Zepsutym autokarem przez południowe Indie

 

Goa – Miami of India

 

Indie uczą cierpliwości. Indie nauczą cierpliwości nawet młodego, zbuntowanego człowieka jakim właśnie wtedy byłam. Bo kiedy okazuje się, że nie masz wyboru i jedyne wyjście jakie Ci pozostaje to się podporządkować, zaczynasz się zmieniać – często na lepsze.

Kiedy wylądowałam w Indiach niezbyt wiele wiedziałam o podróżowaniu. Po trzech tygodniach koczowniczego pobytu, spania na podłodze pod moskitierą, pokonanych trzech tysiącach kilometrów i tułania się z plecakiem od hostelu do hostelu wiedziałam już trochę więcej.

Ostatni tydzień z miesiąca w Indiach miałam spędzić na rajskim Goa, nazywanym „Miami of India” 🙂 Dlaczego miałabym sobie nie dogodzić nieskończenie długą plażą, świeżym jedzeniem i zawsze soczystymi owocami?

 

 

 

Zepsutym autokarem przez południowe Indie

 

Trasa jaką miałyśmy z mamą pokonać do wymarzonej, iście zachodniej sielanki wynosiła niecałe 900 kilometrów – Trichy – Bangalore – Goa. Wcale mnie to nie martwiło, bo skoro pokonałam z Polski ponad 9000 kilometrów to czymże jest to 900? W Polsce, w zależności od pory roku i warunków drogowych 900 kilometrów autokarem pokonasz w kilkanaście godzin. W Indiach na dzień dobry trzeba liczyć czas „normy” razy dwa. Ale tylko jeśli Ci się poszczęści!

Goa to tani raj dla ludzi z zachodu, którzy chcą być w Indiach, które nie wyglądają jak Indie. Jeśli byliście w tamtych okolicach to wiecie o czym mówię. Na dworcu nikt nie wyglądał na zdenerwowanego, z wyjątkiem nas. Wraz z nami czekało również kilka mieszanych par, w tym młodzi Hindusi pod rękę z podstarzałymi, głośnymi już podpitymi Rosjankami, poubieranymi w kwieciste, jaskrawe sukienki, poobwieszane biżuterią od stóp do głów. Wiedziałyśmy już, że czekamy na ten sam autokar.

Podróż od samego początku była skazana na porażkę. Z agencji turystycznej, w której kupiłyśmy bilety miałyśmy zostać odwiezione o omówionej godzinie taksówką na dworzec autobusowy. Po ponad godzinie czekania przyjechała po nas rozklekotana riksza, za którą musiałyśmy zapłacić.

Autobus był w kiepskim stanie technicznym,

 

rzęził. Mój plan na tamtą noc był prosty – szybko zasnąć, żeby szybko się obudzić w miejscu docelowym, lub przynajmniej w jego okolicy. Nic bardziej mylnego! Nawet sprawnie wyjechaliśmy z gwarnego Bangalore, wydostaliśmy się również z jego przedmieść i kiedy przed nami zostało już tyko pustkowie, a godzina robiła się bardzo nieprzyzwoita… autokar się zepsuł. Grupka młodych Hindusów zaczęła krążyć wokół niego badając przyczynę usterki. Wyglądali na pewnych i rzetelnych profesjonalistów. Naprawdę wyglądali na ludzi, którzy wiedzą co robią. Po raz kolejny, nic bardziej mylnego!

Zasada jest prosta – jeśli pytasz Hindusa o cokolwiek zawsze dostaniesz konkretną odpowiedź na swoje pytanie, nawet jeśli jest ona wyssana z palca. Wolą zostawić Cie z jakąkolwiek informacją, niż z odpowiedzią „I don’t know”. Jakby się człowiek zastanowił, to brzmi to całkiem logicznie, ale kiedy na przykład gdzieś się spieszysz i pytasz Hindusa o drogę, a on Ci udziela wskazówek nie mających racji bytu tylko po to by nie zostawić Cie z niczym…

Mijały sobie godziny, potem noc, a następnie cały dzień

 

Szybko przestałyśmy pytać kierowców i pomocników co się stało i kiedy usterka zostanie naprawiona. Cierpliwości kobieto! Kiedyś zostanie, po co się tak gorączkować? Po pewnym czasie wszyscy męscy pasażerowie próbowali już pomóc w usterce. Oglądali, drapali się po głowach, wydawali odgłosy aprobaty w stylu „yhyyym” lub powątpiewania jak „hmmmm…” Zasłyszałyśmy, że jest problem ze skrzynią biegów, ale ile w tym było prawdy nigdy się nie dowiem. Mijały sobie godziny, potem noc, następnie cały dzień, a my nadal tam staliśmy. Bez jakiejkolwiek cywilizacji dookoła, bez toalet, bez możliwości kupna wody, powoli bez nadziei, że kiedykolwiek ta przeklęta kupa złomu kiedyś ruszy.

Po dobie, która wydawała się wiecznością autokar ruszył… uwaga! żeby po kilku metrach znowu stanąć. Kwadrans później ruszyliśmy już na dobre.

Panjim, stolicę rajskiego Goa przywitałyśmy po dwóch dobach spędzonych w upale używając mokrych chusteczek zamiast wody, obdarte z resztek godności, głodne i brudne. Miałyśmy plan dostać się do Calve, ale byłyśmy zbyt zmęczone, żeby wybrzydzać i zdałyśmy się na pastwę losu. Autokar ledwo zdążył się zatrzymać na dworcu, gdy do środka zaczęli gorączkowo wbiegać rikszarze, krzycząc w naszą stronę „Taksi Madaaaaam? Taksi Madaaaam?

I zgadniecie co? Po raz pierwszy odpowiedź brzmiała „Yes!”.