Moka, starsza Pani, która zmieniła mój pobyt na Niue

 

Moka. Już chyba tak zostanie, że moim pierwszym skojarzeniem z Niue pozostanie Moka

 

Podróżując można poznać przelotnie multum ludzi, z których zapamiętamy co najwyżej garstkę. Moka jednakże, wbiła się w moją pamięć, mimo, że znałyśmy się tydzień, a dzieli nas 50 lat różnicy. Kiedy opowiadam mężowi o Niue i o tym, że chciałabym pojechać tam ponownie, ale tym razem już we dwoje, każda historia kończy się na … no i poznałbyś Mokę.

 

 

Z lotniska Hanan w Alofi, stolicy Niue, odebrała mnie właśnie blisko 80-letnia Moka. Była pierwszą osobą, którą zobaczyłam, siedziała na ławce tuż przy wyjściu dla „International arrivals”. Zbliżając się w jej stronę młoda dziewczyna pracująca dla jednego z hoteli dla Niue zagadała „Gdzie się zatrzymasz?”. „Z tą Panią”, odpowiedziałam, podchodząc do Moki siedzącej z kartką z moim imieniem i nazwiskiem.

Czekała na mnie wraz ze swoją córką, wnuczką i prawnuczką, z naszyjnikiem z liści maile i poczęstunkiem – pieczonym taro z kukurydzą i kokosem do picia. Pnącza zwane na Hawajach maile to inaczej Alyxia oliviformis, zwyczaj ich robienia i wręczania jest znany w całej Polinezji. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, przedstawiłyśmy się sobie, dostałam od Moki pocałunek w policzek, po czym powiesiła mi pnącze na szyi. Od razu mówiłyśmy sobie „na Ty”, na Antypodach nie używa się innej formy.

 

 

 

Jeszcze nigdy, na żadnym lotnisku w jakimkolwiek kraju nie czekały na mnie cztery pokolenia

 

Moka przedstawiła mnie swojej prawnuczce, czyli małemu zawiniątku na rękach wnuczki, któremu wystawały tylko oczy. Wkrótce później skierowałyśmy się na parking, gdzie ku mojemu zaskoczeniu stał jej samochód. Chciałam zapytać kto będzie prowadził, bo mój Dziadek na przykład będąc w jej wieku już dawno zaprzestał, ale nie chciałam jej urazić. Moka wsiadła za kierownicę i ruszyłyśmy do Alofi, stolicy Niue oddalonej o 10 minut jazdy. Niepotrzebnie się obawiałam, bo okazało się, że prowadzi samochód lepiej ode mnie. (Co akurat nie jest wielkim wyzwaniem).

Mieszkanie, które u niej wynajęłam przez internet pojawiło się w sieci w czerwcu tego roku. W czasie mojego pobytu było skromnie urządzone i nadal pozostawało w remoncie. Moka powiedziała, że robi krok po kroku, bo nie stać ją na więcej i zajmie jej długie lata, by doprowadzić to mieszkanie do stanu jaki sobie wymarzyła.

Wpisując się w księgę gości,

 

która zajmowała maksymalnie pół strony nie mogłam wyjść z podziwu – ona w tym wieku otworzyła biznes dla turystów. Mój Dziadek przez ostatnie 25 lat życia mówił o swojej rychłej śmierci, a na pytanie czemu nie spotka się ze znajomymi odpowiadał, że jego wszyscy dawno umarli… a Moka otworzyła biznes.

Zapłaciłam 350$ za tydzień, a Moka wkrótce ruszyła na północ Niue do swojego domu rodzinnego oddalonego o 30 kilometrów. Zapytała w międzyczasie kilka razy czy naprawdę nie przeszkadza mi fakt, że będę tu sama. Ja jej za każdym razem odpowiadałam, że właśnie po to tu przyjechałam. Pożegnałyśmy się, powiedziała, że życzy mi wspaniałych wakacji na Niue oraz, że ostatniego dnia odwiezie mnie na lotnisko.

Następnego dnia wsiadłam na wypożyczony rower i zaczęłam eksplorować wyspę. Nigdy nie czułam się taka wolna jak będąc na Niue. Nie musiałam czekać na żaden autobus, ani na żadnego kierowcę. Nie musiałam się podporządkowywać pod rozkłady jazdy. Brak cywilizacji, względny brak turystów, brak sklepów, brak skrzyżowań świetlnych i tylko jedna droga dookoła wyspy.

