Niby taki mały świat, ale na Ryana Goslinga jakoś nigdy nie wpadłam

 

Na lotnisku Hanan na Niue każdy przybysz dostaje kartkę A4 z informacjami co i jak:

  • za próbę wywozu krabów palmowych mogę pójść siedzieć,
  • jedyna kawiarnia na Niue nie jest czynna w niedzielę, bo niedziela jest dniem świętym,
  • w kraju istnieje jeden supermarket, ale kościół jest co 50 metrów (oho, myślę sobie, wybrał się bezbożnik na wakacje),
  • proszą, by w niedzielę nie paradować w strojach kąpielowych i nie kąpać się przy kościołach,
  • ogólne zasady w jaki sposób oddawać szacunek mieszkańcom

Jedną z nich jest witanie się z każdą mijaną osobą, włącznie z kierowcami przejeżdżających samochodów, pieszymi, rowerzystami. Wiedziałam już o tym z filmu instruktażowego puszczonego w samolocie, ale to była zasada, którą najtrudniej było mi wprowadzić w życie.

Wooo hooo!

 

Wsiadłam na rower na drżących nogach po raz pierwszy od 20 lat. Jestem trochę zajęta próbując sobie przypomnieć jak to jest panować nad taką maszyną. Trzymam kierownicę oburącz starając się za przeproszeniem nie wypierdolić na środku Alofi, a oni mi każą puszczać kierownicę za każdym razem, żeby komuś pomachać. No litości!

Po 3 dniach, 60 kilometrach i pogodzeniu się z losem, że już nie czuję z bólu tyłka, opanowałam technikę witania się z ludźmi do perfekcji. Najpiękniejszy w moich wyjazdach jest brak planów. Wsiadam, biorę wodę, mapę i jadę. Jak pada deszcz to okej, jak nie pada też okej. Zjem lunch, super. Nie zjem lunchu, jeszcze lepiej. To mój Andrzej nauczył mnie znajdowania plusów w każdej sytuacji, za co jestem mu po stokroć wdzięczna.

Mimo, że Niue jest w miarę płaską wyspą, to zdarzały  się momenty, kiedy musiałam pchać rower pod górkę. Z górki krzyczałam wooo hooo co sił w płucach nie mogąc uwierzyć, że naprawdę tu jestem!

Pierwszego dnia na rowerze zrobiłam to, co robi każdy turysta na Niue – pojechalam zobaczyć trzy największe atrakcje.

Limu Pools, Baseny Limu

 

 

Rozpadlinę Matapa

 

 

Jaskinię Avaiki

 

Mały świat

 

Ponieważ samolot ląduje w tym kraju dwa razy w tygodniu, dopiero jak dojechałam na miejsce zdałam sobie sprawę, że wszyscy, z którymi przyleciałam dzień wcześniej zrobili tak samo.

Zaskakująco, Limu Pools na które tak bardzo liczyłam nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia. Widziałam wiele pięknych zdjęć z tych basenów, a na żywo nie zobaczyłam nic spektakularnego. Najlepszy z Limu był snorkeling, który ogromnie polecam. Popływałam, uznałam, że muszę tu wrócić jak nie będzie dużo ludzi i wsiadłam na rower odrobinkę zawiedziona. (Mój mąż później dziwił się,  że spodziewałam się czegokolwiek po jakiejkolwiek „największej atrakcji turystycznej” i jak zwykle miał rację). Moja reakcja na Matapa Chasm była podobna.

Jadąc na Avaiki nie spodziewałam się niczego

 

Miejsce znałam tylko ze słyszenia, nie widziałam żadnych zdjęć. Podjechałam, położyłam rower na trawie, bo nie miał nóżki i weszłam do środka. 5 minutowa przeprawa przez kamienie i niewielką plażę – tyle dzieliło mnie od najpiękniejszej jaskini jaką w życiu widziałam.

Położyłam plecak na ziemi i powiedziałam „wow!”. Para turystów, która stała obok zaśmiała się i powiedziała – heeej, kojarzymy Cię z wczorajszego samolotu, jak się masz? Mały świat, co? (Niby taki mały świat, ale na Ryana Goslinga jakoś nigdy nie wpadłam).

Zrobiłam kilka zdjęć, oni weszli do wody. Planowałam to samo, ale postanowiłam zrobić to, co ja sama bym chciała dla siebie – zostawiłam ich samych. Wiedziałam już, że do Avaiki na pewno wrócę, a Niue jest tak opustoszałe, że przy odrobinie szczęścia nie będę musiała dzielić tej groty z kimkolwiek.

Zdjęcia z zatłoczonych jak mrowisko plaż Hiszpanii czy Polski są dla mnie najszybszym sposobem na atak paniki. Żyjąc na Pacyfiku jesteśmy (z mężem) już tak przyzwyczajeni do pustek, że nagle dwójka turystów to dla mnie za dużo. Siedząc w październiku z moją mamą na pięknej Wyspie Beras Basah w Malezji, powiedziałam, że gdybyśmy zwiedzały Oceanię, miałybyśmy podobnie piękne krajobrazy, a byłybyśmy same.

Następnego dnia wróciłam na Avaiki i ku mojemu zaskoczeniu

 

był wysoki przypływ. Zależało mi na tym miejscu, także założyłam wodne buty i postanowiłam iść dalej. Był silny wiatr, w jaskini zrobiło się jakoś mroczno. Tak jak sobie wymarzyłam byłam sama, ale były takie duże fale i niewielka widoczność, że w połowie drogi zawróciłam. (W czasie mojego pobytu na Niue jedna osoba została przygnieciona przez skałę i musiała czekać bliska hipotermii przez 8 godzin na przypadkowych turystów, którzy wezwali pomoc).

W przypadku mojego romansu z Avaiki wyszło do trzech razy sztuka. Wróciłam tam po raz kolejny, tym razem w piękny, bezwietrzny, słoneczny dzień, w czasie niskiego przypływu, mając grotę tylko dla siebie.

W ocenie tego zdjęcia proszę o wzięcie pod uwagę dramatu, który dział się za kulisami. Byłam skazana na samowyzwalacz w aparacie, co oznaczało przymusowe, zgrabne, jak najszybsze wślizgnięcie się po mokrych skałach do wody, tak by zostawić jej taflę możliwie nietkniętą i jeszcze jakoś wyglądać. I to wszystko w 10 sekund.

5 prób 🙂