3…2…1…welcome to Australia!

Dlaczego podróżuję?”, zapytał siebie samego Marek Tomalik w książce „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia”. „Gdybym chodził do pracy powiedzmy przez 20 lat codziennie tą samą trasą, w tych samych godzinach, to z tego czasu zapamiętałbym może kilka chwil. Awans, niespodziewaną premię, albo moment porażki. Reszta w mojej głowie pewnie zlałaby się w jeden długi dzień.” Czytając ten fragment 7 lat temu czytałam również o sobie. Nie chciałam chodzić codziennie w to samo miejsce. Do tej pory mam problem z usiedzeniem w jednej pracy i prawdopodobnie mogę już nigdy sobie z tym nie poradzić.

W podróży czas ciągnie się jak guma. W ciągu kilku tygodni dzieje się bardzo wiele, zmieniają się pejzaże, poznaję nowych ludzi, inne kultury. Zostają setki wspomnień, które ładują moje akumulatory na kolejne miesiące”. Kiedy dostałam tę książkę na urodziny od męża nawet nie planowaliśmy emigracji na Antypody. Czytałam ją kilka razy jeszcze mieszkając w Szczecinie. Początkowo traktowałam ją jak science fiction. Ta książka to były dla mnie opisy miejsc, plaż i obco brzmiące nazwy miast. Następnie czytałam ją jak o spełnieniu marzeń o wyjeździe do kraju zbyt dalekiego, zamiarze niemożliwym do urzeczywistnienia.

Welcome to Australia!

Dwa lata później opuszczając Polskę, mimo bardzo ograniczonych możliwości bagażowych książka poleciała z nami do Melbourne. Zamieszkała z nami również w Nowej Zelandii i traktuję ją jak swego rodzaju przewodnik. Dziś czytając fragmenty opisów Zachodniej Australii do której lecimy w piątek już nie jest to dla mnie science fiction. Teraz uśmiecham się czytając o miejscach które znam i uśmiecham się jeszcze szerzej czytając o tych, które wkrótce poznam.

Niedaleko Esperance w południowo-zachodniej Australii, idąc na skróty do najpiękniejszej plaży świata, trafiłem na fragment buszu zdominowany przez banksje. (…) Plaża, do której zmierzałem była zupełnie bezludna. Zjawiskowa, rajska. Miałem wrażenie, że zbyt doskonała w proporcjach, kształcie półksiężyca i barwach turkusu, błękitu i bieli”.

Na Esperance skończymy naszą wyprawę samochodową przez Australię Zachodnią. Jeśli mogę, to poproszę o kontakt z wężami, pająkami i skorpionami zamieszkującymi Esperance tylko w bezpiecznej odległości i szerokiej drogi na pokonanie dwóch tysięcy kilometrów, które sobie założyliśmy. Punkty kluczowe na naszej trasie to Perth, Rottnest Island, Albany i oczywiście Lucky Bay w Esperance. Zajebiście będzie być znowu w Australii 😉