 

 

Wsiadłam na rower z mapą, aparatem i dwoma litrami wody i tyle mnie widzieli

 

Dwa dni później, najszczęśliwsza na świecie, wróciłam pod wieczór do mieszkania i nie mogłam uwierzyć własnym oczom – na kanapie leżała Moka, chrapiąc. Planowałam ją delikatnie obudzić, ale wyręczyła mnie skrzypiąca podłoga. Okazało się, że Moka od dwóch dni myślała tylko o mnie. „Poor, poor, poor Natalia is on her own”, więc postanowiła przyjechać i zostać na noc.

Jasno dałam jej przecież do zrozumienia, że nie pragnę niczego bardziej, niż być sama. Ona zrobiła to, co zwykle ludzie robią. Wiedziała lepiej. (Nie wiem co muszę zacząć robić, by ludzie przestali mnie brać za biedactwo, albo za wychudzoną, biedną dziewczynkę. Przytyć? Urodzić dzieci? Przestać być miła? Jeździć tylko z mężem? Wrócić do makijażu?). W salonie stał nowy stół, powiedziała, że kupiła go za pieniądze ode mnie.

Thank you for the table Natalia

 

Poczęstowała mnie kolacją i uznałam, że przecież nie mogę się złościć na starszą Panią. Zaczęłyśmy rozmawiać, a precyzyjniej to Moka zaczęła opowiadać o całym swoim życiu. Kiedy dwie godziny później zdania nadal się zaczynały od „a kiedy miałam 16 lat”, już wiedziałam, że długi wieczór przede mną.

Urodziła trzy córki i adoptowali z mężem syna. Zaskoczyła mnie mówiąc, że jak patrzy wstecz to żałuje tych wszystkich lat spędzonych w domu przy opiece nad dziećmi.

Ale przecież jesteś z nich dumna, kochasz swoje dzieci i nie żałujesz, że je masz.

Ale żałuję, że straciłam tyle lat na pieluchy, zamiast skupić się na sobie i swojej karierze.

To dlatego, dopiero po 60 roku życia Moka poszła na studia. Młodo wyszła za mąż, nigdy nie było czasu na edukację wyższą. Potem posypały się dzieci, następnie wnuki i kolejne obowiązki. Dopiero po tylu latach pomyślała, że teraz czas na mnie. Teraz albo nigdy. Wybrała Teologię ze specjalizacją Chrześcijaństwo wśród mieszkańców Wysp Pacyfiku, czym mnie ujęła, bo już od samego początku opowiadała jak bardzo religia jest bliska jej sercu.

Zapytała mnie wtedy po raz pierwszy o obecność Boga w moim życiu

 

i patrzyła na mnie tak pięknie się uśmiechając, a w jej oczach widziałam dobroć i nadzieję starszej osoby, na której doświadczeniach mogłabym się uczyć. Nie chciałam jej łamać serca szorstkim no religion, więc powiedziałam, There is no God in my life, but… I believe in love.

Nie wierzę w Boga, ale wierzę w miłość,

 

było dość odważną odpowiedzią do obecnej Pani Pastor, której całe życie toczy się wokół kościoła. Jej reakcja była taka jak cała Moka, serdeczna i tolerancyjna. Skoro wierzysz w miłość, to nie muszę się o Ciebie bać. Ze wszystkim sobie poradzisz.

Było już późno, kiedy powiedziałyśmy sobie dobranoc. Następnego ranka planowałam zrobić to co zawsze robię każdego dnia skoro świt, pójść na kawę. Zapytałam więc, czy czy ma ochotę pójść ze mną, ale stanowczo odmówiła. Za jakiś czas żegnając się na dole próbując zrozumieć w czym jest problem ponowiłam, więc próbę zaproszenia. Wtedy wszystko się wyjaśniło.

Moka nigdy nie była w kawiarni. Nigdy nie miała pieniędzy na drogie wyjścia. Nikt jej nigdy nigdzie nie zaprosił, nigdy nie piła kawy, poza tym czuje się speszona, że nie ma na sobie najlepszych ubrań. Wzięłam ją pod rękę mówiąc, że ja też nie mam na sobie najlepszych ubrań, a skoro przez całe życie nikt jej nigdy nie zaprosił na kawę, to tym bardziej musimy iść.

