mające być może nawet nic wspólnego z wakacjami, dla nas było to błogosławienie – chatki na trasie Tongariro Northern Circuit, 1 z 9 Wielkich Szlaków Nowej Zelandii rozeszły się w tym terminie w ciągu kilku tygodni.

 

 

Ci, którzy nie zdążyli zarezerwować łóżka, tudzież nie chcieli płacić 36$ za noc, siedzieli teraz w namiotach na zewnątrz. W strugach deszczu.

Te Araroa

 

Zaczęliśmy rozmawiać z dwójką Anglików koło 35 roku życia. Przyjechali do Nowej Zelandii na pół roku, z planem przejścia kraju na piechotę z północy na południe. Robili słynny szlak Te Araroa, 3 000 kilometrów, na wzmiankę o którym mojemu Andrzejowi zaświeciły się oczy.

 

 

Tyle razy mi mówił, Natalia, wezmę 5 miesięcy wolnego i przejdziemy Nową Zelandię na piechotę. Ale ja się w ogóle nie nadaję do życia w buszu, odpowiadałam

Czasami będzie busz, a czasami będziemy mijali miasteczka. Będzie gdzie się umyć, coś zjeść. Jedyny kompromis jaki jestem w stanie wymyślić, to mogłabym Ci towarzyszyć w trakcie części szlaku, nie dam rady iść kilka miesięcy na piechotę. Mogłabym dolecieć do Ciebie raz w miesiącu i przejść kilka dni…

Teraz siedział obok pary, która aktualnie spełnia jego marzenie, robiąc 3 tysiące kilometrów, a po drugiej stronie miał mnie, narzekającą na zrobienie raptem 50. Anglik widział moją minę i mówi, głowa do góry. Stay on track, don’t get wet and just keep going. (Trzymaj się szlaku, nie zmoknij za bardzo i idź dalej. Rób swoje).

***

 

Just keep going, just keep going, just keep going, powtarzałam sobie w myślach 5 miesięcy później idąc z mężem przez Himalaje. Jego rada została ze mną. Tym razem nie padał deszcz, mieliśmy suche buty, przyzwoitą widoczność.

Doszliśmy do 3440 metrów nad poziomem morza, mając ostatnie 500 przed sobą. Nigdy nie byłam na takiej wysokości i krótko mówiąc byłam wrakiem człowieka. Każdy dzień zaczynaliśmy od panadolu, choć na co dzień wzdrygamy się na myśl o wzięciu jakiegokolwiek leku, ale pękały nam czaszki. Straciłam apetyt, co jeszcze się nigdy nie zdarzyło. Przesypiałam całe dnie.

Hotel Everest View

 

Wyszliśmy tamtego dnia przed 6 rano, by dojść na 3880 jak najwcześniej – im wcześniej, tym większa była szansa na panoramę Mount Everest. Wyruszyliśmy w 6 osób, ale najsilniejsza dwójka w tym mój mąż, szybko wysunęła się na prowadzenie. Chwilę później rozdzieliliśmy się, co było dla mnie ulgą. Nie miałam siły by gonić, a oni mogli rozwinąć skrzydła bez dostosowywania się do kogokolwiek.

400 metrów wspinaczki może brzmieć trywialnie, ale po kilku dniach wchodzenia pod górę, to była ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę. Szłam myśląc, że wspaniale byłoby zobaczyć Mount Everest, ale jeśli się nie uda, to w porządku. Była piękna, słoneczna pogoda, a ośnieżone szczyty ośmiotysięczników zapierały dech w piersiach. Czego można chcieć więcej?

Mniej więcej w połowie drogi powiedziałam, że nie dam rady. Usiądę i poczekam, a schodząc grupa zgarnie mnie z powrotem. Oparta o krzaki, odpłynęłam. Zasnęłam, bo na tej wysokości to było jedyne w czym byłam dobra. (Swoją drogą każdemu życzę takiego poziomu olania sprawy, żeby zasnąć w Parku Narodowym z leopardami śnieżnymi. Niby z ostatnimi 4 sztukami, ale aż dziwne, że ich nie spotkałam).

 

 

Obudziłam się po kwadransie i zaczęłam iść dalej. Just keep going, dokładnie tak jak powiedział tamten Anglik. Na 3880, tuż przy Hotel Everest View zobaczyłam mojego męża, który doszedł tak dawno temu, że powoli mieli plany schodzić w dół. Widziałem Mount Everest, powiedział szczerząc zęby.

 

 

Mount Everest

 

Zamówiliśmy coś do picia i usiedliśmy na tarasie widokowym słynnego Hotel Everest View, który oprócz napoi czy przekąsek oferuje widoki na Everest. Everest był w tamtym momencie za chmurami, ale schodząc w dół już tylko we dwoje, chmury rozeszły się na chwilę i miałam swój moment. Patrzyliśmy pod słońce, Andrzej mówi:

Chmury się rozchodzą. Widzisz ten kształt? Widzisz ten szczyt?

No widzę.

To jest Mount Everest.

Serio to jest Everest?

Serio.

Nie wyglądał w żaden sposób bardziej imponująco od otaczających go pozostałych ośmiotysięczników.

 

 

Fakt, że zasnęłam w trakcie marszu niestety nie umknął niezauważenie. Wiedziałam, że mój mąż nigdy o tym nie zapomni i najprawdopodobniej będzie to obiektem drwin przez najbliższe 50 lat. Obrałam taktykę dołączenia do żartów, mając nadzieję, że temat szybciej zginie.

Przy obiedzie, pierwszego dnia w pracy po powrocie z Nepalu opowiadałam mu, że wszyscy byli bardzo ciekawi tego wyjazdu, tak samo jak byli pod ogromnym wrażeniem naszej formy fizycznej. Wow, Himalayas, wow she saw Mount Everest, wow 4 000 metres abouve the see level. Wow, Himalaje, wow ona widziała Mount Everest, wow 4 tysiące metrów nad poziomem morza!

Andrzej mówi:

A powiedziałaś, że spałaś w krzakach?

No widzisz jakoś mi to umknęło.

Czyli powiedziałaś, że jak było?

A jak było naprawdę?