Przyszło mi żyć w wariatkowie!

 

1. Po pierwsze rugby

 

Każda nacja ma swoje „odmienne stany świadomości” i wariatkowo w którym mieszkam nie jest wyjątkiem. Rugby jest narodowym sportem w Nowej Zelandii. Co to dla mnie oznacza w praktyce? Ano to, że żeby przetrwać w tym kraju nie mogę udawać, muszę się nim interesować choć minimalnie. Przy ostatniej wizycie mój dentysta tłumaczył mi co się dzieje w mojej jamie ustnej na przykładzie meczu rugby, gdzie uwaga! Kieł to lewy skrzydłowy, zęby trzonowe to prawi skrzydłowi, a siekacze to łącznicy. Przyszło mi żyć w wariatkowie!

Co by nie mówić, to była ciekawa wizyta.

 

 

2. Po drugie dress code

 

Nie dość, że alkohol kosztuje krocie, to jeszcze by móc go wypić trzeba się odpowiednio prezentować. Dress code przy wejściu do pewnego baru w Auckland:

nie dla japonek i nakryć głowy,

zakaz wstępu palantom,

albo będziesz miły, albo wychodzisz,

musisz posiadać zęby 🙂

 

 

 

3. Witamy w kraju magicznych sztuczek

 

Komunikacja miejska Auckland ma dość osób jeżdżących na gapę, stąd pomysł na wprowadzenie grzywien i akcją „no more lame excuses” – koniec kiepskich wymówek. Nowozelandczykom akurat nie brakowało fantazji:

„nie mam biletu, bo pies mi go zjadł”,

„mój bilet został uprowadzony przez kosmitów”,

„myślałam, że skorpiony jeżdżą za darmo w tym miesiącu”,

oraz moja ulubiona „mój bilet zniknął w magicznej sztuczce” 🙂

 

 

 

4. Jak również nietypowych pomysłów

 

Naprzeciwko naszego domostwa w Morningside powstaje budynek, w środku którego są 4 drzewa. Nie wiem dokładnie co projektant miał na myśli, ale nie mogę się doczekać efektu końcowego!

 

 

5.  Gdzie się podziała zwykła kawa?

 

Buraczkowa, dyniowa, z kurkumą, z zieloną herbatą, różana, lawendowa czy może peanut sweet potato – latte orzechowo-ziemniaczana na słodko? Chyba jednak zostaję przy espresso 😉

 

 

6.  Biblioteczka w wersji nowozelandzkiej też nie może być normalna

 

Dla niektórych lodówka, a dla innych sposób na sąsiedzką wymianę książek na głównej ulicy w miasteczku Arthur’s Pass. Czekam na dzień, kiedy ten naród przestanie mnie zaskakiwać, ale on wcale nie nadchodzi!

Ps. W zamrażarce nie ma książek 🙂

 

 

7. Nie jest tak trudno spotkać kogoś z pierwszych stron gazet

 

Tylko we wrześniu tego roku koncerty w Auckland zagrały Celine Dion, Cher i Pink. Śmiesznie jest mieszkać w mieście, gdzie pomiędzy występami w jednej z cukierni na głównej Queen Street można było zagadać do Cher przy deserze czekoladowym. Podobno chętnie pozowała z fanami, a przy kasie zostawiła 100$ napiwku, który został grzecznie odmówiony. Muszę znowu zacząć jeść słodycze. nigdy nie wiesz kogo możesz spotkać!

W październiku Para Książęca opuściła Australię i przyleciała odwiedzić nasze strony. Poszłam ich przywitać na spotkaniu z mieszkańcami i uścisnęłam sobie dłoń z Księciem Harrym. Kolejny „zwykły” dzień w moim mieście!

 

 

 

8. Jeśli Kea ukradnie Twój obiad to nie otrzymasz zwrotu!

 

Zmora dla lokalnych, atrakcja dla turystów. Podczas ostatniej wizyty na Południowej Wyspie widzieliśmy drapieżną papugę Kea w akcji. Lubi podchodzić do ludzi i być dokarmiana, dlatego też na każdym kroku w miasteczku Arthur’s Pass na Południowej Wyspie Nowej Zelandii są plakaty informujące, by tego nie robić.

Jest wszystkożerna, chętnie robi bałagan, podkrada przedmioty, odgryza wycieraczki. Nie bez powodu jest nazywana „clownem z gór„. Lubi zaglądać do toreb, plecaków, samochodów, śmietników, a jeśli tylko się odwrócisz to zaglądnie też do Twojego talerza, dlatego też właściciele restauracji ostrzegają plakatami – prosimy o pilnowanie swojego jedzenia. Jeśli Kea ukradnie Twój obiad, nie otrzymasz zwrotu!

 

 

 

9.  Wiara w ludzkość przywrócona

 

W Christchurch na Południowej Wyspie Nowej Zelandii powstał w tym tygodniu pierwszy „darmowy sklep”. O co chodzi? 27-letnia menadżerka jednej z kawiarni w mieście postanowiła powiedzieć STOP marnotrawieniu żywności, po czym znalazła 19 innych kawiarni, które poszły w jej ślady. Od teraz, zamiast wyrzucania niesprzedanych pod koniec dnia potraw, kanapek i wypieków, grupka ochotników zbierze je i zawiezie dwa razy w tygodniu do „darmowego sklepu”.

Jak sama organizatorka podkreśla, nieważne do kogo trafi jedzenie, obojętnie „czy podjedziesz najnowszym Audi, czy nie jadłeś nic od kilku dni”. Byle tylko nie trafiło do śmietnika!

 

 

 

10. Don’t be shy, grab a kai!

 

W Auckland nie ma jeszcze „darmowych sklepów” jak na Wyspie Południowej, ale przynajmniej idziemy w dobrą stronę. W celu zminimalizowania marnotrawstwa w mieście pojawia się coraz więcej spiżarni w których można zostawić niechciane rzeczy.

Poszłam do jednej najbliżej nas i miło naskoczył mnie napis „Darmowe produkty. Nie wstydź się i weź coś sobie do jedzenia” (język maoryski jest drugim urzędowym językiem Nowej Zelandii; „kai” oznacza w maori „jedzenie”). W środku były warzywa, mleko w proszku, herbaty, jedzenie dla kota i słoik dżemu od nas.

 

 

 

Wśród wszystkich absurdalnych czy niedorzecznych pomysłów na jakie potrafią wpaść Kiwi zawsze znajdą się też takie, które chwytają za serce. Dlatego właśnie, jak to ktoś pięknie podsumował „kocham to wariatkowo i nie zamieniłabym je na żadne inne.”