Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że obudziłam się w raju

 

 

Na Wyspach Cooka wylądowałam 40 minut po północy

 

Póki umówiony transport z hostelu podwiózł mnie pod drzwi budynku był już środek nocy, a moje szanse na porządne wyspanie się powoli odchodziły w zapomnienie. Zapłaciłam gotówką, bo takie są zasady. Dostałam klucz i dziewczyna zaczęła mi tłumaczyć gdzie jest mój pokój.

Pójdziesz schodami na pierwsze piętro, przejdziesz długim korytarzem, miniesz toalety i to będzie trzeci pokój na lewo.

Powiedziałam jej, że tak naprawdę już nawet nie pamiętam co powiedziała na początku. Najłatwiej by było, gdyby podała mi numer pokoju. Ona na to, że tu nie ma numerów i zaczęła mówić jeszcze raz.

Pójdziesz schodami na pierwsze piętro, przejdziesz długim korytarzem, miniesz toalety, po lewej będzie żółwik a po prawej rybka. (Ja sobie myślę WTF?!, ale o nic nie pytam, bo dochodzi druga w nocy). Trzeci pokój na lewo powinien być Twój.

Idę dokładnie tak jak mi powiedziała, minęłam toalety, na kolejnych drzwiach jak się okazało był namalowany żółw, na przeciwnych była rybka. A tuż za nimi mój pokój 🙂 Rano potrzebowałam chwili, żeby sobie przypomnieć – gdzie ja jestem? Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że szczęściara ze mnie. Obudziłam się w raju!

 

 

Na niewielkiej Rarotonga jest jedna droga asfaltowa,

 

która prowadzi dookoła wyspy. Środek to leśno-górzyste odludzie. Autobusy są dwa i jeżdżą raz na godzinę. Jeden clockwise, drugi anti-clockwise (zgodnie i przeciwnie z ruchem wskazówek zegara). Wedle rozkładu jazdy na ulotce musiałabym długo czekać na autobus, by dostać się na plażę w Muri, od której zaplanowałam rozpocząć wakacje. Ponieważ szkoda mi było czasu, zaczęłam iść piechotą. Miałam do przejścia 12 kilometrów.

Być może w listopadowej Polsce ciężko jest sobie wyobrazić skwar lejący się z nieba na środku Pacyfiku, dzięki któremu po godzinie byłam już wrakiem człowieka. Spocona jak szczur, zmęczona i niewyspana, bez śniadania i odwodniona. Wtedy właśnie podjechał na skuterze gość z lekką nadwagą i powiedział:

– Wanna ride?
– Yes.

Oceniajcie mnie jak chcecie. Nie jeździłam stopem na skuterze od Dominikany w 2012 roku. Pomyślałam, że tak, chętnie sobie zaoszczędzę ładnych kilku kilometrów, które mi zostały. Poznaliśmy się z Poe, wsiadłam na skuter, jedną rękę położyłam na jego monstrualnym brzuchu, drugą trzymałam aparat i ruszyliśmy. Wszystko było w porządku aż kilka minut później on niespodziewanie zjechał z głównej drogi kierując się w odludną część wyspy, w przeciwną stronę, niż mieliśmy jechać. Zanim zdążyłam zapytać co on robi powiedział, że główną drogę zobaczę po południu wracając do domu, a on mnie obwiezie bocznymi drogami przez różne plantacje.

Bez wchodzenia w szczegóły,

 

bo zagląda tu moja mama. Powiem tylko, że średnio to dla mnie zabrzmiało, ale już podjęłam decyzję wsiadając z nim na ten skuter, więc jechaliśmy dalej. Miałam przy sobie 600$ w gotówce, pomyślałam, że jeśli mnie okradnie, to życie. Oby tylko nic gorszego.

Opowiadał Wyspach Cooka, o tym, że mieszkał w Sydney oraz na Tahiti. Pytałam go o Tahiti i Bora Bora, ponieważ wybieramy się tam z mężem za kilka miesięcy, więc byłam bardzo ciekawa. Było dokładnie tak jak mówił. Przejeżdżaliśmy przez plantacje ananasów, tapioki i batatów. Dookoła nie było żywej duszy. Podjeżdżając pod górkę jego motorynka zaczęła smutno rzęzić, a on do mnie mówi, że nigdy wcześniej tak nie było i chyba jestem za ciężka.

Kiedy byliśmy już na kompletnym odludziu w środku buszu,

 

Poe zarządził przerwę na papierosa. Zaciągnął się dymem i wyjął maczetę z sakiewki, tę samą o której mi opowiadał w trakcie jazdy. Mówił, że się z nią nie rozstaje, bo nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać. Wydawało mi się, że jestem taką ostrożną osobą. A tu nagle godzinę po przebudzeniu znalazłam się w buszu, z jakimś obcym facetem w nieznanym mi kraju, w którym wylądowałam zeszłej nocy.

W sumie ja już się go nie mogłam bać. Musiałam wierzyć, że on to wszystko robi z życzliwości i faktycznie tak było. Wspiął się na palmę, otworzył maczetą zerwany kokos i podał mi go mówiąc, żebym się napiła, bo muszę być spragniona. Kiedy dotarliśmy na Muri zapytał czy dołączę na jego kuter rybacki. Wieczorem moglibyśmy zjeść po rybce przy ognisku. Kiedy zaczął mówić o butelce wina to już był znak do natychmiastowej ewakuacji i grzecznie odmówiłam. Już miałam dość wrażeń na jeden dzień, a nie było nawet 9 rano.