Patrząc jak pije swoje pierwsze cappuccino w życiu muszę przyznać,

 

że tamto wyjście było dla mnie prawdziwym zaszczytem. Usiadłyśmy przy stole, a gdy przyszło moje espresso Moka zaczęła się śmiać. Ty to zamówiłaś? To po to tu przyszłyśmy? Przecież ta kawa jest tak mała, że w ogóle nie opłacało się przychodzić. Powiedziałam, że nasze kawy różnią się tylko zawartością mleka, ale nie sądzę, żeby mi uwierzyła 🙂

 

 

Na horyzoncie przepływały wieloryby, po raz kolejny mama z młodym. Musi to być ich ulubiona trasa, bo są tu widywane codziennie. Podziwiając te gigantyczne ssaki pryskające wodą tuż pod nami powiedziałam jej You’re very lucky to be born here, a Moka pięknie się do mnie uśmiechnęła.

Umówiłyśmy się na wprowadzenie zmian w swoim życiu,

 

ja zredukuję kawę z dwóch do jednej dziennie, a ona zacznie jeść migdały. (Przywiozłam ze sobą dużo orzechów co ją zainspirowało do wprowadzenia różnorodności w diecie). Kilka dni później przywiozła mi papaje ze swojego ogrodu, bo wspomniałam, że je uwielbiam.

Potwierdziła, że we wtorek odwiezie mnie na lotnisko. Powiedziała, że przyjedzie wcześniej wymienić pościel w moim pokoju, bo odbiera nowych gości. Na Niue latają tylko dwa samoloty w tygodniu i tylko przez Nową Zelandię. Każdy turysta dostaje na lotnisku kartkę A4 z ważnymi informacjami, w tym, że check-in na lot powrotny zamyka się o 12 w południe.

W dniu wylotu z kraju czekałam na nią od 9 rano,

 

o 10 byłam zdziwiona, o 11 nie wiedziałam co mam robić. Internet działał na zasadzie on/off, tamtego ranka w ogóle nie dział i nie miałam z nią kontaktu. Na Niue nie ma taksówek ani autobusów. Jeśli nie wsiądę w ten samolot to utknę tu na minimum 5 dni. Gdzie ona jest? Na pewno nie zapomniała, więc może nawalił jej samochód, albo coś się stało? O 11:15 napisałam kartkę:

Moka, my check in closes in less than 1 hour, I’m leaving to the airport right now. Thank you for all your hospitality, Natalia”.

Włożyłam klucz pod wycieraczkę i wyszłam z domu na szczęście z małym plecakiem, więc pół godziny piechotą nie było złą perspektywą. Gorszą był upał, a najgorszą brak pożegnania z Moką. Kilka minut później jakiś samochód zatrzymał się na poboczu, a kobieta za kierownicą zapytała dokąd idę. Powiedziała, że jedzie w tamą stronę. Już jeździłam na Niue na stopa, raz z Nowozelandczykiem, raz z Fidżyjczykiem. Nadszedł więc czas na przejażdżkę z kimś urodzonym na Niue.

Dotarłam na lotnisko i ostatecznie nigdy nie pożegnałam się z Moką

 

Kiedy samolot odbił się od płyty startowej było mi bardzo przykro wyjeżdżając z Niue, nie do końca wiedząc co się stało. Kwadrans później podeszła do mnie stewardesa mówiąc:

„Are you Natalia?”
„Yes”.
„You’re Natalia?”.
„Yes, I’m”.
„I’ve got something for you.”

Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam tak zaskoczona. Dała mi małe zawiniątko. Krótki list i bransoletkę z muszelek od Moki. Napisała jak bardzo jej przykro, że się nie pożegnałyśmy i przepraszała za spóźnienie. Dotarła na lotnisko, kiedy ja już przechodziłam odprawę, więc podała obsłudze Air New Zealand moje imię i nazwisko prosząc o przekazanie wiadomości.

Żegnając się kilka dni wcześniej po tym jak została na noc, Moka powiedziała mi wówczas największy komplement jaki mogłam od niej usłyszeć. Nic tu po mnie. Mogę wracać do domu ze spokojną głową, bo widzę, ze sobie świetnie radzisz.