Nie boisz się tak sama jeździć?

 

Czy ja na serio mam malarię?

 

Lata mijają, moje priorytety się nie zmieniają, a ludzie nadal przed każdym wyjazdem pytają – nie boisz się? Bo oni by umarli ze strachu! Plus, standardowo – I co Ty tam będziesz robić sama? Jeszcze 3 lata temu z góry zakładali, że zawsze latamy we dwoje, teraz już wielokrotnie zaskoczeni pytają – czy mąż leci z Tobą? 🙂

Pewnie, że się boję. Boję się psów, wścieklizny i malarii. Coraz rzadziej, ale nadal mam taki powracający sen, że koszmar staje się rzeczywistością i zaczynam brać chininę. Kiedy rano wstaję potrzebuję chwilkę, żeby sobie odpowiedzieć – czy ja na serio mam malarię? Do czołówki moich irracjonalnych lęków należy też anakonda, ale powiedzmy, że mieszkając aktualnie na środku Pacyfiku mogę spać spokojnie.

Dzisiaj, po raz pierwszy od wylądowania na Niue, przestraszyłam się. Wypożyczając rower dziewczyny z Filipin zapytały:

Zamierzasz jeździć po wyspie sama?

Tak, dlaczego? Chyba jest bezpiecznie? (skrzywiły się)

– Tylko uważaj na psy.

Nie boisz się?

 

Pomyślałam, że skoro poruszając się piechotą przeżyłam watahy dzikich psów na Tonga, ale serio, takich jeszcze bardziej kościstych ode mnie, to na Niue jeżdżąc na rowerze będzie mi łatwiej. No i było, a przynajmniej pierwsze 40 kilometrów.

Dzisiaj był najgorszy dzień, bo łącznie cztery razy wybiegały mi na drogę, lub biegły warcząc tuż obok. Za pierwszym razem pies tak mnie wystraszył wyskakując z krzaków, że wydarłam się GO AWAY, tak jakby dla psów w różnych częściach świata miało jakieś rozróżnienie, czy krzyknęłabym go away, czy spierdalaj. Zapewne język słowiański jest im tak samo obcy jak brytyjski angielski.

Niemniej jednak, poskutkowało. Odczepił się. Jadąc dalej trzęsłam się przez chwilę ze strachu, więc postanowiłam zrobić to, co mi radzili w czasie pobytu na Tonga – miej przy sobie kamień. Na Tonga nawet schylenie się po kamień przynosiło efekt. Podniosłam dwa niewielkie kamienie i jechałam dalej. Pozbyłam się ich 5 kilometrów później, celując nimi w kierunku kolejnego pchlacza, który tamtego dnia próbował zagrodzić mi drogę. Efekt murowany!