Manila wstrząśnie każdym?

 

Bałam się Manili jak ognia. Dosłownie, bałam się do tego stopnia, ze lądowałam w stolicy Filipin z trzęsącymi się nogami. Już sama nazwa
„Manila” wywoływał u mnie niepokój, a opisy na forach „unikaj Manili”, „uciekaj z Manili” nie polepszały perspektywy. Uznałam, że ludzie piszą różne rzeczy. Przecież nie może być tak źle!

 

Filipiny są wspaniałe, będziesz się świetnie bawić, tylko w Manili naprawdę uważaj

Na tydzień przed wylotem zagadała do mnie sąsiadka Filipinka urodzona na Cebu i jej opis Manili mnie poraził. Mówiła, że są dwa rodzaje taksówek – białe i żółte. Doradzała wsiąść w żółtą, bo te są droższe, ale akredytowane i pewniejsze. Przestrzegała przed naciągaczami, napadami, złodziejami, porwaniami; mówiła, żeby w Manili nikomu nie ufać. Opowiadała o rabunkach bagaży w trakcie postoju na czerwonym świetle, albo o „ustawionych” napadach na turystów, których kierowca dzwoni w trakcie kursu mówiąc, kogo wiezie i gdzie mają czekać. Później się wszystkim dzielą. Mówiła, „Filipiny są wspaniałe, będziesz się świetnie bawić, tylko w Manili naprawdę uważaj”. Wtedy już byłam przerażona, bo przecież ona jest Filipinką, nie jakimś turysta co przyjechał na dwa tygodnie. Koniec końców, jak zostało wspomniane na początku – wybiło południe, a ja lądując w Manili trzęsłam się ze strachu. Moja mama miała tam lądować 7 godzin później. 

 

Po wyjściu z lotniska zobaczyłam postój żółtych taksówek

 

Przy okienku dziewczyna zapytała dokąd chcę jechać, po czym zapisała na kartce nazwę hotelu i wskazała najbliższego kierowcę. Ten z uśmiechem zaprosił mnie do środka. Pomyślałam wow, pełna cywilizacja. Tu wcale nie jest tak źle. Zapytałam dziewczyny ile mniej więcej powinien kosztować kurs, a ta na to, ze 400 peso (28.80 zł). Wsiadłam w taksówkę i nim zdążyłam podać adres kierowca zamknął drzwi od środka i odjechał z piskiem opon. Zaczęłam mówić dokąd chcę jechać, pytać czy wie gdzie to jest i próbowałam potwierdzić usłyszaną cenę. Nie znal hotelu, musiał go wklepać w nawigacje, ale z góry powiedział, ze 400 peso to „misunderstanding”; nikt mi tak nie mógł powiedzieć, bo to niemożliwe. To nieporozumienie i nie ma takich cen. Poprosiłam o włączenie „taxi meter”, a on na to „no need”. Nie ma takiej potrzeby.

16 kilometrów dzieliło mnie do mojej dzielnicy Santa Mesa,

a przez gigantyczne korki dojazd tam zajął nam z zegarkiem w reku 2,5 godziny. Przez cały ten czas mój kierowca żądał więcej pieniędzy, opowiadał jak to daleko, ze nie zdążę na jutrzejszy samolot na Bohol o którym zdążyłam mu powiedzieć. Próbował również zmienić mój hotel. Na deser kazał po drodze zapłacić za fragment płatnej autostrady którą jechaliśmy.

Specjalnie wsiadłam w żółtą „prawdziwą” taksówkę, zamiast w tańszą białą, żeby uniknąć takich przepychanek i dyskusji. Widok szyldu mojego hotelu był wybawieniem. Zapłaciłam ostatecznie z litości i zmęczenia materiału 500 peso, a on na to, ze chce sześćset. Powiedział jak bardzo jest zawiedziony moją postawą i, żebym nigdy więcej się tak nie zachowywała. Ja mu na to, żeby on następnym razem włączył taxi meter kiedy jest o to proszony. Odpowiedział, że z licznikiem wcale nie zapłaciłabym mniej. Jechaliśmy tak długo, że mogłoby wyjść nawet i tysiąc peso. Ja mu na to, że przynajmniej zaoszczędziłabym sobie dwugodzinnej dyskusji, po czym wyszłam.

Swoim monologiem wywołał u mnie takie poczucie winy,

że zapytałam recepcjonisty ile powinien kosztować kurs, który właśnie odbyłam, a on na to „nie więcej niz 400 peso” 🙂 Obojętnie czy to Szczecin, Manila czy Auckland – nie cierpię jeździć taksówkami. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy wsiadłam w taksówkę w Manili, ponieważ te dyskusje i przepychanki nie byłyby tego warte. Następnego dnia recepcjonista zamówił mi i mojej mamie kierowce na lotnisko z „grab a seat” z góry ustalona cena i wszystko było w porządku. Cena na koniec się zgadzała, a chłopak pożegnał nas szerokim uśmiechem. Manila była dla nas tylko miastem transferowym, gdzie wróciłyśmy raz w połowie, drugi raz już pod sam koniec wakacji, kiedy czułyśmy się pewniej i korzystałyśmy z metra.

 

 

Wstrząsająca Manila

Ubóstwo w Manili było dla mnie szokiem, mimo, że po Kambodży, czy po miesiącu spędzonym w Indiach myślałam, że już jestem na pewne rzeczy odporna. Czy na taką biedę da się w ogóle przygotować?

20 godzin wcześniej wsiadając do samolotu w Auckland myślałam tylko o jednym – jutro widzę moją mamę! Opowiadam o tym każdemu, kto tylko chciał słuchać. Lecisz na wakacje?, pytały przypadkowe osoby w samolocie, koło których przyszło mi spędzić kilkanaście godzin. Lecę na Filipiny spotkać się z moją mamą!, odpowiadałam. Raz w roku spotykamy się gdzieś w Azji. W połowie drogi między Polską a Nową Zelandią, gdzie mieszkam. Nie widziałyśmy się 7 miesięcy!

Wszyscy zawsze byli bardzo zaskoczeni. Kiedy weszłam do naszego pokoju w Manili poczułam ulgę. Samodzielne zwiedzanie Manili nie wchodziło dla mnie w grę. Poszłam tylko coś zjeść i resztę czasu odpoczywałam po podróży. Zasypiając miałam tylko jedną myśl w głowie – dzisiaj widzę moją mamę.